Gizela Jagielska zakończyła pracę w szpitalu w Oleśnicy, z którym była związana przez dziesięć lat. Teraz mówi o trudnościach w znalezieniu nowej placówki, dlatego przyjmuje pacjentki wyłącznie prywatnie i rozważa rezygnację z pracy w polskich szpitalach.
Po dziesięciu latach pracy w Powiatowym Zespole Szpitali w Oleśnicy na Dolnym Śląsku Gizela Jagielska zakończyła zatrudnienie w tej placówce, ponieważ jej kontrakt nie został przedłużony. W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” przekazała, że nadal poszukuje nowego miejsca pracy w publicznym systemie ochrony zdrowia „Tak, ale niezbyt intensywnie. Niedługo mam kolejną rozmowę, niestety dosyć daleko od domu. To szpital wyszedł z propozycją. Podejrzewam jednak, że wszędzie będzie tak samo. Nie wiem czy ktokolwiek będzie miał na tyle odwagi, by mnie zatrudnić” — powiedziała Jagielska.
Po zakończeniu pracy w szpitalu Jagielska przyjmuje obecnie wyłącznie w prywatnym gabinecie. „Nie wiem czy w ogóle chcę pracować jako lekarz w polskim szpitalu. Obrzydło mi to. Nie chcę pracować w szpitalu politycznym — nie chcę się bawić w politykę. Chcę działać zgodnie z moją najnowszą wiedzą medyczną i zgodnie z prawem. Nie musząc się zastanawiać, czy to się komuś będzie politycznie podobać, czy też nie. Nie chcę pracować w takich warunkach” — stwierdziła w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.
W tym samym szpitalu w Oleśnicy pracował również jej mąż, Łukasz Jagielski, którego kontrakt także wygasł z końcem grudnia. Jak przypomina dziennik, lekarz znalazł już zatrudnienie w szpitalu w Ostrzeszowie w Wielkopolsce. Gizela Jagielska została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną w tej placówce, jednak ostatecznie nie otrzymała propozycji pracy. „Nie podano mi powodu” — przekazała.
W kolejnych wypowiedziach dla „Gazety Wyborczej” oceniła, że decyzja o nieprzedłużeniu jej kontraktu miała podłoże polityczne. „Na początku wydawało mi się, że nie chodzi o politykę. Teraz myślę, że podstawą zwolnienia było zachowanie moich współpracowników, ale pasowało to politycznie” — stwierdziła. Dodała również, że jej zdaniem zmieniono kryteria konkursu w sposób uniemożliwiający jej i mężowi wygraną.
Wobec Jagielskiej Prokuratura Rejonowa w Oleśnicy prowadziła śledztwo aborcji dziewięciomiesięcznego Felka, przeprowadzonej poprzez wstrzyknięcie chlorku potasu w serce. Do złożenia aktu oskarżenia jednak nie doszło, na początku grudnia 2025 roku umorzono postępowanie, uznając brak znamion czynu zabronionego
Do zabicia nienarodzonego Felka doszło 29 października ubiegłego roku w szpitalu w Oleśnicy. W dziewiątym miesiącu życia prenatalnego miał zostać poddany wstrzyknięciu chlorku potasu bezpośrednio w serce. Z informacji medialnych wynikało, że dziecko cierpiało na wrodzoną łamliwość kości, przy czym nie było jasne, w jakim stopniu ta wada mogła wpłynąć na jego przyszłe funkcjonowanie. Ówczesna zastępca dyrektora Gizela Jagielska mimo tych wątpliwości przeprowadziła aborcję w takiej formie.
Wcześniej matka dziecka trafiła początkowo do szpitala w Łodzi, gdzie planowano przeprowadzenie cesarskiego cięcia, które było uznawane za najbezpieczniejszą metodę zarówno dla matki, jak i dla dziecka. Po narodzinach, Felkowi oraz jego mamie miałaby zostać zapewniona specjalistyczna pomoc medyczna i terapia.
Jednak pod wpływem namów aktywistów aborcyjnych, matka Felka udała się do Oleśnicy, gdzie znajduje się największy ośrodek aborcyjny w Polsce. Tam, w 37. tygodniu ciąży, po osiągnięciu przez dziecko pełnej dojrzałości, dokonano aborcji.
Według danych z lutego 2025 r. podanych przez Fundacja Życie i Rodzina – szpital w Oleśnicy w 2024 r. abortował 155 dzieci, 13 z nich było całkowicie zdrowe, a 62 miało zespół Downa. Wszystkie aborcje dokonano z przesłanek psychiatrycznych. Fundacja informuje, że zabijano jedno dziecko nienarodzone częściej niż raz na tydzień.
Kresy.pl/Gazeta Wyborcza






























