Nikt nie chciał wierzyć

Najpierw wkroczyli do Radomli. Przyjechali na furmankach ukryci pod słomą, którymi powozili furmani w mundurach niemieckich. To zmyliło członków tamtejszej samoobrony. Zasadą przez nią stosowaną było unikanie starć z Niemcami. Patrole samoobrony wycofały się do domu. Gdy furmanki wjechały do kolonii nagle się okazało, że jechali na nich członkowie UPA. Wywiązała się walka, w której zaskoczona samoobrona nie byłą w stanie dać napastnikom skutecznej odprawy. Napastników też stale przybywało. Ludnośc Radomli zaczęła uciekać w kierunku Janówki. W Radomlach zaczął się pogrom, ofiarą którego padło kilkadziesiąt osób, pochowanych później na cmentarzu w Zasmykach.

– Urodziłem się w 1925 r. w Zasmykach na Wołyniu – wspomina Eugeniusz Mariański. – Z miejscowości tej wywodziło się wielu żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, a wcześniej także oddziału „Jastrzębia”. Praktycznie z każdej rodziny poszedł ktoś walczyć za Polskę i jednocześnie bronić tutejszych mieszkańców przed ukraińskimi nożami. Z mojej rodziny uczyniłem to nie tylko ja, ale także moi bracia Leon i Antoni. Oprócz dwóch braci miałem jeszcze trzy siostry. Rodzice zajmowali się prowadzeniem gospodarstwa rolnego o powierzchni 15 morgów. A my z rodzeństwem oprócz uczęszczania do szkoły pomagaliśmy im w tym. Każdy z nas miał swój przydział obowiązków. Zapamiętałem szczególnie wyprawy na targ w Kowlu z truskawkami. Nosiliśmy je w koszykach, idąc do miasta na piechotę, wykonując dziesięciokilometrowy marsz. Czyniliśmy to zwłaszcza w pierwszym okresie ich urodzaju, gdy były najdroższe i na ich sprzedaży dało się najwięcej zarobić. Żyliśmy tylko z gospodarstwa i w domu liczył się każdy grosz. 15 morgów, które posiadaliśmy to nie było dużo.

Po południu pasłem krowy

– Ojciec starał się dorabiać, jak się dało, handlował m.in. świniami, ale wielu pieniędzy to nie przynosiło. W domu się nie przelewało, choć biedy nie było. Większość mieszkańców Zasmyk, tak jak moi rodzice, byli rolnikami. Sama wieś liczyła 85 numerów. Nasz dom miał numer 82. Sama osada była bardzo rozciągnięta na przestrzeni jakichś 7 km. Gospodarstwo rodziców sąsiadowało niemal z gruntami polsko-ukraińskiej wsi Piórkowicze. Współżycie Polaków z Ukraińcami, jak sobie przypominam, zawsze układało się bardzo dobrze. Ja z wieloma się przyjaźniłem. Chodziliśmy przecież razem do szkoły w Zasmykach, razem z nimi pasałem krowy po szkole. Żadnych zatargów na terenie Zasmyk między Polakami a Ukraińcami nie było. Ukraińcom żadna krzywda się nie działa. Nie mieli oni żadnego powodu, żeby się mścić na Polakach za jakieś prześladowania itp. Gdy wybuchła wojna, właśnie ukończyłem szkołę podstawową. W Zasmykach nie było co prawda pełnej siedmioletniej szkoły powszechnej, jak się ona wówczas nazywała, tylko sześcioletnia i do szóstej klasy chodziło się dwa lata. Kto się na to zdecydował, to otrzymywał świadectwo ukończenia siedmiu klas. Ja takie właśnie otrzymałem. Z pierwszych dni wojny najlepiej zapamiętałem bombardowanie Kowla, które, o ile dobrze pamiętam, miało miejsce 3 września. Pasłem wtedy krowy na łące, gdy od strony Kowla usłyszałem wybuchy. Miejscowość ta była odległa od naszego domu o jakieś 15 km. Ja

Sowietów nie widziałem

– Droga prowadziła przez Białaszów, Radomlę i Zieloną. W samych Zasmykach żadnych ataków niemieckich nie było. Sowieci też nieprędko przyszli do wsi. Ja ich praktycznie w Zasmykach nie widziałem. Pierwszy raz na własne oczy zobaczyłem w czerwcu 1941 r., gdy uciekali przed Niemcami. Wcześniej nigdy do Zasmyk nie zaglądali. Owszem, przyjeżdżali ich wysłannicy i propagandyści, ale wieś jakichś specjalnych szkód z tego powodu nie doznała. Sowieci próbowali założyć w Zasmykach kołchoz, ale nic im z tego nie wyszło. Chętnych do pójścia do kołchozu u nas nie było. Niemiecka okupacja nie była szczególnie dokuczliwa. Groziło nam co prawda wywiezienie na roboty do Niemiec i by ich uniknąć poszliśmy do pracy w lesie przy wyrębie drzewa. Otrzymaliśmy specjalne zaświadczenia, które chroniły nas przed wywózką w razie zatrzymania w przypadkowej łapance. Za pracę w lesie otrzymaliśmy oczywiście wynagrodzenie. Tak jakoś przetrwaliśmy do 1943 r., gdy wiosną w naszej okolicy zaczęły się rzezie. Początkowo pojedynczych osób, później całych rodzin. Ich ofiarą padli m.in. moi kuzyni Stanisław i Bolesław Mariańscy oraz ich matka Aleksandra i ojczym Piotr Majewski. Ze wschodniego Wołynia zaczęły dochodzić też informacje, że Ukraińcy mordują tam całe polskie wsie, ale mieszkańcy Zasmyk nie chcieli im wierzyć. Nikomu nie mieściło się w głowie, by Ukraińcy, z którymi zgodnie współżyli od pokoleń mogli wziąć do ręki siekierę, czy inne narzędzie, by ich zarąbać. Latem 1943 r. sytuacja w Zasmykach stawała się coraz bardziej napięta. Nikt nie wiedział, co robić i co dalej będzie.

Niewielu o tym wiedziało

– Być może istniało jakieś podziemie, ale niewielu o tym wiedziało. Ja na przykład nie wiedziałem. Oficjalnie pierwszy oddział partyzancki, stanowiący zaczątki oddziału „Jastrzębia” przybył do Zasmyk 10 lipca 1943 r. Wywołało to różne reakcje, od entuzjazmu do krytyki. Niektórzy mówili, że teraz będziemy już bezpieczni, a inni byli przerażeni. Zaczęli mówić, że teraz Ukraińcy to już na pewno przyjdą i wszystkich wyrżną, a wieś spalą. Wkrótce jednak dotarły do wszystkich wieści o zbrodniach ukraińskich w Kisielinie, Swojczowie, Chrynowie, Porycku. Oddział, który przybył do Zasmyk zaczął intensywne szkolenie, przemarsze przez wieś itp. Później przybyły do niego posiłki z Kowla na czele z por. Władysławem Czermińskim „Jastrzębiem”, który zaczął organizować właściwy oddział. Ja do niego wówczas jeszcze nie wstąpiłem. Z prostego względu, nie miałem broni. Ktoś też musiał pracować na gospodarstwie. Do Zasmyk przybywały bowiem tysiące uciekinierów z mordowanych polskich wsi, którym trzeba było zapewnić minimalne chociaż utrzymanie. Rzadko która rodzina przyjechała do wsi z jakimiś zapasami. W Zasmykach oprócz pionu wojskowego, na czele którego stał „Jastrząb”, powołano kierownictwo cywilne, którym kierował „Znicz”, czyli ppor. Henryk Nadratowski.

Z rąk ukraińskich

– Bardzo aktywnie wspierał go Bazyli Zamościński, którego w Zasmykach i całej okolicy wszyscy znali i szanowali. Było to bardzo ważne, bo sytuacja w Zasmykach była bardzo napięta. Wieś była pełna uciekinierów, którzy obserwowali często śmierć swoich najbliższych, wielu z rąk ukraińskich odniosło ciężkie rany. Nerwy mieli bardzo napięte i byle jaki alarm wywoływał w nich panikę, która mogła być bardzo groźna. Nie było wtedy psychologów, a tych ludzi trzeba było jakoś uspokoić. Od ich opowieści krew mroziła się w żyłach. Czyny dokonywane przez Ukraińców przerastały wyobraźnię zwykłego człowieka. Rąbano siekierami, podrzynano gardła, odrąbywano żywcem ręce i nogi, wrzucano dorosłych i niemowlęta do studni i płonących domów itp. Dokonywano zbiorowych gwałtów na nieletnich dziewczynkach. Ludzie początkowo nie chcieli wierzyć w te opowieści, ale jak „Jastrząb” zaczął krążyć z oddziałem po okolicy, to widoki, jakie zastawali w pełni je potwierdzały! Wielką rolę w ówczesnej sytuacji w Zasmykach odgrywał też ksiądz Michał Żukowski, sprawujący nad uciekinierami szukającymi schronienia opiekę duszpasterską. We wsi zorganizowano również punkt sanitarny z małym szpitalikiem.

Pod rozkazami „Burasa”

– Ponadto powołano we wsi zespoły mające zajmować się mieleniem mąki, wypiekaniem chleba, produkcją wędlin. Uruchomiono także zakład rusznikarski, mający zajmować się głównie remontem broni, będącej w użyciu samoobrony. Ta zaś, jak wiadomo, pochodziła z różnych parafii i często trzeba ją było dopiero naprawiać, by nadawała się do użytku. Broni jednak stale przybywało. Konspiracja w Kowlu starała się ją zdobywać w różny sposób i przesyłała ją do Zasmyk, traktując je jako jedną z baz mobilizacyjnych 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Broń i amunicję członkowie konspiracji wykradali Niemcom, ale spore jej ilości kupowali od nich, a także od Węgrów głównie za artykuły żywnościowe, takie jak: słonina, masło i kiełbasa. Żołnierze wracający z frontu wschodniego na urlop i jadący do Niemiec chcieli zawieźć tam coś dobrego do jedzenia. Niektórzy byli też łasi na złote carskie ruble. Jak w Zasmykach było już za ciasno, to „Jastrząb” przeniósł się do Gruszówki, a później do innych miejscowości. W Zasmykach powstał wtedy nowy oddział samoobrony, dowodzony przez ppor. Lucjana Sławickiego „Burasa”. Podobne oddziałki powstały też w pobliskich miejscowościach, takich jak: Janówka, Radomla, Stanisławówka i Lublatyn. Wykonywaliśmy różne zadania.

Przyjechali na furmankach

– Głównie pełniliśmy służbę wartowniczą i patrolową, krążąc po okolicy Zasmyk. Po ogłoszeniu mobilizacji dywizji mój oddział uda się na wyznaczone miejsce i wszedł do batalionu por. Walerego Krokaya „Siwego”. Wcześniej jeszcze tuż przed wyruszeniem na koncentrację dywizji wzięliśmy udział w obronie sąsiadujących z Zasmykami kolonii, podstępnie zaatakowanych przez Ukraińców. Uderzyli oni niespodziewanie 25 grudnia 1943 r. Najpierw wkroczyli do Radomli. Przyjechali na furmankach ukryci pod słomą, którymi powozili furmani w mundurach niemieckich. To zmyliło członków tamtejszej samoobrony. Zasadą przez nią stosowaną było unikanie starć z Niemcami. Patrole samoobrony wycofały się do domu. Gdy furmanki wjechały do kolonii nagle się okazało, że jechali na nich członkowie UPA. Wywiązała się walka, w której zaskoczona samoobrona nie byłą w stanie dać napastnikom skutecznej odprawy. Napastników też stale przybywało. Ludnośc Radomli zaczęła uciekać w kierunku Janówki. W Radomlach zaczął się pogrom, ofiarą którego padło kilkadziesiąt osób, pochowanych później na cmentarzu w Zasmykach. Z Janówki uciekinierzy musieli się wycofać do Stanisławówki, gdzie dotarł nasz oddział z Zasmyk, dzięki czemu atak banderowców udało się zatrzymać. Walka trwała jednak nadal. Ukraińcy nie myśleli ustępować, a z ich zaciętości wynikało, że po Stanisławówce chcą zaatakować Zasmyki i wreszcie je zniszczyć, biorąc odwet za wszystkie dotychczasowe niepowodzenia. W Zasmykach wybuchła panika. Ludzie zaczęli zaprzęgać konie do sań i ładować dobytek, chcąc uciekać do Kupiczowa. Udał się do niego także na koniu goniec samoobrony, by prosić „Jastrzębia” o pomoc.

Zaszli banderowców z boku

– W kierunku Zasmyk natychmiast na saniach wyruszyła zaprawiona w bojach kompania porucznika „Kani”. Upowcy przewidywali taką sytuację i pod Lityniem zastąpili jej drogę chcąc, by ich kompani spokojnie mogli dokończyć krwawego dzieła. Kompania „Kani” brawurowo przejechała przez ich stanowiska i popędziła dalej. Z Kupiczowa natychmiast wyruszył jeszcze oddział „Łuna”, który rozgromił do reszty grupę banderowców, rozjechanych przez „Kanię”. Do nas na pole walki pod Stanisławówkę „Kania” dotarł w samą porę, bo było już z nami krucho. Jego podwładni zaszli banderowców z boku i solidnie dali im łupnia. Ci strasznie się przestraszyli. Zaczęli rzucać broń i zrabowane rzeczy i w panice uciekać. Nasze natarcie wyrzuciło Ukraińców z Janówki i Radomli. Zwieńczeniem naszego kontrataku było schwytanie prawosławnego popa, który na furmance wiózł duża ilość szat liturgicznych. Chłopaki, którzy go schwytali mówili, że po wyrżnięciu Polaków w Zasmykach chciał on odprawiać nabożeństwo dziękczynne. Następnego dnia „Jastrząb” ze swoim oddziałem zaczął penetrować okolicę sprawdzając, czy w okolicy nie koncentrują się oddziały UPA, by jeszcze raz uderzyć na Zasmyki.

Staliśmy w pełnym pogotowiu

– Nie spotkał jednak w okolicy żadnych band. Na wszelki wypadek pozostał on jeszcze w Zasmykach na Nowy Rok. Słusznie przewidywał, że Ukraińcy mogą próbować jeszcze raz uderzyć, gdy w polskich szeregach z okazji Sylwestra nastąpi rozprzężenie. Po ogłoszeniu mobilizacji i wymarszu naszego oddziału na koncentrację, dołączyliśmy do batalionu „Siwego” i zaczęliśmy krążyć po okolicy. Współdziałając z oddziałem „Sokoła” opanowaliśmy ukraińskie bazy mieszczące się we wsiach Czerniejów i Świniarzyn. Zapuszczaliśmy się też do Osiekrowa, Makowicz i Moczułek opanowując tereny kontrolowane dotąd przez UPA. Później „Siwy” stanął w Litynie, a „Sokół” w Świniarzynie. Obie te miejscowości znajdowały się na skraju lasów świniarzyńskich, stanowiąc wielką bazę UPA. Cały czas staliśmy w pełnym pogotowiu, spodziewając się w każdej chwili ataku UPA. Później w ramach operacji przeciwko UPA ruszyliśmy na Ośmigowicze, które stanowiły bardzo silną bazę banderowców i trzeba ją było koniecznie zniszczyć, bo kwaterujące tam ukraińskie oddziały stale nam zagrażały. Byliśmy jednym z kilku oddziałów, wyznaczonych do zdobycia Ośmigowicz. Wyruszyliśmy z Litynia przez Suszybabę, Jezierzany i Karolinkę.

Ostrzał z wiatraka

– Maszerowaliśmy cały czas w ubezpieczonym szyku. Nie udało się nam zaskoczyć przeciwnika. Nasza straż przednia natknęła się na czujkę Ukraińców i ostrzelana odpowiedziała ogniem. Natychmiast rozwinęliśmy się w tyralierę i ruszyliśmy do ataku, ale zostaliśmy przywitani huraganowym ogniem, który dosłownie przygniótł nas do ziemi. Nie zdołaliśmy dotrzeć do zabudowań wsi i musieliśmy się cofnąć. Nie mogliśmy podjąć zabitych i rannych. „Siwy” po wycofaniu uznał, że nie będziemy ponawiać ataku. Szczególnie groźny był dla nas ostrzał z wiatraka. Inne oddziały też zaległy, nie mogąc dobrać się do przeciwnika. Z takim oporem ze strony UPA nigdy się dotychczas nie spotkaliśmy. Musieliśmy się z goryczą wycofać, unosząc ciała zabitych i rannych. Dopiero później okazało się, że zawiodło rozpoznanie. Zaatakowaliśmy nie upowców, ale oddział partyzantki sowieckiej, znakomicie uzbrojony, który wcześniej przepędził z Ośmigowicz banderowców. Nas zaś wziął za banderowców, którzy chcą odbić swoją bazę. Później przyszły ciężkie walki z Niemcami. Szczególnie zapamiętałem bitwę o Staweczki, gdzie znaleźliśmy się pod silnym ogniem artylerii. Nie byliśmy w stanie wytrzymać zmasowanego niemieckiego ataku i musieliśmy się wycofać. Następne walki toczyliśmy ze zmiennym szczęściem, działając razem z innymi oddziałami w okrążeniu.

Cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności