Dysfunkcyjny Liban

Nikt nie mógł spodziewać się aż takiej tragedii. Z drugiej strony w Libanie wszystko jest możliwe. Nie od dzisiaj wiadomo bowiem, że to państwo w kryzysie, dysfunkcyjne, nie mogące poradzić sobie z najmniejszymi problemami wewnętrznymi.

Od tygodnia w Libanie trwa szukanie winnych. Wszak trudno przejść obojętnie obok wybuchu, który zniszczył dużą część stolicy. Zapewne wiele innych przewin uszłoby administracji płazem, ale nie tragedia jaką przez kilka dni żyły światowe agencje. Na razie wśród zatrzymanych znajdują się jednak przysłowiowe płotki. Można za nie uznać zarówno dyrektora libańskiej służby celnej oraz szefa bejruckiego portu.

Problemy nieco innego kalibru mają z kolei politycy w większym bądź mniejszym stopniu odpowiedzialni za obecny stan państwa. Do dymisji podał się właśnie rząd Hassana Diaba. Niezależny ekspert miał uspokoić nastroje po masowych protestach i zamieszkach mających miejsce na jesieni ubiegłego roku. Jak widać nie spełnił pokładanych w sobie nadziei, bo musiał zrezygnować zarówno pod naporem demonstrantów, jak i własnych ministrów odchodzących z rządu.

Sekciarski podział

Diab został libańskim premierem nie przez przypadek. Jak już wspomniano, jego nominacja była sama w sobie odpowiedzią na ubiegłoroczne protesty Libańczyków sprzeciwiających się korupcji, nepotyzmowi, dysfunkcyjnemu wymiarowi sprawiedliwości oraz kiepskiej kondycji gospodarczej kraju. Co prawda rząd mógł liczyć na stricte polityczne zaplecze w postaci Hezbollahu i jego parlamentarnych sojuszników, lecz był niemal praktycznie w całości złożony z technokratów.

Drugim atutem, poza niezależnością, było pochodzenie Diaba. Zgodnie z obowiązującym w Libanie podziałem władzy, na czele rządu musi stanąć wyznawca sunnickiej wersji islamu. Pozyskanie odpowiedniego kandydata ma więc kluczowe znaczenie dla stworzenia każdego rządu. Z powodu religijnych podziałów szyicki Hezbollah i jego szyiccy oraz chrześcijańscy koalicjanci mają zazwyczaj problem ze znalezieniem odpowiedniego kandydata, jednak tym razem sztuka ta się udała.

Widać więc wyraźnie, że jednym z naczelnych problemów Libanu jest sekciarski podział, na którym opiera się tamtejszy system polityczny. Najważniejsze stanowiska obsadzane są nie według społecznego poparcia, ale religijnej przynależności. W ten sposób zdecydowana większość polityków nie patrzy w pierwszej kolejności na interes Libanu. Ważniejsze jest zadowolenie określonej grupy religijnej albo etnicznej. To zaś często prowadzi także do stawiania wyżej interesów obcych mocarstw. Choćby poprzednik Diaba, Saad Hariri, jest równocześnie obywatelem Arabii Saudyjskiej i tam prowadzi swoje biznesowe interesy.

Nic nie produkując

Uczestnicy trwających już dziesięć miesięcy protestów są w dużej mierze zwolennikami odstąpienia od sekciarskich podziałów. Trudno jednak myśleć o samych reformach politycznych, w tym o rezygnacji z podziału mandatów parlamentarnych pomiędzy muzułmanów i chrześcijan, gdy w oczy zagląda głód. Nic więc dziwnego, że to postulaty ekonomiczne wysuwają się na pierwszy plan.

Zobacz także: Liban: Protesty w Bejrucie: policja użyła gazu łzawiącego [+VIDEO]

Pod tym względem sytuacja nie jest niewesoła. Jest po prostu tragiczna. Wystarczy spojrzeć na prognozy międzynarodowych ekspertów, którzy jeszcze przed pandemią koronawirusa szacowali poziom życia w Libanie. Na początku roku wskazywali oni, że nawet 45 proc. Libańczyków będzie żyło poniżej progu ubóstwa. Już po lockdownie spowodowanym COVID-19, Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewidywał skurczenie się w tym roku libańskiej gospodarki o 12 proc.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Sam MFW jest obok państw Zatoki Perskiej już chyba jedynym miejscem, w którym Liban może przynajmniej teoretycznie liczyć na jakąkolwiek pomoc. Problem w tym, że fundusz nie chce jej udzielić. Jego urzędnicy obawiają się zmarnotrawienia pieniędzy przez skorumpowanych polityków, dlatego w pierwszej kolejności domagają się reform politycznych i ekonomicznych. Rozmowy w ubiegłym miesiącu ponownie utknęły w martwym punkcie. Agencje ratingowe obniżyły więc wiarygodność kredytową Libanu do poziomu śmieciowego. Tym samym Liban znalazł się pod tym względem na poziomie Wenezueli.

Powrót kolonializmu?

Widać więc wyraźnie, że trawiąca Liban korupcja nie jest już jedynie problemem polityki wewnętrznej tego kraju. Francuski prezydent Emmanuel Macron podczas swojej wizyty w Bejrucie, odbytej już po katastrofie, także nawiązał do tamtejszej klasy politycznej. Zapowiedział on pomoc humanitarną w postaci dostaw francuskiej żywności i lekarstw, ale tylko jeśli trafi ona bezpośrednio do obywateli. Podobne stanowisko zajął izraelski premier Benjamin Netanjahu, nie omieszkując przy tej okazji skrytykować Hezbollah.

Sam Macron był krytykowany przez część libańskich polityków, będąc także obiektem krytyki i szyderstw w tamtejszych mediach społecznościowych. Głos zabrał nawet jego libański odpowiednik, Michael Aoun. Lider chrześcijańskiego Wolnego Ruchu Patriotycznego skrytykował wydźwięk wizyty Macrona, która jego zdaniem mogła nawiązywać do czasów kolonializmu. Liban jako dawna kolonia francuska jest na tym punkcie mocno wyczulony.

Obecnie Liban stoi więc przed poważnym dylematem. Ważne jest ustalenie nie tylko kierunku reform wewnętrznych, ale również strategii zagranicznej. Liban sam nie podniesie się z gospodarczej zapaści. Musi więc w praktyce wybrać, jaką formę pomocy finansowej przyjąć. Zachód domaga się bowiem daleko posuniętych zmian wewnętrznych. Alternatywą są z kolei Chiny. Państwo Środka nie wymaga prowadzenia określonej polityki wewnętrznej. Jest zainteresowane przede wszystkim inwestycjami, a w kontekście Libanu zwłaszcza przejęciem kontroli nad jego portami. W obu wypadkach ryzyko zagranicznej kolonizacji jest ogromne.

Marcin Ursyński




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz