Obecna sytuacja ujawnia intelektualną słabość i ideową impotencję środowisk określających się w Polsce “ideową”, “antysystemową” prawicą – twierdzi Karol Kaźmierczak.
W sytuacji kryzysu, faktycznego stanu nadzwyczajnego wszyscy ci, którzy określają się w Polsce mianem antysystemowej, prawdziwej prawicy zachowują się niczym dzieci we mgle. Przestraszeni, zagubieni, czekają na pożarcie przez potwory, które częściowo sami zmyślają, zamiast po męsku potraktować kryzys jako efekt sprzeczności współczesnego świata, które przez dziesięciolecia były ewokowane przez jego radykalnych prawicowych krytyków, a zarazem jako przesilenie, które daje szansę na poukładanie świata lepiej, normalniej. Dziś gdy zarzuty wielu “prawdziwych” prawicowców wobec współczesnego świata znajdują swoje jaskrawo widoczne potwierdzenie, oni sami kurczowo trzymają się jego ukruszonych filarów.
Na wstępie tego artykułu muszę zaznaczyć, że używam pojęcia prawica w znaczeniu czysto umownym. W mojej opinii wywodzący się jeszcze z czasów rewolucji francuskiej podział prawica-lewica nie ma już żadnej wartości deskryptywnej ani eksplanacyjnej. Nie opisuje prawidłowo obecnych podziałów socjo-politycznych w Polsce, Europie, na świecie, ani nie wyjaśnia przyczyn tych podziałów – interesów jakie za nimi stoją, ani ich potencjalnych skutków. Dzielenie aktorów społecznych i politycznych po linii prawica-lewica nie może więc być podstawą dla wyciągnięcia z obecnej sytuacji jakichkolwiek konstruktywnych wniosków, sformułowania politycznej odpowiedzi na to co zrobić w stanie pandemii i po niej. Bo kolejne dane pokazują, że zaraza nie minie szybko, a konieczność powstrzymywania jej zasadami supresji w poważnym stopniu zakłóca, wręcz wykoleja procesy ekonomiczne. Oznacza to, niszczący globalne i naruszający lokalne więzi gospodarcze, kryzys.
Jak potężny będzie to kryzys zapowiadają już dane z USA – serca systemu globalnego kapitalizmu i jego czołowego beneficjenta, gdzie w ciągu dwukrotnie mniejszego czasu doszło do 6,5 raza więcej zarażeń niż w Chinach. W amerykańskim mieście-symbolu, głównym centrum finansowym – Nowym Jorku – selekcjonuje się ludzi dzieląc na tych, którzy mają szansę na terapię i przeżycie oraz na tych którzy umrą na szpitalnym korytarzu lub na ulicy. W mieście, symbolu dostatku, rozwoju i potęgi widzimy obrazy niczym z krajów trzeciego świata – zdjęcia tysięcy osób chaotycznie przepychających się w kolejkach do rozdawanej żywności lub by złożyć wniosek o status bezrobotnego. Tak jak przewidywałem trzy tygodnie temu, może to być największy kryzys kapitalizmu od 1929 r., a będzie on tak dojmujący właśnie przez same cechy systemu jaki stworzyliśmy. Dezorganizacja dotychczasowych struktur gospodarczych ale też samych stosunków międzynarodowych będzie tak wielka, że stworzy warunki dla ich generalnej przebudowy, remontu świata. Czy nie o to chodziło zawsze wszystkim tym, którzy określali się jako “antysystemowcy”? Jednak przy przeprowadzeniu jakiegokolwiek remontu trzeba dysponować planami architektonicznymi budowli, specyfikacją dostępnych materiałów budowlanych i dobrze znać potrzeby mieszkańców ją zasiedlających. Obecna sytuacja ujawnia intelektualną słabość i ideową impotencję środowisk określających się w Polsce “ideową”, “antysystemową” prawicą.
A przecież krytyka dochodząca z tych kręgów właściwie niemal od 1989 r., a w pełni rozwinięta na przełomie wieków wraz z procesem włączania Polski w zachodnie struktury integracyjne i globalny rynek była i jest radykalna, choć w tym mgławicowym, niespójnym zbiorze kontestatorów określanych “skrajną prawicą” wychodziła z różnych kierunków. Krytykowano nie tylko mechanizmy polityczne i instytucje prawne, nie tylko system ekonomiczny czy kształt stosunków międzynarodowych, ale często posuwano się w tym środowisku do fundamentalnej krytyki kultury zachodnich społeczeństw.
Kontestacja na papierze
“Prawdziwi prawicowcy” krytykowali i krytykują demokrację liberalną – a to za ochlokrację – rządy motłochu, jak w przypadku niszy ostatnich reakcjonistów, a to za oligarchizację i całkowite uprzedmiotowienie narodu przez zblatowane w ramach współczesnej mediokracji elity politycznej i elity pieniądza sprawnie manipulującej tłumami za pomocą mediów tradycyjnych i społecznościowych. Polscy prawicowi kontestatorzy szukali chwili zadzierzgnięcia tych więzów jeszcze przy okrągłym stole, przy którym dawni komuniści uzyskali wejściówkę do zwycięskiego liberalnego bloku atlantyckiego i legitymację do uwłaszczenia się w zamian za oddanie opozycji ograniczonego już liberalnymi zasadami kierownictwa politycznego. Wszelkiej maści prawicowy-antysystemowcy przez trzy dekady głosili konieczność “obalenia republiki okrągłego stołu” przez nową siłę spoza “Magdalenki”. “Antysystemowcy” kwestionowali demokratyzm obecnego systemu politycznego, kwestionowali reprezentatywność jego elit, domagali się nowego mechanizmu wyrażania woli ludu, odrzucając dotychczasowe główne instytucje pod hasłami jednomandatowych okręgów wyborczych i walki z “partiokracją”.
W środowiskach umownej “twardej prawicy” zdecydowanie kontestowano Unię Europejską uważając ją za zagrożenie dla suwerenności narodowej, a w środowiskach konserwatywnych liberałów także za imperium socjalistycznej opresji. Narodowcy z tego samego suwerennistycznego stanowiska kwestionowali przez lata hegemonię USA legitymizowaną i realizowaną poprzez budowę instytucji międzynarodowych przechwytujących kolejne kompetencje należących do nich państw oraz poprzez narzucanie państwom liberalnych zasad ideologicznych według jakich musiały one kształtować swoje stosunki wewnętrzne. W środowiskach tych często kontestowano globalizację ekonomiczną będącą podstawą pax americana. Ileż to filipik nie dobiegało z kręgów narodowców przeciwko wolnemu handlowi światowemu i finansjalizacji gospodarek zalewanych “wolnym przepływem kapitału”. Jakże często krytykowali oni rozwój zależny i peryferyjność polskiej gospodarki, która została po prostu przejęta przez zachodnie potęgi kapitalistyczne, które to przejecie często prowadziło do dezindustrializacji całych połaci Polski, a w końcu masowej emigracji Polaków i w konsekwencji do zaczątków podmiany populacji na przybywających Ukraińców, a ostatnio także Hindusów. Masowe migracje były i są nieodłącznym, a właściwie koniecznym, elementem ekonomicznej globalizacji każącej w poszukiwaniu taniej siły roboczej czasem przenosić produkcję, a czasem importować tę siłę. Nawet w dyskursie koliberałów pojawiały się twierdzenia o nieprawdziwym liberalizmie i kapitalizmie, zdominowanym przez wielkie korporacje.
W końcu krytyka “prawdziwej prawicy” sięgała, jak już wspomniałem, najgłębszego poziomu metapolitycznego, poziomu kultury. Jakże wielu radykalnych prawicowców atakowało swoje społeczeństwo za rozbuchany konsumpcjonizm mający podstawę w kulturze doraźnego użycia i płytkich przyjemności zmysłowych. Atakowano z pozycji moralnych społeczeństwo praw bez obowiązków. Prawicowcy martwili się atrofią więzi społecznych, atomizacją, rozpadem rodzin, wykorzenieniem z tradycji i kultur narodowych, homogenizacją bądź hybrydyzacją kulturową, społecznym metysażem, liberalizacją obyczajów i powszechnym promiskuityzmem. Co mądrzejsi dostrzegali, że procesy na wszystkich tych płaszczyznach – politycznej, ekonomicznej i społecznej, są ze sobą ściśle związane. Stąd w publicystyce wielu radykalnych konserwatyzmów pojawiał się swoisty ton rezygnacji, poczucia próby zawracania rzeki historii. I choć zaostrzenie się stosunków międzynarodowych, słabniecie hegemonii Stanów Zjednoczonych, spadek znaczenia Europy i wzrastające napięcia na Starym Kontynencie, na wielu poziomach zakwestionowało dawną fukuyamowską tezę o liberalnym końcu historii, to przecież jednak na poziomie najważniejszym – kulturowym, narodowcy czy konserwatyści bezsilnie obserwowali dryf społeczeństwa w kierunku westernizacji przejawiającej się wyżej opisanymi tendencjami.
Pandemia jest kryzysem, który jak pryzmat rozszczepia i uwidacznia wszystkie te procesy, które od dekad krytykowali “prawicowi antystemowcy”. Szybkość z jaką koronawirus rozpełzł się po świecie, a szczególnie po Europie jest bezpośrednim efektem “świata bez granic”. Zaś spustoszenie ekonomiczne obejmujące praktycznie wszystkie państwa jest bezpośrednią konsekwencją przeforsowania przez zachodnie elity swojego pomysłu na urządzenie “świata współzależności”, który rzecz jasna był im suflowany przez wielki kapitał. Czy zatem prawicowi kontestatorzy spokojnie, ale dobitnie i przekonująco opisują dziś sytuację podsumowując ją zasłużonym “a nie mówiłem”? Czy od ogółu do szczegółu przedstawiają alternatywę? Bynajmniej, teraz mówiąc coś całkowicie innego.
To wręcz niewiarygodne jak przedstawiciele kręgów, o których piszę, nie potrafią powiedzieć B po wypowiedzeniu A, choć wypowiada je półgębkiem już nawet część komentatorów z głównego nurtu. Zamiast tego “antysystemowcy” mówią Ż. Pierwszą reakcją “antysystemowców”, nadal zresztą w jakimś zakresie utrzymywaną, było bagatelizowanie pandemii. Stanisław Michalkiewicz porównywał koronawirusa do grypy. Na potwierdzenie tego typu tezy “prawdziwi prawicowcy” przytaczają statystyki zgonów powodowanych przez powikłania pogrypowe czy wypadki samochodowe. Nic to, że zgony pogrypowe są najczęściej skutkiem głupoty, nie działania samego wirusa, bo powikłania często wynikają z uporczywego nie leczenia się przez chorych, prób “przechodzenia” infekcji zamiast położenia się do łóżka. Nic to, że wypadkami samochodowymi ludzie nie mogą się zarażać, w związku z czym wypadki te nie kumulują się w sposób zagrażający funkcjonowaniu służby zdrowia, ale też wszystkim tym dziedzinom aktywności, które wymagają gromadzenia dużych zespołów ludzi. Wypadkami samochodowymi nie mogą zarazić się ratownicy czy lekarze pomagający ich ofiarom.
Poczet warchołów polskich
Głównym wyzwaniem ze strony nowego koronawirusa jest nie jego zabójczość lecz zaraźliwość – łatwość z jaką się rozpowszechnia. W warunkach braku szczepionki i leku nawet 5 proc. śmiertelności może okazać się hekatombą jeśli dopuścimy do tego, by zaraziły się setki tysięcy czy miliony ludzi. Łatwo w tym kontekście mówić o tym, że katastrofa ekonomiczna powodowana przez długotrwale zablokowanie życia społecznego, a więc i sporej części działalności gospodarczej, może także przynieść ofiary. Jednak wobec szczupłości danych naukowych dotyczących nowego przecież wirusa politycy podjęli zasadniczo słuszny wybór kupowania czasu poprzez strategię supresji, właśnie w oczekiwaniu na sukcesy naukowców prowadzące do powstanie szczepionki lub leku. Wybór ten był spowodowany podstawowym instynktem moralnym nakazującym silniejszym poświęcić swoje interesy w obronie słabszych. Słabszymi są w kontekście pandemii osoby starsze oraz zmagające się z różnymi przewlekłymi chorobami i dolegliwościami. To co już wiemy o wirusie to fakt, że dla pewnych, niemałych przecież, grup społecznych, koronawirus jest zagrożeniem śmiertelnym. Generalna blokada jest więc naturalnym wyborem moralnym w pierwszych tygodniach ataku nierozpoznanego wroga.
Tymczasem zaraz za narracją lekceważenia zagrożenia wyszła z kręgów koliberalnej “skrajnej” prawicy narracja warcholska. Niemała część z najbardziej fanatycznych zwolenników tego nurtu uznała, że nawet w warunkach pandemii państwo nie ma prawa “ograniczać wolności”. Wypowiedzi konserwatywno-liberalnych polityków jak Jacek Wilk porównującego ustanowienie regulacji przeciwepidemicznych do wprowadzenia stanu wojennego przez gen. Jaruzelskiego można by śmiało włączyć w opasłą księgę – poczet warchołów polskich, tuż obok filipik konfederatów targowickich broniących wszak “złotej wolności” Polaków. Wilk podłączył się nawet pod inicjatywę ekscentrycznego parapolityka Pawła Tanajno ogłaszającego nie wiadomo z czyjego nadania, “strajk przedsiębiorców”. Jeszcze pod koniec marca Wilk równie samozwańczo ogłosił się pełnomocnikiem prawnym, który złoży pozew zbiorowy przeciw państwu polskiemu za straty jakie miały im przynieść reguły kwarantanny.
W poczet ten można wpisać i publicystę bardziej głównonurtowego Łukasza Warzechę, nazywającego “absurdalnym” niemal każde uregulowanie przeciw rozprzestrzenianiu się wirusa łącznie z godzinami zarezerwowanymi dla seniorów w sklepach i urzędach, wyłuskującego z lubością każdą problematyczną interwencję policjantów, tak jakby zaistniała sytuacja była dla nich bardziej standardowa niż dla jakiekolwiek innego obywatela. Ponieważ jednak tego rodzaju argumentacja jest przekonująca tyko dla garści najbardziej sfanatyzowanych ideologicznie libertarian stąd uzupełniana jest sugestią o niewielkim zagrożeniu ze strony nowego wirusa. Takie sugestie nie wytrzymują z kolei konfrontacji z obrazami i liczbami jakie docierają do nas z Włoch, Hiszpanii i USA, ostatnio także Francji, przedstawiającymi tysiące osób przybywających do szpitali i setki umierających dziennie. Dlatego też w światku prawdziwych prawicowców jak na drożdżach rosną już teorie spiskowe cięższego gatunku według których globalne elity nadymają histerię z powodu niegroźnego w sumie konawirusa by zamknąć nas w domach na lata, pozbawić nas możliwości posługiwania się gotówką czy nawet ustanowić rząd światowy.
Spiskologia
Tego rodzaju spiskologia buzuje już w opisywanym środowisku, co zauważalne jest na portalach społecznościowych, ale przecież suflowana przez jego wpływowe osobistości jak Stanisław Michalkiewicz określający pandemię “jako rodzaj pilotażowego programu zredukowania liczebności gatunku ludzkiego”. Na stronie na Facebooku opisanej jako strona Michalkiewicza nie omieszkano podzielić się tezami jakie w kwestii pandemii wysuwa David Icke – ekscentryczny publicysta od lat twierdzący, że czołowi ludzie władzy na świecie od królowej Elżbiety II po George’a Busha juniora to przedstawiciele rasy reptilian zakulisowo rządzących globem. Spiskologia zawsze jest zachowaniem mającym ściągnąć odpowiedzialność z osoby opisującej za jej pomocą proces polityczny i społeczny, skoro bowiem działają na świecie tak potężne siły, które wyhodowały wirusa to porażkę własnych działań czy nawet ich nie podejmowanie łatwo usprawiedliwić. Trudno podejrzewać by Michalkiewicz również zajmował się demaskowaniem gadzich władców świata. Taki wpis wygląda raczej na cyniczne bazowanie na ludzkiej ignorancji, co biorąc pod uwagę popularność tego autora, jest także jej utwierdzaniem. Kryzys w gruncie rzeczy burzy spokój i dobrobyt tego rodzaju publicystów i działaczy, którzy jak wspomniany Michalkiewicz czy Korwin-Mikke przez lata wyrabiali sobie pozycję na chłostaniu obecnego “systemu” z radykalnych, liberalnych pozycji. Teraz gdy system chwieje się w posadach ich zwolennicy mogliby zacząć oczekiwać konstruktywnych propozycji czy nawet działań, lepiej więc utwierdzać ich w przekonaniu, że mają raczej do czynienia ze wzmacnianiem się socjalistycznej opresji i tyranii wrogów, za którymi może stoją i sami reptilianie.
Spiskologia ta jest o tyle absurdalna, że rozmija się z już zauważalnymi tendencjami rwania się globalizacji ekonomicznej, słabnięcia wszelkich organizacji międzynarodowych w tym Unii Europejskiej oraz wzmocnienia się pozycji państw narodowych, bo tylko ich struktury okazały się tymi, które podejmują nadzwyczajne działania w obliczu faktycznego stanu nadzwyczajnego. Jak zauważył Carl Schmitt ten kto podejmuje decyzję o stanie wyjątkowym (lub stosuje środki nadzwyczajne nawet bez formalnego ogłaszania takiego stanu, jak można dodać biorąc pod uwagę sytuację w Polsce) jest politycznym suwerenem. A jednak fala kryzysu ekonomicznego jaki nadchodzi przyniesie wstrząsy, a więc wyzwania dla każdej władzy. Ludzi nie można utrzymać w domach przez lata. Szczególnie ludzi wychowanych w cywilizacji liberalnej. I żadne państwo demokratyczno-liberalne nie ma narzędzi do stłumienia naprawdę masowego obywatelskiego nieposłuszeństwa. Spiskologia okazuje się jednak wytrenowaną tendencją marginałów, intelektualnych słabeuszy, ciągłych przegranych, jakimi od 300 lat są na scenie dziejowej integralni prawicowcy, a od 30 na polskiej scenie politycznej nacjonaliści.
Ekonomizm
Przy okazji kryzysu ze środowiska konserwatywnych liberałów, niczym szambo, wybił się gdzieniegdzie także prymitywny ekonomizm. Na taką rodzaju bezduszność nie mogli sobie oczywiście pozwolić politycy czy znani publicyści. Oczywiście, przytacza się argument o ofiarach, jakie ma przynieść nadchodzące tąpnięcie ekonomiczne z bezrobociem i recesją. Jest to jednak zawsze argument mało przekonujący, podnosi bowiem perspektywę teoretycznego zagrożenia, na którego przebieg i rozmiar będzie miało wpływ wiele zmiennych, które my z kolei będziemy mogli kontrować swoimi działaniami. Tymczasem epidemia jest tu i teraz, jest bezpośrednim zagrożeniem biologicznym, wobec którego nie dysponujemy szczepionką ani lekiem. Oczywiście, generalnej kwarantanny nie można utrzymywać w nieskończoność gdyż tak daleko idąca blokada aktywności ludzkiej, w tym ekonomicznej, w końcu faktycznie może doprowadzić do niemożności zaspokojenia podstawowych materialnych, egzystencjalnych potrzeb ludzi. Jednak przecież my jeszcze nie rozpisaliśmy całego równania zysków i strat, po stronie określającej działanie wirusa ciągle mamy niewiadome, na przykład w kwestii nabywania odporności przez tych, którzy przeszli chorobę. W Korei Południowej, która tak dobrze radziła sobie z epidemią, właśnie odnotowano kilkadziesiąt ponownych zakażeń. W takiej sytuacji należy działać ostrożnie, wszak chodzi o zdrowie i życie wielu ludzi. Nawet jeśli mielibyśmy przyjąć ryzykowanie nim, trzeba wiedzieć dokładniej jak wielkie jest to ryzyko. W internetowych apelach bananowych liberałów, wzywających do jak najszybszego uruchomienia gospodarki z trudem dostrzegam elementarną troskę właśnie o zdrowie i życie wszystkich członków narodu, a bardziej desperackie dążenie do ocalenia dotychczasowego poziomu dobrobytu i konsumpcji – żeby jak najszybciej “było tak jak było”. Nie będzie. Musimy przygotować się do tego, że będziemy żyć biedniej. Mimo to postarajmy się żyć choć trochę mądrzej.
Z kręgów “prawdziwej prawicy” od lat dobiegała krytyka hegemonii Waszyngtonu, na której opierał się “nowy porządek światowy” (pojęcie to rozumiano w nich znacznie szerzej niż posługujący się nim George Bush senior). Widziano w niej splot wszystkich negatywnie ocenianych tendencji cywilizacyjnych, o jakich pisałem. Tym zresztą “antysystemowcy” odróżniali się od tego co na polskiej scenie politycznej zwykło się nazywać prawicą głównego nurtu. Wszak politycy Prawa i Sprawiedliwość zawsze mogli liczyć na cięgi od tradycjonalistów, narodowców, nawet części koliberałów między innymi właśnie za bezalternatywne podejście do Unii Europejskiej, za podpis Lecha Kaczyńskiego pod traktatem lizbońskim, za uczynienie z Polski wasala USA, za ogólną nieumiejętność rozpatrywania naszego kraju jako czegoś innego niż funkcjonalna część mitologizowanego “zachodu”. Tymczasem wśród “antysystemowej prawicy” bez problemu dojrzymy obecnie przejawy swoistego zachodniackiego szowinizmu godne najbardziej radykalnych amerykańskich neokonserwatystów. Dał im upust chociażby popularny w tych kręgach Wojciech Cejrowski, który już ogłosił pandemię “wojną biologiczną” wydaną “zachodowi” przez Chiny. W czasie gdy ów zachód kompromituje się wobec Azjatów na wielu poziomach, od słabości procedur i struktur administracyjnych i braku kompetencji decyzyjnych u polityków po lekkomyślność społeczeństw, polscy “prawdziwi prawicowcy” nie mogą sobie darować drwin z Chińczyków rzekomo masowo zjadających nietoperze (choć badania wskazują, że wirus nie przeniósł się na człowieka bezpośrednio z nietoperza lecz poprzez innego zwierzęcego pośrednika). Rozmiary kryzysu epidemiologicznego w państwach zachodnich są w znacznej mierze efektem zwyrodnienia zachodniej cywilizacji, której przedstawiciele syci i w swojej sytości otępiali nie potrafili poważnie potraktować zagrożenia ani wyrzec się swawoli i konsumpcji w czasie gdy owe wyrzeczenia mogłyby zdusić ogniska epidemii w zarodku. “Prawdziwi prawicowcy” zamiast kontynuować gruntowną, metapolityczną krytykę dekadencji własnego społeczeństwa szukają dziś wroga na drugim końcu świata. Wroga, którego figura jest zresztą ostatnią formą legitymizowania międzynarodowej pozycji USA i uzależnienia Polski od tego oceanicznego mocarstwa.
Konfederacja w butach KOD
Obrazu mizerii dopełniają polityczni reprezentanci tego eklektycznego nurtu. Politycy Konfederacji w warunkach kryzysu w pierwszym rzędzie weszli w buty Komitetu Obrony Demokracji i z uporem godnym lepszej sprawy kruszyli kopie o procedurę przeprowadzania posiedzenia sejmowego, co czynili pod sztandarem obrony praworządności. Bardziej konstruktywna była krytyka tarczy antykryzysowej, ale Krzysztof Bosak, który jako kandydat na prezydenta wyrósł na główną figurę partii początkowo promował głównie konserwatywno-liberalną agendę, w której głównymi adresatami rządowej pomocy pozostają przedsiębiorcy, choć już teraz wiadomo, że spora część małych firm i tak nie przetrwa kryzysu, który oznacza recesję. Wielu drobnych przedsiębiorców ulegnie proletaryzacji i będzi wymagać pomocy innej niż tej sprofilowanej na potrzeby biznesu. Dopiero w ciągu ostatnich dni Bosak podniósł szerszy postulat odroczenia spłat rat kredytów i leasingu bez żadnych dodatkowych warunków dla klientów banków, na ich wniosek, co jest dobrą propozycją rozwiązania palących problemów egzystencjalnych milionów Polaków. Podsumowując działalność Konfederacji ciekawą analogię wysnuł obserwator węgierskiej sceny polityczne Dominik Héjj, Politolog zauważył, że mimo haseł o “antysystemowości” Konfederacja szybko przekształciła się w bardzo systemową opozycję, tak jak na Węgrzech niegdyś narodowo-radykalny Jobbik w ciągu kilku lat przepoczwarzył się w samookreśloną partię “ludową”, w imię walki z Viktorem Orbánem nawiązującą koalicję z socjalistami i liberałami, broniącą dziś właśnie liberalnego konceptu “praworządności” lub przynależności do Unii Europejskiej. Coraz bardziej mieszczańska i stateczna Konfederacja może szybko wypalić się w warunkach ekonomicznego kryzysu i pauperyzacji mas. Głównym sprawcami dysfunkcji partii są krzykliwi, a jednocześnie całkowicie nieodnajdujący się w warunkach obecnego kryzysu koliberałowie. Duże możliwości otwierają się natomiast przed radykalnymi lewicowcami z Razem, którzy po raz pierwszy mogą wyjść z własnej bańki wielkomiejskiej inteligencji i wolnych zawodów. Po raz pierwszy radykalne postulaty ekonomiczne mają bowiem szansę na masowe poparcie. W przeciwieństwie do “antysystemowej prawicy”, w środowisku lewicowym całe programy polityki finansowej, gospodarczej czy społecznej na czas kryzysu są już gotowe.
Kryzys będzie sprzyjał wszystkim konstruktywnym kontestatorom. Niemal wszystkie dotknięte pandemią państwa prowadzą już politykę ekonomiczną trzeciej drogi podważając promowane od 40 lat założenia neoliberalizmu, zatem nawet elity muszą rekombinować swoją politykę. Dziś jak nigdy wcześniej od czasu ustanowienia jednobiegunowego świata po zakończeniu “zimnej wojny” pojawia się pole dla postulatów odzyskania suwerenności dla Polski, podważenia statusu Unii Europejskiej jako organizacji ponadnarodowej oraz zerwania wielopoziomowej zależności od Stanów Zjednoczonych. Po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia transformacji jak najbardziej poważnie można formułować postulaty reindustrializacji kraju i rozwoju innego niż rozwój zależny, których jednak w warunkach półperyferyjności nie sposób wyobrazić sobie bez aktywnej i szerokiej roli państwa w gospodarce. Kryzys i ewentualne wejście w jungerowską sferę elementarną postawi też w całkiem nowym świetle agendę przewrotu obyczajowego postmodernistów ukazując ją jako z fanaberię dekadentów.
Radykałowie kontra konserwatyści
Podsumowując przed ponad rokiem ruch francuskich “żółtych kamizelek”, odrzucając podział na prawicę i lewicę, stwierdziłem, że podstawowym podziałem politycznym naszych czasów stał się podział na globalistów i lokalistów. Podział na, z jednej strony, kosmopolitycznych zwolenników neoliberalnej polityki i gospodarki, globalnego przepływu towarów i kapitału, oraz równie globalnego nomadyzmu ludzi, z taką samą płynnością traktujących zastane tożsamości i normy kulturowe, oraz, z drugiej strony, na bardziej zakorzenione masy, poszukujące bezpieczeństwa, także socjalnego, w tradycyjnej kulturze, starych wspólnotach i instytucjach państwa narodowego. Jeśli kryzys przybierze ostre formy, nałoży się na niego inny funkcjonalny podział: na konserwatystów w potocznym tego słowa znaczeniu, kurczowo trzymających się starych instytucji, stylu życia, koncepcji i dyskursów, oraz na radykałów, dla których kryzys jest lekcją, jaka musi za sobą pociągnąć gruntowne zmiany. W światku dotychczasowej polskiej “antysystemowej prawicy” zaludnionej tak licznie przez socjopatycznych liberałów, pryncypialnych anarchistów, cynicznych demagogów czy rozwijających teorie spiskowe infantylnych ignorantów trudno znaleźć na razie kogoś kto zaproponuje koncepcję zakresu takiej zmiany i środków jakie są konieczne do jej przeprowadzenia.
Karol Kaźmierczak


