30 maja minęło 10 lat od tragedii, która wydarzyła w wejściu do stacji metra Niemiga w Mińsku na Białorusi. Zginęły tam 53 osoby.
Rodzice zmarłych i ofiary wypadku dotychczas nie mogą dojść do siebie i uważają, że wymiar sprawiedliwości nie zadziałał.
W niedzielę 30 maja 1999 r., w dniu religijnego święta św. Trójcy, w Mińsku pod Pałacem Sportu odbywało się święto piwa. Był ogromny upał, a po godzinie ósmej wieczorem podczas występu grupy „Mango-Mango” zaczęła się burza z wielkim gradem.
Jak podaje Karta-97, kilkaset młodych ludzi skierowało się do najbliższego przejścia podziemnego, żeby schować się przed ulewą. Powstał ścisk, a następnie wybuchła panika. Tych, którzy przewrócili się na schodach tratowali inni, których niósł niekontrolowany tłum. W ścisku, który trwał według słów świadków nie więcej niż 10 minut, zginęły 53 osoby, a około 250 osób odniosło różnego rodzaju kontuzje – pisze „Solidarność”.
Według wersji władzy przyczyną wypadku stał się tragiczny zbieg okoliczności. W prasie pisano, że tragedii sprzyjały mokre schody i niestabilne obcasy kobiecych butów. Z powodu śmierci 53 osób została założona sprawa karna o zaniedbanie (artykuł 168 Kodeksu Karnego w redakcji 1960 r.) Zostały oskarżone dwie osoby: naczelnik milicji Miejskiego Zarządzania Spraw Wewnętrznych Wiktor Rusak i naczelnik oddziału imprez masowych Michał Kondratin. Jednak w roku 2002 Przewodniczący Sądu Centralnego rejonu Mińskiego Piotr Kirkowskij przekwalifikował zarzut na artykuł, który nie przewiduje odpowiedzialności za śmierć ludzi i zakończył sprawę w związku z przedawnieniem.
Krewni zmarłych niejednokrotnie składali do sądów skargi na miejską władzę, milicję, fabrykę piwa „Oliwaria”, radiostację „Pokój” – organizatorów, którzy były odpowiedzialni za zabezpieczenie porządku podczas święta piwa. Skargi te jednak zostały odrzucone przez sądy różnych instancji.
Oleg Wołczek, prawnik, przedstawiciel jednej z rodzin ofiar, opowiedział dla Karty-97 o przyczynach tego wydarzenia.
Pracownicy milicji i organizatorzy święta popełnili parę błędów. Nie wzięli pod uwagę prognozy pogody i nie przewidzieli schronienia przed deszczem. Podczas święta milicjanci tworzyli łańcuch wzdłuż całej alei Maszerowa i nikogo nie wypuszczali na jezdnię. Kiedy zaczął się deszcz, uczestnicy imprezy nie mieli innego wyjścia jak biec do przejścia podziemnego, żeby znaleźć schronienie. Eksperci uznali, że żeby uniknąć tragedii wystarczyłoby zablokować ruch samochodów na al. Maszerowa i ludzie spokojnie poszliby do domu. Metro w ogóle trzeba było zamknąć.
Problem polegał też na tym, że z jednej strony wejścia do przejścia podziemnego nie było poręczy. Ludzie nie mieli czego się uchwycić. Innym błędem było to, że pracownicy metra, chcąc uniknąć tłoku na peronie, zamknęli drzwi wejściowe do stacji. Ludzie nie mogli przedostać się na stację, a w przejściu przestała działać wentylacja.
Głównym problemem na Niemidze nie było święto piwa, tylko organizacja bezpieczeństwa. Jeżeli organizować takie masowe imprezy to na świeżym powietrzu za miastem – uważa prawnik O. Wołczek.
Halina Węcławek/charter97.org/AH/Kresy.pl





























