Po ponad tygodniu protestów premier Serż Sarkisjan zdecydował się zrezygnować ze swojego stanowiska, aby tym samym opanować nastroje armeńskiej ulicy. Ormianie już wielokrotnie występowali bez większych rezultatów przeciwko władzy Republikańskiej Partii Armenii, dlatego od razu pojawia się pytanie, czy i tym razem wszystko rozejdzie się po kościach.

Sarkisjan został wybrany nowym szefem rządu dokładnie 17 kwietnia br., kiedy zastąpił na tym stanowisku Karena Karapetiana, czyli polityka również wywodzącego się z konserwatywnej Republikańskiej Partii Armenii (HHK). Tym samym Sarkisjan chciał pozostać u władzy po upłynięciu swojej dziesięcioletniej kadencji jako prezydenta kraju, w tym celu już przed trzema laty specjalnie zmieniono konstytucję. Jej nowelizacja w miejsce systemu prezydenckiego wprowadzała ustrój parlamentarny, co według krytyków Sarkisjana miało dawać mu dożywotnią władzę nad Armenią.



Opozycja protestuje

Nie spodobało się to ormiańskiej opozycji, która jeszcze przed wyborem Sarkisjana na szefa rządu przez parlament rozpoczęła swoje protesty. Przeciwnicy lidera HHK domagali się nie tylko jego rezygnacji ze stanowiska, ale także przeprowadzenia nowych wyborów parlamentarnych. Armeńska opozycja od dawna skarży się bowiem, że głosowania są przeprowadzane nieuczciwie, ponieważ największe tamtejsze media znajdują się w rękach osób związanych z republikańską władzą, a to utrudnia dostęp do mediów ich przeciwnikom.

Od wielu lat głównym liderem opozycji jest parlamentarzysta Nikoł Paszynian, który stoi na czele bloku „Wyjście” i jeszcze jako dziennikarz krytykował „klan karabachski”, jak potocznie nazywa się grupę wywodzących się z Górnego Karabachu rodzin mających decydujący wpływ na życie polityczne kraju. W ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych sojusz pod przywództwem Paszyniana uzyskał jedynie 7,78 proc. głosów i posiada dziewięciu przedstawicieli w liczącym 105 miejsc Zgromadzeniu Narodowym, co wytknął mu zresztą sam Sarkisjan.

Obaj politycy spotkali się bowiem w niedzielę, choć początkowo Paszynian niespecjalnie chciał godzić się na rozmowy, oczekując jedynie podania się przez Sarkisjana do dymisji. Ostatecznie lider opozycji zdecydował się przyjąć zaproszenie armeńskiego premiera, ale spotkanie obu polityków trwało zaledwie trzy minuty. Paszynian miał bowiem domagać się otwarcie rezygnacji Sarkisjana, co zdaniem szefa rządu było szantażem, a nie gotowością do wypracowania kompromisu. Niedługo później opozycyjny przywódca wraz z paroma innymi parlamentarzystami został z kolei aresztowany podczas przemarszu swoich zwolenników. Wypuszczono go w poniedziałek.

Nie pierwsza „rewolucja”

Półtorej godziny po zwolnieniu Paszyniana z aresztu swoją rezygnację ogłosił Sarkisjan. W specjalnym oświadczeniu przyznał, że objęcie funkcji szefa rządu było jego pomyłką. Tym samym przyznał rację liderowi opozycji, przede wszystkim zaś Ormianom protestującym na ulicach Erywania i innych armeńskich miast. Były prezydent dodał, że istnieje kilka rozwiązań obecnego kryzysu, ale on sam nie będzie już uczestniczył w tym procesie.

Najwyraźniej wśród środków mogących zażegnać kryzys, rządzący nie dostrzegli możliwości zdecydowanego użycia siły. Co prawda armeńska policja przez kilkanaście dni protestów nie stroniła od środków przymusu bezpośredniego, a także dokonywała wspomnianych już wcześniej aresztowań, lecz jednocześnie wypuszczała osoby zatrzymywane w czasie manifestacji. Interwencje zakończyły się na niewielkich obrażeniach kilku uczestników demonstracji, a mogło być zdecydowanie gorzej.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Przeciwnicy republikańskich władz nazwali bowiem swoje protesty „aksamitną rewolucją”, tym samym nawiązując nie tylko do „kolorowych rewolucji” charakterystycznych dla państw postradzieckich, lecz przede wszystkim do wcześniejszych prób mających miejsce w Armenii. Po raz pierwszy do masowych protestów doszło w 2003 roku, natomiast pięć lat później zginęło w nich już dziesięć osób, a sytuację uspokoiło dopiero wprowadzenie stanu wyjątkowego.

To właśnie po demonstracjach przeciwko wynikom wyborów prezydenckich w 2008 roku, w Armenii znacząco ograniczono wolność słowa. Mimo tych wydarzeń, trzy lata później krytycy republikańskich władz kraju znowu wyszli na ulice Erywania, a ich protesty trwały niemal przez rok. Sarkisjan poszedł wówczas na kompromis między innymi wprowadzając większy zakres wolności słowa, zgadzając się na demonstracje opozycji, a także dopuszczając do śledztwa w sprawie zgonów protestujących w 2008 roku. W 2013 roku kolejna rewolucja skończyła się szybciej niż zaczęła. Z kolei dwa lata później dużo groźniejsze okazały się manifestacje przeciwko podwyżkom cen energii elektrycznej.

Władza się rozpada?

W porównaniu do poprzednich protestów, Sarkisjan nie tylko zdecydował się na ustąpienie ze stanowiska, ale dodatkowo bardzo szybko wyraził gotowość dialogu z opozycją, chociaż wcześniej skutecznie rozładowywał protesty lub po prostu tłumił je z całą bezwzględnością. Wydaje się jednak, że tym razem były one jednak zdecydowanie zbyt wielkie, a dodatkowo uzyskały wsparcie części wojska. Co prawda w poniedziałek na wiecu pojawiło się tylko kilkudziesięciu obecnych i byłych żołnierzy, a resort obrony zapowiedział ich surowe ukaranie za niesubordynację, ale mówi to wiele o nastrojach panujących w Armenii.

Jednocześnie trzeba jednak pamiętać, że armeńska opozycja wciąż jest niezwykle podzielona. Za jej najpopularniejszego lidera można uznać Nikoła Paszyniana, przy czym nie doprowadził on jednak do zjednoczenia partii krytycznych wobec republikańskiej władzy. Armen Martirosyan, były wiceminister spraw zagranicznych i lider Frontu na rzecz Armenii, w rozmowie z portalem EurAsia Daily1 twierdzi wręcz, że spora część przeciwników obecnej władzy tak naprawdę z nią współpracuje i sabotuje działania opozycjonistów. Dodatkowo zaprzeczył on, jakoby jego partia nie akceptowała pokojowych metod walki z władzą, o co oskarżał ją Paszynian.

Komentatorzy zwracają również uwagę, iż w protestach uczestniczyło wielu bardzo młodych ludzi bez prawa głosu, stąd ewentualne przedterminowe wybory parlamentarne nie muszą wcale przebudować armeńskiej sceny politycznej. Podobnie może być zresztą z polityką zagraniczną kraju. Większość czołowych mediów wśród przyczyn wybuchu protestów wskazywała oczywiście korupcję i kiepską kondycję gospodarczą Armenii, ale dodatkowo sprzeciw wobec bliskiej współpracy Armenii z Rosją. „Nowaja Gazieta”2, czyli największy opozycyjny dziennik w Rosji, tonuje jednak te nastroje w swoim obszernym reportażu z Erywania. Dziennikarze gazety podkreślają bowiem, że „nieoczekiwanie wielu protestujących ma pozytywny stosunek” do rosyjskiego prezydenta Władimira Putina, chociaż nie wszyscy zgadzają się z jego polityką zagraniczną.

W tej chwili trudno więc jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, jakie konsekwencje będą miały protesty przeciwko Sarkisjanowi, a nade wszystko jego decyzja o ustąpieniu. Czy będzie on sterował nową władzą z tylnego siedzenia? A może sytuacja ekonomiczna kraju jest tak zła, że Republikanie chcą scedować część odpowiedzialności za rządzenie na coraz głośniejszą opozycję? Wszystkie te kwestie najprawdopodobniej wyjaśnią się w najbliższych tygodniach.

Marcin Ursyński

1 https://eadaily.com/en/news/2018/04/06/8-days-of-power-vacuum-in-armenia-opposition-hopes-for-sabotage-of-elites

2 https://www.novayagazeta.ru/articles/2018/04/23/76284-forrest-gamp-protiv-cheburashki

Reklama

Tagi: , , , , ,

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.





Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz