Siostra Antonina Biełous

Podeszła do mnie z nożyczkami, podsuwając mi pod oczy, jak gdyby miała mi je wydźgać i spytała – widzisz, ja ci pokazuję nożyczki, a ty mi pokaż swojego Boga.

Siostra Antonina Biełous ze zgromadzenia Służebniczek Starowiejskich pochodzi z Murafy, największego, nie tylko na Podolu ale i na całej Ukrainie, ośrodka powołań kapłańskich i zakonnych. Do zgromadzenia wstąpiła w 1992 r. jako jedna z pierwszych dziewcząt w osadzie. Siostry mieszkające wówczas przy kościele dopiero co się rozpakowały i zaczęły poznawać środowisko. Kończąca jedenastą klasę Antonina zapukała do ich drzwi po 15 dniach ich pobytu.

– Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że powinnam swe życie poświęcić służbie Bogu – wspomina s. Antonina – Krótka obserwacja pracy sióstr sprawiła, że uznałam, że to jest dla mnie droga. Rodzice nie protestowali, wprost przeciwnie. Rok po mnie do zgromadzenia wstąpiła też moja starsza siostra Ludmiła.

Decyzja siostry Antoniny była niejako konsekwencją religijności jej rodziny. Zarówno jej rodzice, którzy łącznie z nią i siostrą mieli siedmioro dzieci, jak i dziadkowie, byli mocno związani z miejscową parafią. Dziadek s. Antoniny ze strony matki – Bronisław Szłapak był przez lata jednym z pomocników ks. Antoniego Chomickiego. Jako świecki katecheta odpowiadał za religijne przygotowanie do I Komunii dzieci mieszkających w wyznaczonym mu przez księdza rejonie Murafy. Zbierał także starszych ludzi na różaniec. Regularnie też powtarzał podstawy katechizmu z młodzieżą i dorosłymi żyjącymi w jego rejonie. Każdy, kto chciał przystąpić do spowiedzi wielkanocnej, musiał zdać u niego egzamin i wtedy otrzymywał kartkę do księdza. Inaczej ten by go nie przyjął. Takich świeckich katechetów było w Murafie kilkunastu i dzięki nim świadoma wiara trzymała się w niej bardzo mocno.

– Przykład dziadka był dla mnie zawsze budujący – wspomina s. Antonina – Oddziaływał nie przy pomocy wielkich słów, ale swoją pokorna postawą, jak postępuje człowiek żyjący wiarą. Nigdy nie ukrywał, że jest osobą wierzącą, mimo że w przetwórni owoców funkcjonującej w Murafie był głównym księgowym. Wielokrotnie straszono go, że jeżeli nie przestanie chodzić do kościoła, to zostanie zwolniony z pracy i jego rodzina zdechnie z głodu. Dla dziadka były to na pewno trudne chwile. Miał bowiem pięcioro dzieci. Z chodzenia do kościoła jednak nie zrezygnował. Wielokrotnie bronił go dyrektor przetwórni Żyd, który funkcjonariuszom partii i KGB powtarzał, że Szłapak choć wierzący, to nie kradnie, czego on nie może powiedzieć o wielu ateistach u niego zatrudnionych. Ja także jako dziecko starałam się dziadka naśladować i już w szkole nigdy nie zapierałam się, że jestem wierząca, co w ateistycznej szkole starającej się wpajać wszystkim uczniom, że „Boga niet”, nie było mile widziane. Na lekcjach ateizmu starano się nas nauczyć, że religia to ciemnota, a to, co nam babcie o niej mówią, to zwykłe zabobony. Pamiętam, jak jedna specjalistka od ateizmu przyjeżdżająca do Murafy z Szarogrodu spytała się naszej klasy – kto jest wierzący? Wstałam jako pierwsza, za mną wszyscy katolicy, a po chwili i prawosławni. Dla tej nauczycielki był to prawdziwy szok. Katolików było w klasie dwadzieścioro, a prawosławnych dziewięcioro. Nikt nie był niewierzący. Podeszła do mnie z nożyczkami podsuwając mi pod oczy, jak gdyby miała mi je wydźgać i spytała – widzisz, ja ci pokazuję nożyczki, a ty mi pokaż swojego Boga. Wtedy nie potrafiła z nią jeszcze dyskutować i milczałam. Później ta nauczycielka traktowała mnie jako swoistego „królika doświadczalnego”. Mówiła nie do całej klasy, ale do mnie. W starszej klasie miałam jeszcze perypetie z innym nauczycielem ateizmu. Widząc nasze znudzone twarze po jego wystąpieniu oświadczył, że jak kogoś to nie interesuje, to może wyjść na korytarz. Wstałam więc i wyszłam. Za chwilę uczyniła to moja koleżanka, a tuż po niej cała klasa. Chryja była na całego. Dorastając widziałam, ile na świecie jest niesprawiedliwości, jak ludzie stojący trochę wyżej gnębią i uciskają biednych i niewykształconych. W pierwszym odruchu myślałam, że jak dorosnę, to zostanę milicjantką, że będę wymierzała sprawiedliwość. W tym także katolikom, którzy deklarują, że są wierzący, a często postępują sprzecznie z nakazami wiary. Kiedy byłam pewna, że wybiorę tą drogę, usłyszałam wewnętrzny głos, który mówił mi, że jeżeli chcę czynić sprawiedliwość, to powinnam zacząć sama postępować sprawiedliwie i być wobec Pana Boga w porządku, a nie być sędzią dla innych. Wtedy to postanowiłam zostać zakonnicą. Wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Staromiejskich. W Polsce odbyłam całą formację i roczna praktykę. Po czterech latach wróciłam na Ukrainę. Dwa lata pracowałam w Krasiłowie, w parafii prowadzonej przez ojców kapucynów, a później osiem lat w Murafie. Od 2006 r. posługuję w Mohylewie. Zajmuję się katechezą dzieci, opieką nad chorymi i z racji swych uzdolnień muzycznych gram na organach do Mszy św. Oczywiście w porównaniu z Murafą tu pracuje się inaczej. Moja rodzinna miejscowość to taka „mała polska”, do I Komunii św. przystępuje tam osiemdziesięcioro dzieci, tu najwyżej osiem.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz