„Zając”, który pod nieobecność zaginionego „Gardy” dowodził jego żołnierzami mówił, że nie musiał się zgadzać na wcielenie ich do oddziałów Berlinga. Przekonał go jakiś politruk, który powiedział – panie poruczniku, przecież nikt nie wie, że wy tu jesteście! Jak nie pójdziecie z nami, to znikniecie i toczka! – Taką propozycję trudno odrzucić.
– Niemcy, którzy nas atakowali, co trzeba podkreślić, nie wykazywali brawury czy odwagi – wspomina Andrzej Żupański. – Nie chcieli ryzykować, po prostu się bali. – Jak wypierali nas z Pustynki, to przed nacierającą piechotą położyli wał ogniowy, który zmusił nas do wycofania. My nie mieliśmy im czym odpowiedzieć. Owszem, wspierała nas sowiecka artyleria, ale z braku amunicji oddała ona tylko cztery salwy. Nasza kompania oczywiście walczyła, ale miała przywieziony ze sobą tylko jeden karabin maszynowy bardzo przestarzały, który szybko się zaciął i odmówił posłuszeństwa. Dopiero później, gdy któryś z oddziałów zdobył karabiny maszynowe, które znacznie wzmocniliśmy naszą siłę ogniową. Jeden, jak pamiętam, miał dziurkowaną lufę. Niemcy używali go jeszcze w 1939 r. Drugi cięższy miał większy kaliber i kwadratową chłodnicę. Była to znakomita broń, z której niestety zbyt długo sobie nie postrzelaliśmy. Niemcy nas otoczyli, spychając stopniowo do defensywy. Jak wcześniej mówiłem, nie działali oni zbyt pospiesznie. Starali się nas pokonać logistyką i to im się niestety udawało.
Śmierć dowódcy
– Pierścień niemiecki z dnia na dzień zaciskał się coraz bardziej. Byliśmy codziennie bombardowani przez niemieckie samoloty. Na swoje pierwsze linie Niemcy wszędzie ściągali czołgi, a także samochody pancerne, którymi poruszali się grenadierzy pancerni. Miały one odkrytą skrzynię bagażową, w której siedziała drużyna strzelecka, mająca jeszcze do dyspozycji ciężki karabin maszynowy. W rękach niemieckich była to groźna broń. Niemcy podjeżdżali blisko naszych stanowisk i strzelali, a my nie mieliśmy im czym odpowiedzieć. W końcu zostaliśmy całkowicie otoczeni i dowództwo musiało podjąć decyzję, co dalej. Musieliśmy się przebijać, tylko nie wiadomo, w którym kierunku. Najprościej było się przebijać na zachód za Bug, ale Komenda Główna AK wykluczała taką możliwość. Ze względów politycznych dywizja miała pozostać na Wołyniu. Cofaliśmy się w głąb lasów mosurskich. Położenie dywizji pogorszyła śmierć Jana Wojciecha Kiwerskiego „Oliwy”, mianowanego po formalnym utworzeniu dywizji podpułkownikiem. Wszystkie oddziały zostały o jego śmierci powiadomione specjalnym rozkazem. Dowództwo dywizji objął mjr „Kowal” Jan Szatowski, który podjął decyzję, że dywizja będzie się przebijać na północ do lasów szackich. Musieliśmy przejść tory kolejowe na linii Luboml-Kowel. Oddziały dywizji miały dojść w rejon Zamłynia bez walki, by następnie nocą po uformowaniu kolumny przejść w ciszy na drugą stronę torów nie zauważeni przez Niemców.
Nie wykonałem zadania
– Zgodnie z rozkazem „Piotra” z patrolem saperskim miałem iść na czele kolumny zaminować tor i po przejściu go wysadzić w powietrze. Zadanie to wykonałem w połowie. Zaminowałem tor i czekałem z zapalarką, by go wysadzić. Zorientowałem się jednak, ze nie całe nasze wojsko przekroczyło tor. Torów nie wsadziłem, bo uważałem, że gdybym to zrobił, to popsułbym drogę następnym oddziałom i ściągnął w rejon przemarszu dywizji Niemców. Nad ranem, gdy oddziały dywizji nie nadchodziły, zabrałem trzech swoich żołnierzy i ruszyłem za czołówką dywizji. Nie wiem po dziś dzień, czy zrobiłem dobrze, czy źle. Po złożeniu meldunku, jak wywiązałem się ze zleconego zadania, nikt mnie ani nie pochwalił ani nie opieprzył. Później okazało się, że tor bez jednego strzału przeszło pięć batalionów, a pozostałe trzy zmyliły w ciemnościach drogę i poszły na lewo, usiłując przejść przez tor w innym miejscu. Natrafiły na silny opór Niemców i zostały rozbite. Sporo żołnierzy zginęło i zostało rannych. Część rannych dostała się do niewoli. Na drugi dzień część rozproszonych żołnierzy zgromadził por. „Zając” i przeprowadził przez tory. Wielu rozbitków pozbierał też „Jastrząb”, który następnie cofnął się do lasów mosulskich, po których krążył zręcznie wymykając się Niemcom, by w końcu przedostać się na Lubelszczyznę. Sporo jednak żołnierzy poszło w rozsypkę. Także niektórzy dowódcy batalionów m.in. „Siwy”, „Olgierd” i „Lech” najzwyczajniej zrejterowali, porzucając żołnierzy, którzy się wokół nich gromadzili. Dywizja nie została jednak rozbita.
Walczyliśmy nadal
– Liczyła 3600 ludzi i dalej przedstawiała dużą wartość bojową. Musiała jednak odpocząć, przejść reorganizację i uzupełnić zapasy. Gdy dogoniłem dywizję i zameldowałem się u „Piotra”, to okazało się, że niektóre jej oddziały już miały za sobą walkę z Niemcami. Osłaniając odwrót do lasów szackich, podpaliły jakąś wieś stwarzając zasłonę dymną, dzięki której oderwały się od nieprzyjaciela. W lasach szackich nikt oczywiście na nas nie czekał i nikt nas nie potrzebował. Tereny te były opanowane przez partyzantkę radziecką, która czuła się tu gospodarzem i należało z nią uzgadniać rejony zakwaterowania. Obszar ten słabo zaludniony nie dawał dużych możliwości aprowizacyjnych i problemem dywizji od razu stał się głód. Nasiliła się też wszawica. Bardzo dokuczliwa stała się plaga poleskich komarów, które atakowały nas w dzień i w nocy. Brakowało nam również środków opatrunkowych, co też obniżało morale żołnierzy. Tym bardziej, ze nie mieliśmy też szpitala dywizyjnego i każda cięższa rana oznaczała dla żołnierza śmierć. Najgorszą jednak bolączką wszystkich oddziałów był niedobór amunicji. Mimo tych trudności dowództwo dywizji starało się opanować sytuację i podnieść ducha bojowego żołnierzy.
Reorganizacja dywizji
– Dywizja została zreorganizowana. Nasza kompania warszawska, którą dowodził dalej por. „Piotr” została połączona z batalionem „Gzymsa”, który stanowił ochronę sztabu dywizji. Byliśmy wtedy już tylko kompanią strzelecką. Zadań typowo saperskich wykonywaliśmy mało. Dywizja wtedy wypoczywała, wysyłała w różne strony patrole, starające się przede wszystkim o żywność. Rozpoznawały one też pozycje Niemców i ich sojuszników. Na podstawie ich meldunków sondowały zamiary Niemców. Ci zaś też wysyłali w lasy swoje oddziały, rozpoznające nasze rubieże obronne. Stale nękały dywizję również niemieckie samoloty. Zachowywały się one bardzo bezczelnie, przelatując tuż nad wierzchołkami drzew. Dla wszystkich było jasne, że Niemcy po raz kolejny nas okrążają i chcą zlikwidować. Dalsze przebywanie w lasach szackich groziło zniszczeniem dywizji. Dowodzący dywizją mjr „Żegota”, czyli Tadeusz Sztumberk-Rychter podjął wówczas słuszną decyzję o podzieleniu dywizji na trzy części. Każda miała samodzielnie wyjść z okrążenia i udać się kierunku północno-wschodnim w rejon Dywina, gdzie miało nastąpić spotkanie i sforsowanie Prypeci, co było tożsame z przejściem niemiecko-radzieckiego frontu. Wyruszyliśmy nocą wykorzystując fakt, że Niemcy nie zdążyli utworzyć ciągłej linii okrążenia. W głowach im się nie mieściło, że możemy zaryzykować przejście przez bagna, które wydawały się nie do przebycia.
W batalionie u „Gzymsa”
– Z przygotowanej dla nas pułapki wymknęliśmy się stosunkowo łatwo. Gdy znaleźliśmy się poza zasięgiem Niemców z lubością słuchaliśmy kanonady, która dochodziła z miejsca naszego dawnego postoju. Niemcy ostrzeliwali je z dział i bombardowali je z samolotów, a wkrótce zaczęli je jeszcze ostrzeliwać z broni maszynowej i ręcznej. Po takiej nawale ogniowej mało kto z nas by przeżył, jeżeli nadal bylibyśmy na pierwotnych pozycjach. Ja razem z kompanią warszawską włączoną do batalionu „Gzymsa” maszerowałem w kolumnie sztabowej, dowodzonej osobiście przez dowódcę dywizji „Żegotę”. Po nocnym marszu musieliśmy przycupnąć w lesie, by Niemcy nas nie wytropili. Gdy wieczorem wyruszyliśmy w dalszy marsz, wleźliśmy w takie bagno, którego żołnierze z mojej armii w życiu nie widzieli. Przez całą noc brnęliśmy po pas przez błotnistą maź. Przeskakiwaliśmy też z kępy na kępę traw, ale dłużej na nich nie wolno było stać , bo też się zapadały. Wtedy lądowało się w mazi często po ramiona. Można było też zniknąć w topieli. Gdy wyszliśmy na suchy grunt , zaczął padać deszcz, który przemienił się w burzę gradową. Przemoczeni do szpiku kości trzęśliśmy się z zimna.
Dokuczał nam głód
– Nie było jak się ogrzać. Wszyscy byli wściekli i klęli. Nie wiedzieliśmy, co się działo z pozostałymi kolumnami. Po jakimś czasie kolumna się zatrzymała, a z żołnierzy kompanii warszawskiej został zmontowany patrol, którego głównym celem było zdobycie żywności. Wyruszyliśmy w stronę Małoryty, docierając do jakiejś pobliskiej kolonii, której nazwy teraz już nie pamiętam, zostaliśmy tam bardzo dobrze przyjęci. Gospodarze zebrali kilka worków ziemniaków, które jeden z nich na furce odwiózł na miejsce postoju kolumny. Gdy do niej dotarliśmy okazało się, że nie idziemy za Prypeć, ale za Bug. Zarządzono zbiórkę i ruszyliśmy w wyznaczonym kierunku. Po drodze spotkaliśmy opuszczoną bazę partyzantów sowieckich, złożoną z ziemianek. Wszyscy się ucieszyli, że spędzimy noc w jakichś ludzkich warunkach. Zieminaki wyglądały na solidne. Zbudowane zostały z okrąglaków. Były pokryte ziemią i mchem. W obozowisku znajdowała się nawet kuchnia polowa. Długo żeśmy jednak nie pospali, bo okazało się, że ziemianki są tak zarobaczone insektami, że trzeba było z nich uciekać. Zaatakowani przez wszy, które od dawna nic nie żarły, musieliśmy wyskakiwać z ziemianek, resztę nocy spędziliśmy pod drzewami , opędzając się od wszy. Rano zaczęliśmy oczyszczać wszystkie ziemianki z brudu i resztek zimowego bytowania radzieckich partyzantów. Prycze pokryliśmy gałęziami sosnowymi, których żywiczny zapach odstraszał robactwo. Mogliśmy wypoczywać.
Okrasiliśmy je krówką
– Co działo się z kolegami z dwóch pozostałych kolumn, dalej nie wiedzieliśmy. Ani z „Gardą” , ani z „Kowalem” , którzy nimi dowodzili „Żegota” nie miał łączności. Stojąc w sowieckiej bazie wreszcie zjedliśmy pierwszy od wielu dni gorący posiłek. Patrolom udało się zdobyć trochę żywności. Trochę prowiantu przekazał nam też oddział radziecki. Na każdą drużynę przypadło po kawałku mięsa wołowego, fasoli i ziemniaków. Wkrótce wyruszyliśmy ponownie w stronę Bugu. Dalej towarzyszył nam głód. Raz tylko udało się nam odkryć zakamuflowany kopiec ziemniaków, którego zawartość okrasiliśmy tłustą krówką, którą w lesie znalazł patrol żywnościowy. Zjedliśmy wtedy zupę na wołowinie , która nam bardzo smakowała. Był to zresztą jedyny nasz posiłek w ciągu całego dnia. Następnego dnia nic żeśmy nie jedli, bo patrole żywnościowe natknęły się na Niemców i musiały podjąć walkę. Do Bugu podchodziliśmy bezskutecznie chyba ze dwa razy. Dopiero za trzecim razem go sforsowaliśmy. Prowadziło nas dwóch przewodników. Bez większych przeszkód przebyliśmy odcinek bagien, a następnie rozrzuconą wieś Durycze. Później pozostał nam już tylko skok przez tory linii Brześć-Włodawa i równoległą z nim drogę i już byliśmy nad Bugiem. Rzeka nie byłą jednak łatwa do sforsowania. Ja z drugim kolegą zgłosiłem się do wyszukiwania brodu. Byłem wysoki i dobrze umiałem pływać. Sądziłem więc, że z zadaniem tym poradzę sobie lepiej niż inni koledzy. Przeszliśmy do połowy rzeki i uznaliśmy, że można ją przejść brodem po pas w wodzie.
Do połowy rzeki
– Okazało się, że źle wykonaliśmy zadanie, bo doszliśmy tylko do połowy rzeki. Tymczasem pod zachodnim brzegiem rzeki nurt był silniejszy i głębokość większa. Woda sięgała człowiekowi do szyi. Jakoś jednak Bug pokonaliśmy. Oddział natychmiast ruszył do przodu aż dotarł do wsi Marianka, gdzie po wypoczynku udaliśmy się na koncentrację w lasach parczewskich. Tu docierały wszystkie oddziały, wchodzące wcześniej w skład dywizji, które uległy rozproszeniu. Nie dotarła tylko kolumna „Gardy”, która w dramatycznych okolicznościach przeszła front na Prypeci i jej żołnierzy wcielono do oddziałów Wojska Polskiego, tworzonych przez gen. Zygmunta Berlinga. O przejściach żołnierzy „Gardy” dowiedzieliśmy się dopiero po wojnie, gdy się z nimi spotkaliśmy. Sam wiele godzin przegadałem na ten temat z por. „Zającem”, czyli Zygmuntem Górką – Grabowskim. W sprawie samego przejścia przez Prypeć, bardzo krwawego dla kolumny „Gardy” jest wciąż wiele niejasności, które pewnie nigdy nie zostaną do końca wyjaśnione. „Zając”, który pod nieobecność zaginionego „Gardy” dowodził jego żołnierzami mówił, że nie musiał się zgadzać na wcielenie ich do oddziałów Berlinga. Przekonał go jakiś politruk, który powiedział – panie poruczniku, przecież nikt nie wie, że wy tu jesteście! Jak nie pójdziecie z nami, to znikniecie i toczka! – Taką propozycję trudno odrzucić . „Zając” nie miał wyboru. Gdy on był za linią frontu, to my w lasach parczewskich wypoczywaliśmy, prowadząc normalne życie garnizonowe.
Wygłodzeni i obdarci
– Oddziały się porządkowały, a żołnierze dochodzili do siebie. Wszyscy byliśmy wyczerpani, wygłodzeni i obdarci. Dzięki pomocy tamtejszej ludności odżyliśmy, stając się ponownie pełnowartościową jednostką bojową. Podniesiono dyscyplinę, dokonano reorganizacji oddziałów, rozpoczęto szkolenie kadry, podnosząc jej umiejętności z zakresu dowodzenia. Na co dzień pełniliśmy też służbę wewnętrzną i zajmowaliśmy się rozpoznaniem. Codziennie był wyznaczony oficer inspekcyjny garnizonu, w batalionach oficer służbowy. W ramach reorganizacji dywizji miano zorganizować pluton saperów szturmowych pod dowództwem por. „Piotra”, ale z braku czasu tego nie zrobiono. „Warszawiacy” pozostali kompanią strzelecką.
(cdn.)
Marek A. Koprowski









