Wręczenie kolejnej edycji nagrody dziennika „Rzeczpospolita“ im. Jerzego Giedroycia dało asumpt do nowej erupcji mistycznych uniesień nad politycznym geniuszem Radaktora z Maisons-Laffitte.
– Nagroda Rzeczpospolitej w tym roku powinna być zinterpretowana jako powrót do doktryny polskiej niepodległości, doktryny Giedroycia – powiedział jej tegoroczny laureat Paweł Kowal. Doktryna Giedroycia – wyjaśniał – jest sumą poglądów federalistów, prometeistów i zwolenników tradycji jagiellońskiej, jest sumą doświadczeń wielkich postaci KOR i Solidarności. Zespół zasad Giedroycia jest sposobem [lekarstwem] na „butwienie“ polskiej polityki, która zawsze ma tendencję do zaściankowości. Euforyczne oceny znaczenia doktryny Giedroycia, zaprezentowane przez Pawła Kowala na uroczystości wręczenia nagrody, opierają się na nikłych podstawach. Nie jest ona bynajmniej zespołem zasad – jest właściwie jednym, kategorycznym nakazem, który brzmi: Wyrzeknijmy się raz na zawsze wszelkich pretensji do Wilna i Lwowa, a położyły w ten sposób trwały fundament przyjaznych stosunków z Ukrainą, Białorusią i Litwą, tworząc z nich zarazem zaporę przeciwko ekspansji wielkorosyjskiego imperializmu. Zacznijmy od tego, że wyrzekanie się Wilna i Lwowa po 1945 roku, kiedy oba miasta były już w rękach prawowiernych, jak chciał Giedroyć, dziedziców, mogło być jedynie aktem ratyfikacji decyzji Józefa Stalina i jego aliantów zachodnich. W praktyce oznaczało dobrowolne odżegnanie się od historycznej i kulturalnej spuścizny pozostawionej przez Polaków w tych miastach i na otaczających je ziemiach. Oznaczało także na straty“ resztek pozostałych na tych ziemiach obywateli II Rzeczpospolitej, w przeważającej części Polaków, a więc nie tylko odmówienie im prawa do jakiejkolwiek troski ze strony dziedziców II Rzeczpospolitej o ich powojenne losy, lecz także ich formalne i bezwarunkowe przekazanie we władanie obcych, narzuconych rządów. Doświadczenia ostatniego ćwierćwiecza, w którym wszystkie rządy III Rzeczpospolitej starały się kierować w praktyce wskazaniami guru z Maisons-Laffitte, są jaskrawym zaprzeczeniem idealistycznej mrzonki o harmonijnym współżyciu ze wschodnimi sąsiadami. Mimo że przez cały ten okres unikano z zabobonnym strachem jakichkolwiek napomknięć o polskiej przeszłości Wilna i Lwowa, aby „nie drażnić sąsiadów“, bynajmniej nie zaskarbiliśmy sobie ich sympatii. Wręcz przeciwnie. Ośmieleni postawą totalnego zaprzaństwa wobec własnej historii, sąsiedzi ci starają się narzucić nam, Polakom w kraju i tym pozostałym w odrodzonych państwach sąsiednich, własną, zmitologizowaną wersję dziejów naszej części Europy. Tak więc, według oficjalnej historiografii litewskiej, w okresie międzywojennym Wilno i Wileńszczyzna znajdowały się pod polską okupacją, a historyczne związki z Polską przerwały świetny rozwój litewskiego państwa zapoczątkowany pełnym chwały panowaniem Mendoga i Giedymina. Z kolei w historycznej świadomości Ukraińców dominuje – utrwalony w czasach radzieckich – obraz ukraińskiego narodu uciskanego przez polskich panów, skutecznie tłumiących jego niepodległościowe aspiracje. O polskiej okupacji i obowiązku zwalczania okupantów wszelkimi sposobami (to w nawiązaniu do rzezi wołyńskiej), ciążącym na każdym ukraińskim patriocie, mówili ostatnio wcale liczni bohaterowie kijowskiego Majdanu. I za te ciężkie przewiny należą się pokrzywdzonym narodom co najmniej przeprosiny, jeśli nie odszkodowania. Oczywiście, nie grozi nam dziś ani płacenie odszkodowań za okupację Wilna, ani nowa odsłona rzezi wołyńskiej, nie znaczy to wszakże, że tego rodzaju rekryminacje nie mają żadnego wpływu na bieżący stan i rozwój stosunków międzypaństwowych ze wschodnimi sąsiadami. Wystarczy przypomnieć, że litewskie żądania przeprosin za agresje Żeligowskiego“ przyczyniły się do opóźnienia o kilka lat traktatowego uregulowania stosunków z Litwą, a ustalenia litewskich uczonych na temat pochodzenia autochtonicznej ludności zamieszkującej jej terytorium (wsyscy są Litwinami!) uniemożliwiają zagwarantowanie pozostałej tam polskiej mniejszości podstawowych praw ludzkich i obywatelskich. Podobnie w stosunkach z Ukrainą: próby przezwyciężenia głębokich urazów spowodowanych banderowskimi zbrodniami na ludności Wołynia i Małopolski Wschodniej w 1943 i 1944 roku zawsze kończyły się zaproszeniem do wspólnego czczenia pamięci bojowników UPA czy rajdów szlakami Bandery i żądaniami przeprosin za Akcję Wisła“. Doktryna Giedroycia, powiedział Paweł Kowal, stała się „fundamentem naszego myślenia o stosunkach z Ukrainą, Białorusią, Litwą, ale także Rosją, którą Giedroyć oceniał krytycznie, ale marzył, by kiedyś Polska miała z nią normalne, rzeczowe stosunki. To zadanie nie zostało jeszcze w pełni zrealizowane mimo polskiej gotowości w tej sprawie. Tak mówią i myślą apologeci doktryny. Rzeczywistość jest inna. Oparta na takich założeniach, doktrynerska polityka wschodnia nie tylko nie przyczyniła się do przezwyciężenia historycznych uprzedzeń najbliższych sąsiadów wobec Polski, ale stała się zadatkiem trwale złych stosunków z Rosją. Marzenie o „normalnych“ stosunkach z tym krajem, które Kowal przypisuje Giedryciowi, jest typową lip service, świadczoną w dobrej sprawie, ale nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością. Antyrosyjskość jest przecież zakodowana w samej doktrynie, mającej być panaceum na okiełznanie wielkorosyjskiego imperializmu. Rosja występuje w niej tylko jako symbol zagrożenia, przed którym należy się okopać wałem ochronnym państw ościennych. Liczenie na to, że Rosja kiedyś przerodzi się w liberalną demokrację i będzie z radością witała rozmontowywanie spuścizny po radzieckim imperium, jest fantasmagorią. Ostateczną klęskę polityki wschodniej Polski przypieczętowało właśnie włączenie się do rozgrywki o przyszłość Ukrainy jej Starszego Brata – Rosji. „Doktryna Giedroycia – prawił Paweł Kowal – to propozycja, by historię uszanować, ale w niej nie tkwić. To myśl, by być aktywnym i mieć plan także w trudnym czasie. […] Doktryna Giedroycia to nie jest banalne twierdzenie o konieczności „pomagania Ukrainie”. […] To jest zakład z historią, w którym istotą jest niepodległość Polski i ustrzeżenie się imperializmu. To jest jedyna dobra odpowiedź na pytanie co zrobić, by osłabić imperializm Rosji i jak zdać egzamin z własnej historii z I Rzeczpospolitej.“ Pięknie powiedziane. Ale jaka ma być ta dobra odpowiedź? Nie ma już Ukrainy, o której mówi Paweł Kowal. Krym jest już od maja częścią Rosji. W Donbasie powstały dwie separatystyczne „republiki ludowe“ aktywnie wspierane przez Rosję. I nic nie wskazuje na to, żeby Rosja, która tam przyszła przypominając polskim wyznawcom doktryny Giedroycia o swoim istnieniu, zamierzała powrócić „do siebie“. W doktrynie nie ma odpowiedzi na pytanie, co w takiej sytuacji począć (ona nie przewiduje nawet powstania takiej sytuacji). Właściwą reakcją Polski na wydarzenia na Ukrainie byłoby – według Kowala – wylansowanie Partnerstwa Wschodniego 2.0, „inaczej grozi nam, że Zachód oskarży nas, żeśmy go wywiedli na dzikie pola“. Trochę tak właśnie wyszło z Partnerstwem 1.0. Drugie wydanie Partnerstwa, które miałoby być planem „budowy relacji społecznych“, egzaminem „z bycia sąsiadem“, jest właśnie tym pustym woluntaryzmem, któremu przeczy i nie jest inwestycją w relacje w przyszłości, o czym zapewnia tegoroczny laureat nagrody Giedroycia. Aby szukać realistycznych odpowiedzi na pytania o nasze sąsiedzwo na wschodzie, jego przyszłość, należałoby na wstępie wyleczyć się z zespołu Giedroycia. Jest to rodzaj schizofrenii, która pozwala Polakom równocześnie potępiać pakt Ribbentrop-Mołotow i bronić porządków powstałych w wyniku jego realizacji; dopominać się o poszanowanie praw rodaków pozostałych za wyznaczonymi nam granicami wschodnimi i besztać ich, bezzasadnie, za nie dość lojalną postawę wobec narzuconych rządów; głosić pochwałę strategicznego partnerstwa i przyjmować bez protestu ignorowanie przyjętych w jego ramach zobowiazań; zapewniać o wierności zasadom demokracji i praw człowieka w polityce międzynarodowej i przymykać oczy na nacjonalistyczne ekscesy tuż za wschodnimi granicami. A wszystko to rzekomo dyktuje nam polska racja stanu. W rozumieniu doktryny Giedroycia racja stanu to konieczność utrzymania dobrych stosunków z njbliższymi sąsiadami i złych stosunków z Rosją.



























