Coraz więcej Polaków zatrudnianych jest na umowach cywilnoprawnych, podczas gdy cudzoziemcy pracujący na tych samych stanowiskach otrzymują etaty. Eksperci zwracają uwagę, że to konsekwencja obowiązujących przepisów, a nie zawsze decyzji pracodawców.
W polskich zakładach pracy coraz częściej pojawia się zjawisko, w którym cudzoziemcy otrzymują umowę o pracę, podczas gdy Polacy na tych samych stanowiskach zatrudniani są na podstawie umów zlecenia lub o dzieło. Problem ten nasila się zwłaszcza w sektorach produkcyjnych, gdzie wielu pracowników wykonuje podobne obowiązki, lecz ich sytuacja prawna i socjalna znacząco się różni.
Czytaj także: Co trzeci pracodawca chce płacić obywatelowi Ukrainy więcej niż Polakowi
Zgodnie z obowiązującymi przepisami, pracodawcy zatrudniający cudzoziemców, szczególnie spoza Unii Europejskiej, są zobligowani do oferowania im umowy o pracę, co jest warunkiem niezbędnym do uzyskania pozwolenia na legalny pobyt i pracę w Polsce. Jak wskazuje adwokat Marcin Ostaszewski, „cudzoziemcy, szczególnie spoza Unii, bardzo często potrzebują umowy o pracę do uzyskania pozwolenia na legalny pobyt i zatrudnienie. Więc czasem to nie jest przywilej, tylko konieczność”.
W praktyce prowadzi to do sytuacji, w której obcokrajowcy mogą liczyć na stabilne zatrudnienie i wynikające z niego prawa pracownicze, podczas gdy Polacy, nawet wykonujący identyczną pracę, zatrudniani są w oparciu o elastyczne i mniej korzystne formy umów. Wielu ekspertów zwraca uwagę, że taka sytuacja społecznie budzi kontrowersje. „Jeśli na tej samej hali jedna osoba ma etat, a druga zlecenie, choć robią dokładnie to samo, trudno nie odczuwać tego jako niesprawiedliwości” – zauważa Ostaszewski.
Zjawisko to nie zawsze można formalnie zakwalifikować jako dyskryminację, jednak społecznie jest ono odbierane jako naruszenie zasad równości i sprawiedliwości. W opinii ekspertów obecny model zatrudniania prowadzi do wypaczeń systemu pracy – zlecenia często są narzucane, a umowy o pracę wymagają „wywalczenia” przez samych pracowników. Ostaszewski podkreśla: „Zlecenie jest narzucone, a etat wymaga ‘wywalczenia’. Taka odwrócona logika prowadzi do wypaczenia całego systemu”.
Kwestia „ozusowania” umów cywilnoprawnych, czyli objęcia ich obowiązkowymi składkami na ubezpieczenia społeczne, miała być jednym z kamieni milowych dla odblokowania środków z Krajowego Planu Odbudowy. Rząd Donalda Tuska odsunął jednak wprowadzenie tych zmian, tłumacząc to względami technicznymi i potrzebą przygotowania pracodawców oraz administracji. Zmiany mogą wejść w życie najwcześniej w 2026 lub 2027 r.
Planowane są także zmiany, które umożliwią Państwowej Inspekcji Pracy administracyjną zmianę umowy cywilnoprawnej na umowę o pracę w sytuacji, gdy charakter wykonywanej pracy na to wskazuje. Według Ostaszewskiego „wprowadzenie decyzji administracyjnej, która pozwoli PIP od razu zmienić umowę, to nie jest jakaś rewolucja. Raczej naprawa tego, co powinno działać od dawna”.
Eksperci zaznaczają, że całkowita likwidacja umów cywilnoprawnych nie byłaby korzystna dla gospodarki, ponieważ w niektórych przypadkach, np. w przypadku studentów czy osób dorabiających, elastyczność tych umów jest potrzebna. Jednak problemem jest stosowanie takich rozwiązań wobec osób pracujących w pełnym wymiarze godzin, które faktycznie powinny mieć umowę o pracę.
Coraz częściej pojawiają się propozycje, aby to umowa o pracę była domyślną formą zatrudnienia, a inne typy umów stosowane były jedynie na wyraźne życzenie pracownika. Ma to szczególne znaczenie w sytuacji, gdy Polacy na własnym rynku pracy są pozbawiani podstawowych praw, które przysługują zatrudnianym w tych samych miejscach cudzoziemcom.
Czytaj także: Ukraińcy to za mało – firmy chcą ściągać pracowników z Azji
kresy.pl/www.fxmag.pl






























