6 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. malkontent
    malkontent :

    A jeszcze dwa dni temu pokrzykiwali razem z Saudami, że juz wchodzą oczywiście czekali na deklarację kowbojów bo sami za ciency w pasie by próbować konfrontacji z Rosjanami. Prowokacja się nie udała więc wycofują sie rakiem to sami dzisiaj Saudowie ogłosili, że wejda ale tylko w koalicji z USA heheheh to gnidy parszywe ,:-()((

  2. mopveljerzyjj
    mopveljerzyjj :

    ZRÓDŁO :,,131 dzień sprzątania świata…” Turcja ma tylko dwa wyjścia. Jedno to „siedzieć cicho” i obserwować rozwój sytuacji. A ten rozwój sytuacji to możliwe pojawienie się wrogiej, wyzwolonej Syrii z kurdyjską autonomią. Ta nowa, wroga Syria zażąda od Turcji rekompensat za całe „dobro” jakie Turcja uczyniła dla Syrii, jej obywateli i gospodarki.
    Druga ścieżka to uczynić wszystko co możliwe, by nie dopuścić do realizacji powyższego scenariusza. Czyli podjęcie aktywnych działań, takich jak atak na północną część Syrii, likwidacja oddziałów kurdyjskich i rozmieszczenie tam swoich garnizonów „dla obrony cywilów od rosyjsko-syryjskiej machiny wojennej”.
    Do realizacji takiego planu droga daleka, a główną przeszkodą jest obawa przed reakcją Rosji. Jedyną szansą Turcji na pomyślność realizacji takiego planu jest gwarancja braku reakcji i neutralności Rosji.
    I tutaj jest ten przysłowiowy, pogrzebany pies.
    Choć teoretycznie NATO mogłoby stanąć po stronie Turcji – w przypadku gdy Turcja zaatakuje Syrię i poniesie na jej terytorium pierwsze straty – ale taka reakcja jest niezwykle mało prawdopodobna. Przede wszystkim sprzeciwiły by się temu kraje NATO, a przynajmniej niektóre. Dodatkową przeszkodą formalną są sztywne przepisy wiążące kraje NATO. Mało tego, ewentualny nacisk USA na sojusznicze kraje może spowodować trwałe pęknięcie w ramach NATO – bo mało kto zechce wojować z powodu głupoty Erdogana.
    Jak widać, oba warianty są złe dla Turcji i dla NATO. Co prawda, konflikt wojskowy Turcja – Rosja jest wygodny dla USA, ale pod warunkiem, że nie przekształci się w wielką wojnę.
    USA wybiorą trzecią „drogę”. Wariant „prewencji”, czyli niedopuszczenia by Turcja zaatakowała Syrię.
    Oczywiście, trudno się od Erdogana spodziewać logiki. Może się i tak zdarzyć, że Turcja zaatakuje Syrię bo „Erdogan tak chce”. Ale wtedy, jeżeli wojskowi tureccy nie poskromią Erdogana, to uczyni to USA i sojusznicy, co może się skończyć dla Erdogana koniecznością ucieczki z Ankary…
    Co do gromkiego nawoływania Rijadu do interwencji w Syrii, należy zwrócić uwagę na to, że po cichu Saudowie mówią, że ten ich kontyngent może być tylko i wyłącznie częścią międzynarodowych sił. Samodzielnie Arabia nigdzie nie wyśle ani jednego żołnierza, a straszliwe klęski jakie ich dotykają w Jemenie każą wątpić w realność tych oświadczeń.
    Należy tez przypomnieć, że przy ewentualnym tworzeniu takiego „międzynarodowego kontyngentu”, zarówno Jordania jak i Egipt nie wejdą do niego, bo to by była wojna z Rosją z którą oba kraje mają dobre układy polityczne i wojskowe.
    Do tego dochodzi sprawa ewentualnego włączenia się w wojnę syryjską Iranu – i to na pełną skalę – czego raczej USA starają się unikać. Choć niewątpliwie Stany będą musiały zająć jakieś stanowisko i wybrać starych przyjaciół wahabitów i znów rozpocząć zimną czy gorącą wojnę z Teheranem, czy uśmiechać się do władz Iranu. A wszak dla Obamy zdjęcie sankcji z Iranu jest na razie jego największym sukcesem…

  3. mopveljerzyjj
    mopveljerzyjj :

    ZRÓDŁO: ,,131 dzień sprzątania świata…” Turcja ma tylko dwa wyjścia. Jedno to „siedzieć cicho” i obserwować rozwój sytuacji. A ten rozwój sytuacji to możliwe pojawienie się wrogiej, wyzwolonej Syrii z kurdyjską autonomią. Ta nowa, wroga Syria zażąda od Turcji rekompensat za całe „dobro” jakie Turcja uczyniła dla Syrii, jej obywateli i gospodarki.
    Druga ścieżka to uczynić wszystko co możliwe, by nie dopuścić do realizacji powyższego scenariusza. Czyli podjęcie aktywnych działań, takich jak atak na północną część Syrii, likwidacja oddziałów kurdyjskich i rozmieszczenie tam swoich garnizonów „dla obrony cywilów od rosyjsko-syryjskiej machiny wojennej”.
    Do realizacji takiego planu droga daleka, a główną przeszkodą jest obawa przed reakcją Rosji. Jedyną szansą Turcji na pomyślność realizacji takiego planu jest gwarancja braku reakcji i neutralności Rosji.
    I tutaj jest ten przysłowiowy, pogrzebany pies.
    Choć teoretycznie NATO mogłoby stanąć po stronie Turcji – w przypadku gdy Turcja zaatakuje Syrię i poniesie na jej terytorium pierwsze straty – ale taka reakcja jest niezwykle mało prawdopodobna. Przede wszystkim sprzeciwiły by się temu kraje NATO, a przynajmniej niektóre. Dodatkową przeszkodą formalną są sztywne przepisy wiążące kraje NATO. Mało tego, ewentualny nacisk USA na sojusznicze kraje może spowodować trwałe pęknięcie w ramach NATO – bo mało kto zechce wojować z powodu głupoty Erdogana.
    Jak widać, oba warianty są złe dla Turcji i dla NATO. Co prawda, konflikt wojskowy Turcja – Rosja jest wygodny dla USA, ale pod warunkiem, że nie przekształci się w wielką wojnę.
    USA wybiorą trzecią „drogę”. Wariant „prewencji”, czyli niedopuszczenia by Turcja zaatakowała Syrię.
    Oczywiście, trudno się od Erdogana spodziewać logiki. Może się i tak zdarzyć, że Turcja zaatakuje Syrię bo „Erdogan tak chce”. Ale wtedy, jeżeli wojskowi tureccy nie poskromią Erdogana, to uczyni to USA i sojusznicy, co może się skończyć dla Erdogana koniecznością ucieczki z Ankary…
    Co do gromkiego nawoływania Rijadu do interwencji w Syrii, należy zwrócić uwagę na to, że po cichu Saudowie mówią, że ten ich kontyngent może być tylko i wyłącznie częścią międzynarodowych sił. Samodzielnie Arabia nigdzie nie wyśle ani jednego żołnierza, a straszliwe klęski jakie ich dotykają w Jemenie każą wątpić w realność tych oświadczeń.
    Należy tez przypomnieć, że przy ewentualnym tworzeniu takiego „międzynarodowego kontyngentu”, zarówno Jordania jak i Egipt nie wejdą do niego, bo to by była wojna z Rosją z którą oba kraje mają dobre układy polityczne i wojskowe.
    Do tego dochodzi sprawa ewentualnego włączenia się w wojnę syryjską Iranu – i to na pełną skalę – czego raczej USA starają się unikać. Choć niewątpliwie Stany będą musiały zająć jakieś stanowisko i wybrać starych przyjaciół wahabitów i znów rozpocząć zimną czy gorącą wojnę z Teheranem, czy uśmiechać się do władz Iranu. A wszak dla Obamy zdjęcie sankcji z Iranu jest na razie jego największym sukcesem…
    PS… Zastępca szefa sztabu generalnego irańskich sił zbrojnych generał Masud Dżazajeri przestrzegł Waszyngton,Turcję i Arabię Saudyjska przed „przekroczeniem czerwonej linii w Syrii”.
    – Jeśli Stany zjednoczone przekroczą tę linię, Biały Dom poniesie poważne konsekwencje – powiedział Dżazajeri.
    – Terrorystyczna wojna, która toczy się w Syrii została zaplanowana przez Stany Zjednoczone i inne reakcyjne państwa regionu przeciw frontowi oporu (wobec Izraela). Mimo to rząd i lud Syrii odnieśli (w niej) poważne sukcesy – powiedział generał, dodając: – Ci, którzy dolewają oliwy do ognia nie uciekną przed gniewem ludu.
    Teheran regularnie ponawia oskarżenia pod adresem USA oraz ich sojuszników wśród krajów arabskich o wspieranie syryjskich powstańców w celu obalenia prezydent Baszara el-Asada.
    Rzecznik irańskiej dyplomacji Abbas Aragczi powiedział: „Nie ma żadnego międzynarodowego mandatu dla interwencji w Syrii. Ostrzegamy przed wszelkimi akcjami lub deklaracjami, których skutkiem byłoby zwiększenie napięć w regionie. Mam nadzieję, że politycy w Białym Domu dadzą dowód wystarczającej mądrości i nie zaangażują się w tak niebezpieczne przedsięwzięcie”. Aragczi dodał też, że: „Istnieją dowody na to, iż (atak chemiczny w Syrii) przeprowadziły grupy terrorystów”.