W Radlinie stanął samoobsługowy automat do sprzedaży ziemniaków prosto z lokalnego gospodarstwa. Innowacja szybko spotkała się ze sporym zainteresowaniem mieszkańców, którzy chwalą urządzenie za wygodę i dostęp do świeżego produktu, a także możliwość bezpośredniego wsparcia rolnika.
W ostatnich dniach w Radlinie, przy ulicy Kominka w powiecie wodzisławskim, uruchomiono nietypowe urządzenie do sprzedaży żywności, które szybko przyciągnęło uwagę mieszkańców i przejezdnych. Przy jednym z lokalnych gospodarstw rolnych stanął ziemniakomat, czyli samoobsługowy automat umożliwiający zakup świeżych ziemniaków bezpośrednio od producenta, o dowolnej porze dnia i nocy.
Wielkie brawa dla rolników z Radlina! 🇵🇱👏
Ostatnio w Radlinie stanął ziemniakomat, dzięki któremu mieszkańcy mogą kupić świeże ziemniaki prosto od gospodarza. Bez pośredników, bez kolejek, o każdej porze! 🥔🚜 Klienci nie mogą się nachwalić, że to wygodne i konkretne wsparcie… pic.twitter.com/u4oS3IaMhN— Łukasz Kolada (@lukasz_kolada) December 12, 2025
Klient wybiera numer okienka odpowiadający wybranej odmianie oraz ilości produktu, a po dokonaniu płatności otwiera się szuflada z przygotowanym towarem. W automacie dostępne są ziemniaki pakowane w worki o wadze 5 i 10 kilogramów. Łącznie urządzenie posiada 30 stanowisk sprzedażowych.
Obecnie w ziemniakomacie oferowane są dwie odmiany kartofli. Bellarosa, charakteryzująca się czerwoną skórką i żółtym miąższem, pakowana jest w czerwone woreczki. Druga odmiana, Queen Anne, ma tradycyjną skórkę oraz żółty miąższ i trafia do żółtych opakowań.
„Do środka dajemy woreczki z ziemniakami, pakowanymi po 5 i 10 kilogramów. Wszystkich stanowisk jest w sumie 30. Aktualnie mamy w sprzedaży dwie odmiany kartofli. Bellarosa z czerwoną skórką i żółtym miąższem, pakujemy do czerwonych woreczków. Queen Anne, to również sprawdzone ziemniaczki, z tradycyjną skórką, żółciutkie w środku, pakowane w woreczki żółte. Obie odmiany nadają się świetnie na kluseczki czy frytki” — powiedziała Hanna Grzybek, właścicielka Gospodarstwa Rolnego Grzybek.
Jak podkreślają gospodarze, ziemniaki cieszą się dużym zainteresowaniem, a klienci często wracają po kolejne zakupy, doceniając smak i jakość produktu. Automat okazał się szczególnie popularny w dni wolne od handlu, gdy tradycyjne sklepy pozostają zamknięte.
Pomysł na uruchomienie ziemniakomatu był odpowiedzią na potrzeby klientów oraz próbą ułatwienia dostępu do lokalnych produktów. „My już dłuższy czas prowadzimy sprzedaż ziemniaczków, a chcieliśmy tak bardziej ułatwić takim zabieganym klientom dostęp. Bo nie zawsze każdy miał czas, żeby wjechać tutaj na gospodarstwo” — wyjaśniła Hanna Grzybek.
Inspiracją były rozwiązania podpatrzone poza granicami kraju, gdzie sprzedaż bezpośrednia warzyw funkcjonuje w uproszczonej formie, jednak gospodarze zdecydowali się na bezpieczniejsze i bardziej nowoczesne rozwiązanie.
Podobne urządzenia działają już także w innych miastach, m.in. w Tychach i Wrocławiu. W regionie pojawiają się również automaty oferujące inne lokalne produkty, takie jak owoce, pieczywo czy kwiaty, co wpisuje się w szerszy trend skracania łańcucha dostaw i wspierania lokalnych producentów.
Kryzys w rolnictwie
Takie rozwiązania stają się coraz popularniejsze, ponieważ stają się alternatywą dla tradycyjnej sprzedaży, oferując świeże produkty, jednocześnie skracając łańcuch dostaw i promując lokalną gospodarkę.
Jest to istotna innowacja ze względu na fakt, że w czasie tegorocznych zbiorów rolnicy informowali, że przetwórnie nie odbierały tegorocznych plonów, a oferowane ceny były rażąco niskie. Dodatkowym zagrożeniem okazał się import z zagranicy, który wypychał z rynku krajowych wytwórców. Spowodowało to liczne ogłoszenia o samozbiorach, w których rolnicy zachęcali ludzi do przyjazdu i zabrania warzyw w symbolicznej cenie albo nawet za darmo, żeby tylko uratować plony przed zmarnowaniem.
Na portalu Kresy.pl zwracaliśmy uwagę m.in. na rolnika z Podkarpacia, który wyrzucił na pole 150 ton ziemniaków, których nikt nie chciał kupić. Choć towar był wysokiej jakości, w skupie oferowano groszowe ceny. Inny rolnik z Podkarpacia zniszczył 25 tys. główek kalafiorów, protestując przeciwko odrzucaniu polskich warzyw przez sieci handlowe.
W Gałkowicach w woj. świętokrzyskim plantator Maciej Siekiera udostępnił mieszkańcom swoje pole papryki do darmowego samozbioru. Podobne inicjatywy pojawiały się w całym kraju – w internecie rośnie liczba ogłoszeń o samozbiorach, w których paprykę można kupić nawet za 1 zł za kilogram. Ceny papryki przemysłowej w Polsce spadły do 60–80 groszy za kilogram, co sprawiło, że jej produkcja przestała być opłacalna. Ceny skupu innych warzyw były jeszcze niższe. Rolnicy podawali, że cebula sprzedawana była po 25 groszy za kilogram, a marchew przemysłowa zaledwie po 15 groszy.
Kresy.pl/wodzislawslaski.naszemiasto.pl
































