Zniszczony Bliski Wschód. Dekada od „arabskiej wiosny”

Ponad dziesięć lat temu przez kraje arabskie przetoczyła się fala protestów przeciwko ich władzom. Uczestnicy demonstracji w części krajów rzeczywiście doprowadzili do obalenia dotychczasowego systemu. Przykład Egiptu pokazał jednak, że nie na długo. Syria i Libia zostały z kolei zniszczone przez wojnę, a Tunezja pogrążona jest w wielopoziomowym kryzysie. Bilans „arabskiej wiosny” jest więc zdecydowanie negatywny.

Za symboliczny początek masowych protestów uznaje się 17 grudnia 2010 roku. Właśnie wówczas publicznie podpalił się uliczny sprzedawca z Tunezji, protestując w ten sposób przeciwko brakowi perspektyw. Po tym zdarzeniu wybuchły z czasem coraz gwałtowniejsze protesty, które przerodziły się w otwarty bunt przeciwko prezydentowi Zajnowi al-Abidin ibn Aliemu. Ben Ali ostatecznie ustąpił ze stanowiska i udał się do Arabii Saudyjskiej, w której zmarł półtora roku temu.

Manifestacje szybko rozlały się na cały Bliski Wschód. Olbrzymia w tym zasługa mediów społecznościowych. To za ich pośrednictwem skrzykiwali się uczestnicy antyrządowych manifestacji w świecie arabskim. Nie można także zapominać o podburzaniu społeczeństw przez media prozachodnie, ale także te szerzące radykalny islam. Nieprzypadkowo tak dużą rolę we wznieceniu rewolucji miała katarska stacja Al-Dżazira. To właśnie Katar do dzisiaj uważany jest za największego sponsora Bractwa Muzułmańskiego, będącego jednym z głównych beneficjentów tamtych wydarzeń.

Powrót do punktu wyjścia

Ben Ali ustąpił ze stanowiska prezydenta Tunezji dokładnie 14 stycznia 2011 roku, po czym władzę przejął tymczasowy rząd jedności narodowej. Niecały miesiąc później zrezygnował także Hosni Mubarak. Egipski prezydent został jednak zastąpiony przez radę wojskowych, co nie satysfakcjonowało protestujących. Ostatecznie na przełomie 2011 i 2012 roku w Egipcie przeprowadzono wybory parlamentarne, a w czerwcu 2012 roku prezydenckie. Zwyciężyła w nich Partia Wolności i Sprawiedliwości, czyli de facto tamtejszy oddział Bractwa Muzułmańskiego.

Nowym prezydentem został Muhammad Mursi, wykształcony w Stanach Zjednoczonych islamistyczny polityk. Nie do końca mógł jednak w pełni realizować swoje zamierzenia. Wciąż ogromną rolę w egipskim życiu politycznym odgrywało wojsko. Najwyższa Rada Sił Zbrojnych dokonała rozwiązania parlamentu, ale jej decyzje próbował cofnąć Mursi. Działania nowej głowy państwa były krytykowane przez opozycję, która organizowała masowe protesty przeciwko islamistom.

Ostatecznie w lipcu 2013 roku został on odsunięty od władzy przez generała Abda al-Fattaha as-Sisiego. Po kilku miesiącach ten wojskowy pnący się w górę hierarchii za czasów Mubaraka przywrócił de facto stary system. W wyborach mających niewiele wspólnego z demokracją zdobył blisko 96 proc. głosów, dlatego nie musiał nawet przedstawiać żadnego programu. Zamiast tego skupił się na represjonowaniu islamistycznej opozycji. Do więzień trafiły tysiące działaczy Bractwa Muzułmańskiego, a partie związane z organizacją zostały zdelegalizowane.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Dominacja armii w życiu Egiptu jest jeszcze większa niż za czasów Mubaraka, który sam był przecież wojskowym. Wojskowi w praktyce kontrolują nie tylko życie polityczne, ale także tamtejszą gospodarkę. Generał Sisi przed dwoma laty wprowadził nawet zmiany w konstytucji zwiększające uprawnienia armii. On sam dzięki reformie ustawy zasadniczej będzie sprawował władzę co najmniej do 2030 roku.

Zrównane z ziemią

Od 2011 roku w Syrii trwa krwawa wojna domowa. Prezydent Baszar al-Assad cieszył się bowiem zbyt dużym poparciem, aby opozycja była w stanie odsunąć go od władzy. Nawet mimo szerokiego jej wsparcia przez państwa zachodnie, a także arabskie monarchie z Zatoki Perskiej. Co prawda w 2015 roku wydawało się, że władze w Damaszku są bliskie upadku, lecz wówczas na pomoc przyszli rosyjscy sojusznicy. Od tamtej pory Syryjska Armia Arabska odzyskała kontrolę nad większością terytorium.

Trudno ukryć fakt, że al-Assad rządzi dzięki protekcji Rosji i Iranu. To dzięki nim możliwe było pokonanie Państwa Islamskiego, a także wyzwolenie większości syryjskiego terytorium kontrolowanego przez ugrupowania islamistyczne. Ubiegłoroczne porozumienia spowodowały zatrzymanie ofensywy syryjskiej armii, która była już bliska stłumienia rebelii w prowincji Idlib. Wciąż nie wiadomo jak potoczy się także los terenów kontrolowanych przez Kurdów. Władze w Damaszku prowadziły pertraktacje z Autonomiczną Administracją Północnej i Wschodniej Syrii, jednak przeszkodą w zawarciu porozumienia jest współpraca Kurdów z Amerykanami.

Niedawno zakończyły się z kolei walki w Libii, która również od prawie dekady jest areną nieustannego konfliktu. W październiku 2011 roku zabity został dotychczasowy prezydent Muammar Kaddafi, co było tylko początkiem prawdziwego chaosu. Po upadku jego rządów nowe libijskie władze nie były w stanie rozbroić samozwańczych milicji, a na dodatek rozbudzone zostały pacyfikowane dotychczas konflikty plemienne. Na domiar złego w Libii również zaczęło działań Państwo Islamskie.

Dopiero niedawno ustały natomiast walki pomiędzy dwoma zwalczającymi się ośrodkami władzy w Trypolisie i Bengazi. Powołany został rząd tymczasowy, którego głównym zadaniem będzie przeprowadzenie w grudniu bieżącego roku nowych wyborów. Dotychczas wszelkie głosowania nie cieszyły się zainteresowaniem Libijczyków. Zdaniem specjalistów większość z nich z nostalgią wspomina rządy Kaddafiego, jednak obawia się to głosić publicznie. Dodatkowo nastrojów społecznych nie poprawia katastrofalna sytuacja libijskiej gospodarki.

Te gorsze protesty

Jak już wspomniano, masowe protesty wybuchły w całym świecie arabskim. Problem w tym, że nie wszystkie cieszyły się równym zainteresowaniem zachodnich mediów i polityków. Zupełnie nie nagłaśniano demonstracji odbywających się choćby w bogatych państwach Zatoki Perskiej. W Arabii Saudyjskiej i Bahrajnie trudno się temu zresztą dziwić. Przeciwko tamtejszym władzom protestowali głównie wyznawcy szyickiej wersji islamu, cieszący się wsparciem ze strony Iranu. W Bahrajnie stanowią oni nawet większość społeczeństwa, a tamtejszej monarchii udało się przetrwać jedynie dzięki zbrojnej interwencji Saudyjczyków.

W Jordanii, Maroku czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich protesty udało się również szybko stłumić. We wszystkich tych państwach wyjątkowo silne są struktury bezpieczeństwa, które były w stanie zapanować nad „arabską wiosną”. Warto podkreślić, że w Emiratach tamtejsze władze kontrolowały wydarzenia dzięki systemowi monitoringu. Po wystąpieniach w innych krajach arabskich, w bocznych ulicach miast zamontowano kamery, aby nie dopuścić do gromadzenia się ludzi w centrach największych ośrodków.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Do dzisiaj trwa natomiast krwawy konflikt w Jemenie. Wywołał on katastrofalną sytuację humanitarną, ale przez blisko dziesięć lat międzynarodowa opinia publiczna praktycznie nic z tym nie zrobiła. Arabia Saudyjska wraz ze swoimi sojusznikami wciąż walczy z szyicką milicją Hutich. Co więcej, Saudyjczycy wykorzystują do swoich działań najnowocześniejszy sprzęt wojskowy dostarczany między innymi przez Stany Zjednoczone. Dopiero teraz amerykański prezydent Joe Biden podjął decyzję o zakończeniu amerykańskiego wsparcia dla saudyjskiej operacji.

Chrześcijanie na celowniku

Jednym z głównych efektów „arabskiej wiosny” jest drastyczne pogorszenie się sytuacji chrześcijan zamieszkujących Bliski Wschód. Protesty doprowadziły bowiem do obalenia świeckich władz, których korzenie tkwiły w czasach triumfów arabskich socjalistów. Tamtejsza lewica wspierała wszelkie grupy mniejszościowe, bo jej przedstawiciele najczęściej sami się z nich wywodzili. Przykładem jest choćby rodzina al-Assadów, czyli wyznawców jednego z odłamów szyizmu.

Oczywiście największe spustoszenie w życiu chrześcijańskich wspólnot wyrządziło Państwo Islamskie. Jego powstanie umożliwiła właśnie „arabska wiosna”, o czym obecnie oczywiście lepiej nie wspominać. Działania islamistów spowodowały masową emigrację wyznawców Chrystusa, choć byli oni nieodłączną częścią Bliskiego Wschodu od samych narodzin chrześcijaństwa.

Prześladowania chrześcijan to jednak nie tylko domena ISIS. Pokazuje to dobitnie sytuacja egipskich Koptów. Cieszą się oni protekcją prezydenta Sisiego, jednak nie jest on w stanie zapewnić wszystkim stałego bezpieczeństwa. Co prawda w ostatnim czasie nie słychać o zamachach bombowych na kościoły, ale chrześcijanie szczególnie na terenach wiejskich nie mogą czuć się bezpiecznie. Nie można też zapominać, że w Tunezji czy Libii tuż po obaleniu tamtejszych władz ustawodawstwo zostało dostosowane do zasad szariatu.

Dziesięć lat po „arabskiej wiośnie” można śmiało powiedzieć, że Bliski Wschód został zdestabilizowany. Tamtejsze społeczeństwa pogrążyły się w jeszcze większym kryzysie, a nie widać większych nadziei na poprawę. Widoczna jest także hipokryzja państw zachodnich, które ostatecznie choćby w Egipcie zaakceptowały powrót do systemu politycznego sprzed rewolucji. Nic więc dziwnego, że dziesiąta rocznica tamtych wydarzeń nie cieszy się szczególnym zainteresowaniem światowych mediów.

Marcin Ursyński

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz