Pochodzi ze słynnego klanu Kotylewiczów ogromnie zasłużonego dla polskości w północnej Mołdawii, jest też jednym z liderów mniejszości polskiej we wsi Styrcza. Zajmuje się prowadzeniem gospodarstwa rolnego, a także agroturystyką i współpracą z polskim biznesem.

Pradziadek pana Karola – Szymon wraz z ojcem Mikołajem przyjechali do Styrczy z pierwszą fala osadników z Kamieńca Podolskiego. Kupili pięćdziesiąt hektarów ziemi i zaczęli gospodarzyć, traktując rosyjską Mołdawię jako swoją ojczyznę.

W Rumunii i sowieckiej ,,Mołdawii”

Z czasem areał nabyty na początku przez Kotylewiczów dzielił się na mniejsze gospodarstwa przejmowane przez kolejnych synów. Nigdy jednak żadne z nich nie było mniejsze niż 10 ha. Gdy po zakończeniu I wojny światowej Mołdawia została przyłączona do Rumunii, ród Kotylewiczów zwiększył jeszcze stan posiadania. Władze rumuńskie po zapoznaniu się ze Styrczą i doceniając jakość gospodarowania polskich chłopów, przydzieliły każdemu z nich dodatkowe 6 ha ziemi. Dzięki temu ilość gruntów uprawnych w całej Styrczy zwiększyła się o 250 ha. Po ustanowieniu po II wojnie światowej w Mołdawii władzy sowieckiej, w rękach styrczańskich polskich gospodarzy znajdowało się 850 ha ziemi. Nie wszyscy z nich wyszli cało z II wojny światowej. Sowieci po zajęciu Mołdawii w 1944 r. zmobilizowali do Armii Czerwonej wszystkich mężczyzn. Nie wszyscy z nich wrócili.

,,Mój ojciec zginął podczas wyzwalania Polski” – mówi Karol Kotylewicz. ,,Mama otrzymała tylko później zawiadomienie, że jej mąż zginął pod wsią Raków na niemieckiej ziemi. Jak się później dowiadywałem, dzisiaj ta miejscowość znajduje się na terenie Polski, gdzieś na Pomorzu. Ojca nie znam, gdy zginął miałem bowiem trzy lata. Obowiązki głowy rodziny przejęła moja mama, bardzo dzielna kobieta, na której barki spadła powinność nie tylko utrzymania, ale i ocalenia rodziny. Po wojnie, gdy Sowieci umocnili swoją władzę w Mołdawii, przystąpili do zaprowadzania swoich porządków. Na wsi zaczęli wprowadzać przymusową kolektywizację i rozprawiać się z zamożniejszymi gospodarzami. W Styrczy takimi byli w ich rozumieniu wszyscy. W mojej rodzinie wszyscy kwalifikowali się do wywózki na Sybir. Kto miał bowiem 9 hektarów ziemi, był uważany za kułaka i od razu mógł pakować rzeczy, przygotowując się do wyjazdu na „białe niedźwiedzie”. By uniknąć deportacji, styrczańscy Polacy zaczęli rozpisywać ziemię na wszystkich członków rodziny, przekształcając się z kułaków w biedniaków. Moja mama, do której formalnie należało 20 hektarów, gospodarstwo podzieliła na 3 i 6 hektarowe działki. Podobnie uczynili inni, ratując się przed wizją Sybiru. Dla wszystkich Polaków w Styrczy, którzy się w niej zasiedzieli i stworzyli swój świat, było to ciężkie przeżycie. Do kołchozu musieli oddać wszystko. Nie tylko ziemię, sady, winnice, konie, bydło, trzodę chlewną, ale i wszelkie narzędzia rolnicze. Każdy pracował w nim z musu. Były tam trzy brygady – jedna zajmowała się sadami, druga pracami polowymi, a trzecia hodowla ziemi. W 1954 r., o ile dobrze pamiętam, kołchoz w Styrczy został rozformowany i połączony z kołchozem w Głodzianach, nazwano go imieniem Kotowskiego. W 1968 r. kołchoz ten został zlikwidowany i przyłączony do sowchozu, który na początku lat dziewięćdziesiątych zbankrutował, zaprzestając działalności. Obecnie po dziś dzień ziemi nam nie zwrócono. Co najwyżej możemy swoją własną uprawianą przez przodków brać w dzierżawę. Nic nie wskazuje, by w tej mierze miało się coś zmienić.

Wieś bez perspektyw

Czasy sowieckie dla rodziny Kotylewiczów i wszystkich Polaków w Styrczy przyniosły jeszcze inne negatywy. Władze sowieckie nie tylko chciały zamordować w niej etos „polskiego gospodarza”, ale zlikwidować całą wioskę.

,,Styrcza została uznana za wieś nieperspektywiczną. Nie wolno było budować w niej domów. W związku z tym młodzi opuszczali miejscowość, przeprowadzając się m.in. do pobliskich Głodzian. W Styrczy pozostawali ich rodzice, mieszkając w zapadających się w ziemię chałupach. Kiedy moja siostra chciała osiąść w Styrczy, musiała kupić stary dom i w jego miejscy pod pozorem remontu zbudowała nowy, który też za bardzo nie mógł rzucać się w oczy.”

Pan Karol w tym czasie omal prawie nie porzucił Styrczy. Po odbyciu służby wojskowej w Armii Sowieckiej na Łotwie w latach 1962 – 65 nie widział dla siebie w rodzinnej wsi żadnej przyszłości. W kołchozie nie było czego szukać, a w okolicy także brakowało miejsc pracy. Głodziany przestały być miastem rejonowym, w związku z czym szereg urzędów przeniesiono do Alesztów.

,,Mój kuzyn zatrudniony wtedy w Rolniczej Szkole Zawodowej w Głodzianach załatwił mi jednak pracę w niej w charakterze kierowcy i pozostałem w Styrczy.” – wspomina Karol Kotylewicz. ,,Przepracowałem tam jednak tylko 3 miesiące. Zrobiło się bowiem miejsce w kołchozie. W 1973 r. ożeniłem się i zacząłem starania o zgodę na budowę domu, chodząc od urzędu do urzędu.”

Owo „chodzenie” pana Karola przypominało tołstojowską „drogę przez mękę”. Odsyłano go od Annasza do Kajfasza. Wycierał klamki w różnych urzędach i wszędzie słyszał to samo:” Styrcza eto sielo nieperpektywne, nam niepałożno itp.”.

,,W końcu udałem się wprost do primara rejonu, któremu wyłożyłem sprawę prosząc, by wpłynął na swoich urzędników, od których zależy otrzymanie zezwolenia na budowę.” – wspomina. ,,Tłumaczyłem mu, że Styrcza to wieś, w której się urodziłem, którą założyli moi przodkowie i w której także ja chciałbym żyć i pracować. Primar wysłuchał mnie bardzo uważnie i wreszcie oświadczył, że jak już bardzo chcę budować, to mogę robić to wszędzie, byle nie w Styrczy. Jakby chcąc pokazać swoją dobra wolę, przedstawił mi trzy inne lokalizacje, obiecując wszelką pomoc przy budowie i przydział materiałów. Styrcza to była przecież polska wieś i władzom sowieckim zależało na jej likwidacji, by jej mieszkańcy roztopili się w miejscowym etosie i nie sprawiali żadnych kłopotów. Musiałem jeszcze sporo się nachodzić zanim, udało mi się załatwić zgodę na budowę domu.”

Ostatecznie Karolowi Kotylewiczowi udało się zbudować dom, w którym dochował się dwóch córek. Obie skończyły studia w Polsce i dzisiaj w niej mieszkają, pracując w firmach zajmujących się także współpracą z Mołdawią. Pan Karol walnie przyczynił się do powstania w Styrczy „Domu Polskiego”. Stara się też, by wieś trwała dalej zachowując swoją tożsamość. Zaangażował się w tworzenie w niej gospodarstw agroturystycznych, które poprawiłyby sytuację ekonomiczną wsi. Dalej pilnuje również, by Styrcza nie znikła z mapy Mołdawii, gdyż próby połączenia Styrczy z Głodzianami wciąż są podejmowane.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz