Sprawa Andżeliki Borys ma się zupełnie inaczej niż to opisał Kaźmierczak. W 2005 roku odsunięto prezesa Związku Polaków na Białorusi w bardzo podejrzanych okolicznościach: podczas zjazdu na salę obrad została wprowadzona studentka, która stwierdziła, że Kruczkowski ją zgwałcił. I chociaż po latach to okazało się nieprawdą, to Kruczkowski wybory przegrał, a Związek przejęła Borys. Zaprowadziła swoje porządki i okrutnie nabałaganiła. W trudnej sytuacji zostawiła Związek i uciekła na kilka lat na Zachód. I gdy bałagan po niej naprawił nowy prezes Jaśkowiak, nagle wróciła i kilkoma głosami znowu przejęła Związek. Borys ma nieustające wsparcie z Warszawy, wcześniej od ekipy Tuska, teraz od obecnej, czyli „ponad podziałami”, a jej główną „zasługą” jest prowadzenie intryg, odsuwanie przyzwoitych ludzi, utrzymywanie napięcia z władzami Białorusi – bo gdy tylko następowało ocieplenie, zaraz wszczynała jakieś awantury. Widocznie takie zadania Borys otrzymuje z Warszawy, od niektórych ludzi związanych z dyplomacją wschodnią zatrutych doktryną Giedroycia, wybitnie szkodliwą dla polskości Kresów. Wystarczy wspomnieć niejakiego Marka Bućko, byłego radcę ambasady RP w Mińsku, blisko związanego z Fundacją Wolność i Demokracja oraz z portalem kresy24 (do lipca 2016 jako red. nacz.). Bućko jest współodpowiedzialny za rozbicie, osłabienie i w efekcie zmarginalizowanie polskich organizacji na Białorusi. Tak pokrótce wygląda sytuacja, a to co napisał Kaźmierczak nie ma nic wspólnego z faktami, jest tylko powtórzeniem propagandy giedroyciowców.
Artykuł jak i przedstawione w nim tezy są na zatrważająco prymitywnym poziomie. Autor wykazał się brakiem znajomości tematu, bezmyślnie powtarzając nie mające nic wspólnego z rzeczywistością treści.
Tendencyjne tezy… Oto jednym z największych przegranych stał się socjaldemokrata Vytenis Andriukaitis. Wielka partia w marcu wygrała bezpośrednie wybory merów aż w 13 samorządach, a dziś w żadnym z samorządów.
Dużo bałamutnej propagandy w tym artykule. Wygląda wręcz jakby pisał to Radczenko albo Pukszto z gadzinowego medium ZW. Po kresy.pl można się raczej było spodziewać analizy bardziej obiektywnej, ale widać zaczyna równać do kiepskich wzorców…
Jakoś red. piszący „nie zauważył” że było sporo gmin gdzie poparcie dla lidera AWPL znacząco wzrosło. Że zwyciężył w trzech rejonach: wileńskim, solecznickim i wisagińskim – premier Skvernelis też wygrał w trzech choć ma za sobą cały aparat państwa. Że podobny wynik jak Tomaszewski osiągnął kandydat socjaldemokratów eurokomisarz Andriukaitis choć socjaldemokraci ledwie w marcu wygrali wybory samorządowe na Litwie mając teraz 13 merów i prawie 300 radnych.
Co niezwykle istotne dla wyników w rejonie wileńskim, nastąpiło tu masowe głosowanie przyjezdnych z głębi kraju (działkowiczów) do tego stopnia, że w komisjach brakło kart do głosowania. Ci przyjezdni oczywiście nie byli elektoratem AWPL ale znacząco wpłynęli na procentowe i ilościowe wyniki. Jakoś red. autor o tym nie pisze, może o tym nie wie, albo mu to nie pasowało do założonej tezy.
W każdym razie lider AWPL wypadł w wyborach godnie, 4 procent poparcia przy tak wysokiej frekwencji i specyfice tych wyborów budzi szacunek. Tomaszewski w 102 dzielnicach wyborczych znalazł się na pierwszym miejscu, w tym w 43 w rejonie wileńskim i nawet w 3 w samym Wilnie. Wobec tego pisanie o porażce jest totalnym nieporozumieniem albo celową manipulacją.
Ciekawym faktem jest, że w ostatnich wyborach Radczenko startował od socjaldemokratów i poniósł totalną klęskę, a jego pryncypał Okińczyc w 1992 także startował od socdemów i także zakończyło się to klęską.
Tendencyjne tezy. Oto jednym z największych przegranych stał się socjaldemokrata Vytenis Andriukaitis. Wielka partia w marcu wygrała bezpośrednie wybory merów aż w 13 samorządach, a dziś w żadnym z samorządów.
Jeszcze taka uwaga, na AWPL od dawna szczują media ZW, których przedstawiciel Radczenko kandydował i poległ w marcu tego roku do samorządu Wilna z listy socjaldemokratów – oni wygrali w skali kraju ale w stolicy ponieśli klęskę nie przechodząc progu. Przed laty do Sejmu Litwy też od socjaldemokratów kandydował sam szef ZW Okinczyc i też oczywiście bez powodzenia. Takie próby rozbijania i osłabiania są wciąż powtarzane, była jeszcze niesławna partyjka PPL która też przegrała i zniknęła oraz różne inne projekty. Bo ci których polskość na Wileńszczyźnie uwiera wciąż posuwają się do manipulowania i intrygowania czyli do zwyczajnego braku przyzwoitości. Dziwne że oto w tym gronie znalazł się ten portal piórem red. piszącego.
Zauważam że ten obszerny elaborat jest zbudowany na kruchych podstawach. Fakty są dobrane do wcześniej założonych wniosków. Ton pouczającego mędrka, który jednak raczej sam siebie obnaża. Aż trudno uwierzyć że coś takiego ma udawać rzekomą publicystyke.
Brawo Wilniucy!!!
Wystawienie kandydata – Polaka na urząd prezydenta Litwy (trzeci raz z rzędu) samo w sobie jest wielkim wydarzeniem.
Zebranie podpisów do rejestracji, przeprowadzenie kampanii, wreszcie uzyskanie wysokiego wyniku – w okolicznościach, w jakich muszą funkcjonować w mało przychylnym otoczeniu (litewski antypolonizm) i przy praktycznie żadnym wsparciu politycznym Warszawy (ospała dyplomacja RP, fatalna ambasador w Wilnie, tendencyjne media, atak Fundacji i tp) – trzeba na to patrzeć z szacunkiem.
Gratulacje dla Pana Tomaszewskiego i wszystkich Wilnian!
W regionie wileńskim wynik wyborczy Tomaszewskiego można uzasadnić tym, że stworzono możliwość wyborcom z całego kraju przegłosowania w dowolnej dzielnicy wyborczej. Na przykład na terenie rejonu wileńskiego przebywa ok. 30 tys. działkowiczów. Mogli oni wyrazić swą wolę na miejscu, chociaż faktyczne zadeklarowane miejsce zamieszkania mieli gdzie indziej. Głosy przyjezdnych i działkowiczów miały istotny wpływ na wskaźniki procentowe w dzielnicach, które zmieniły się na niekorzyść Tomaszewskiego.
Tomaszewski wyborów nie przegrał. Uzyskał bardzo podobny wynik do Andriukaitisa i Juozaitisa.
Tak naprawdę jednym z największych przegranych stał się socjaldemokrata Vytenis Andriukaitis, którego partia w marcu w wyborach samorządowych zdobyła największą ilość mandatów radnych -274 i aż 13 merów, a w wyborach prezydenckich nie wygrała w żadnym z samorządów.
Żadna inna wspólnota Polaków za granicą nie jest w stanie zbliżyć się do politycznych osiągnięć AWPL. 200 tys. Polaków z Wileńszczyzny ma radnych, merów, posłów sejmu Litwy, europosła, przedstawicieli w Radzie Europy i Komitecie Regionów – czapki z głów! Miliony Polaków w USA, Wlk. Brytanii, Francji, Niemczech itd – w realu kompletnie nie liczą się w swoich państwach jako siła społeczna czy polityczna. Nie wspominając o Borys na Białorusi (tak wychwalanej w powyższym artykule) czy polskiej mniejszości na Ukrainie, którzy przy wydatnej „pomocy” fachowców z Polski, tych wszystkich giedroyciowców i michnikowszczyzny, także z kręgu władz, MSZ-tu i rozmaitych Fundacji od „pomagania”, są jedynie niewiele znaczącym lokalnym folklorem. Aby być dobrze zrozumianym podkreślę, że to nie zwykli przyzwoici ludzie są za to odpowiedzialni, ale ci co sami siebie zrobili „elitami”, mają dobre samopoczucie i wysokie mniemanie o sobie, tylko polskość nic z tego nie osiąga, a często wręcz przeciwnie. Dlatego trzymajcie się mocno Rodacy na Wileńszczyźnie. Z wrogami sami dajecie radę, od fałszywych przyjaciół niech was Opatrzność strzeże.
Ciagle tylko te: musi, musi i musi.
Tak jakby Kazimierczak był jaką nieomylną alfą i omegą. A nie jest. Popełnił zwyczajny tekst propagandowy, rodzaj czarnego pijaru.
Sprawa Andżeliki Borys ma się zupełnie inaczej niż to opisał Kaźmierczak. W 2005 roku odsunięto prezesa Związku Polaków na Białorusi w bardzo podejrzanych okolicznościach: podczas zjazdu na salę obrad została wprowadzona studentka, która stwierdziła, że Kruczkowski ją zgwałcił. I chociaż po latach to okazało się nieprawdą, to Kruczkowski wybory przegrał, a Związek przejęła Borys. Zaprowadziła swoje porządki i okrutnie nabałaganiła. W trudnej sytuacji zostawiła Związek i uciekła na kilka lat na Zachód. I gdy bałagan po niej naprawił nowy prezes Jaśkowiak, nagle wróciła i kilkoma głosami znowu przejęła Związek. Borys ma nieustające wsparcie z Warszawy, wcześniej od ekipy Tuska, teraz od obecnej, czyli „ponad podziałami”, a jej główną „zasługą” jest prowadzenie intryg, odsuwanie przyzwoitych ludzi, utrzymywanie napięcia z władzami Białorusi – bo gdy tylko następowało ocieplenie, zaraz wszczynała jakieś awantury. Widocznie takie zadania Borys otrzymuje z Warszawy, od niektórych ludzi związanych z dyplomacją wschodnią zatrutych doktryną Giedroycia, wybitnie szkodliwą dla polskości Kresów. Wystarczy wspomnieć niejakiego Marka Bućko, byłego radcę ambasady RP w Mińsku, blisko związanego z Fundacją Wolność i Demokracja oraz z portalem kresy24 (do lipca 2016 jako red. nacz.). Bućko jest współodpowiedzialny za rozbicie, osłabienie i w efekcie zmarginalizowanie polskich organizacji na Białorusi. Tak pokrótce wygląda sytuacja, a to co napisał Kaźmierczak nie ma nic wspólnego z faktami, jest tylko powtórzeniem propagandy giedroyciowców.
Artykuł jak i przedstawione w nim tezy są na zatrważająco prymitywnym poziomie. Autor wykazał się brakiem znajomości tematu, bezmyślnie powtarzając nie mające nic wspólnego z rzeczywistością treści.
Tendencyjne tezy… Oto jednym z największych przegranych stał się socjaldemokrata Vytenis Andriukaitis. Wielka partia w marcu wygrała bezpośrednie wybory merów aż w 13 samorządach, a dziś w żadnym z samorządów.
Dużo bałamutnej propagandy w tym artykule. Wygląda wręcz jakby pisał to Radczenko albo Pukszto z gadzinowego medium ZW. Po kresy.pl można się raczej było spodziewać analizy bardziej obiektywnej, ale widać zaczyna równać do kiepskich wzorców…
Jakoś red. piszący „nie zauważył” że było sporo gmin gdzie poparcie dla lidera AWPL znacząco wzrosło. Że zwyciężył w trzech rejonach: wileńskim, solecznickim i wisagińskim – premier Skvernelis też wygrał w trzech choć ma za sobą cały aparat państwa. Że podobny wynik jak Tomaszewski osiągnął kandydat socjaldemokratów eurokomisarz Andriukaitis choć socjaldemokraci ledwie w marcu wygrali wybory samorządowe na Litwie mając teraz 13 merów i prawie 300 radnych.
Co niezwykle istotne dla wyników w rejonie wileńskim, nastąpiło tu masowe głosowanie przyjezdnych z głębi kraju (działkowiczów) do tego stopnia, że w komisjach brakło kart do głosowania. Ci przyjezdni oczywiście nie byli elektoratem AWPL ale znacząco wpłynęli na procentowe i ilościowe wyniki. Jakoś red. autor o tym nie pisze, może o tym nie wie, albo mu to nie pasowało do założonej tezy.
W każdym razie lider AWPL wypadł w wyborach godnie, 4 procent poparcia przy tak wysokiej frekwencji i specyfice tych wyborów budzi szacunek. Tomaszewski w 102 dzielnicach wyborczych znalazł się na pierwszym miejscu, w tym w 43 w rejonie wileńskim i nawet w 3 w samym Wilnie. Wobec tego pisanie o porażce jest totalnym nieporozumieniem albo celową manipulacją.
Ciekawym faktem jest, że w ostatnich wyborach Radczenko startował od socjaldemokratów i poniósł totalną klęskę, a jego pryncypał Okińczyc w 1992 także startował od socdemów i także zakończyło się to klęską.
Faktycznie tezy Kazimierczaka jakby wprost wyjęte/skopiowane z notesu lietuvskiego urzędnika Radcenko. Może mają jaką komitywe twórczą?
Tendencyjne tezy. Oto jednym z największych przegranych stał się socjaldemokrata Vytenis Andriukaitis. Wielka partia w marcu wygrała bezpośrednie wybory merów aż w 13 samorządach, a dziś w żadnym z samorządów.
Jeszcze taka uwaga, na AWPL od dawna szczują media ZW, których przedstawiciel Radczenko kandydował i poległ w marcu tego roku do samorządu Wilna z listy socjaldemokratów – oni wygrali w skali kraju ale w stolicy ponieśli klęskę nie przechodząc progu. Przed laty do Sejmu Litwy też od socjaldemokratów kandydował sam szef ZW Okinczyc i też oczywiście bez powodzenia. Takie próby rozbijania i osłabiania są wciąż powtarzane, była jeszcze niesławna partyjka PPL która też przegrała i zniknęła oraz różne inne projekty. Bo ci których polskość na Wileńszczyźnie uwiera wciąż posuwają się do manipulowania i intrygowania czyli do zwyczajnego braku przyzwoitości. Dziwne że oto w tym gronie znalazł się ten portal piórem red. piszącego.
Zauważam że ten obszerny elaborat jest zbudowany na kruchych podstawach. Fakty są dobrane do wcześniej założonych wniosków. Ton pouczającego mędrka, który jednak raczej sam siebie obnaża. Aż trudno uwierzyć że coś takiego ma udawać rzekomą publicystyke.
Brawo Wilniucy!!!
Wystawienie kandydata – Polaka na urząd prezydenta Litwy (trzeci raz z rzędu) samo w sobie jest wielkim wydarzeniem.
Zebranie podpisów do rejestracji, przeprowadzenie kampanii, wreszcie uzyskanie wysokiego wyniku – w okolicznościach, w jakich muszą funkcjonować w mało przychylnym otoczeniu (litewski antypolonizm) i przy praktycznie żadnym wsparciu politycznym Warszawy (ospała dyplomacja RP, fatalna ambasador w Wilnie, tendencyjne media, atak Fundacji i tp) – trzeba na to patrzeć z szacunkiem.
Gratulacje dla Pana Tomaszewskiego i wszystkich Wilnian!
W regionie wileńskim wynik wyborczy Tomaszewskiego można uzasadnić tym, że stworzono możliwość wyborcom z całego kraju przegłosowania w dowolnej dzielnicy wyborczej. Na przykład na terenie rejonu wileńskiego przebywa ok. 30 tys. działkowiczów. Mogli oni wyrazić swą wolę na miejscu, chociaż faktyczne zadeklarowane miejsce zamieszkania mieli gdzie indziej. Głosy przyjezdnych i działkowiczów miały istotny wpływ na wskaźniki procentowe w dzielnicach, które zmieniły się na niekorzyść Tomaszewskiego.
Tomaszewski wyborów nie przegrał. Uzyskał bardzo podobny wynik do Andriukaitisa i Juozaitisa.
Tak naprawdę jednym z największych przegranych stał się socjaldemokrata Vytenis Andriukaitis, którego partia w marcu w wyborach samorządowych zdobyła największą ilość mandatów radnych -274 i aż 13 merów, a w wyborach prezydenckich nie wygrała w żadnym z samorządów.
Żadna inna wspólnota Polaków za granicą nie jest w stanie zbliżyć się do politycznych osiągnięć AWPL. 200 tys. Polaków z Wileńszczyzny ma radnych, merów, posłów sejmu Litwy, europosła, przedstawicieli w Radzie Europy i Komitecie Regionów – czapki z głów! Miliony Polaków w USA, Wlk. Brytanii, Francji, Niemczech itd – w realu kompletnie nie liczą się w swoich państwach jako siła społeczna czy polityczna. Nie wspominając o Borys na Białorusi (tak wychwalanej w powyższym artykule) czy polskiej mniejszości na Ukrainie, którzy przy wydatnej „pomocy” fachowców z Polski, tych wszystkich giedroyciowców i michnikowszczyzny, także z kręgu władz, MSZ-tu i rozmaitych Fundacji od „pomagania”, są jedynie niewiele znaczącym lokalnym folklorem. Aby być dobrze zrozumianym podkreślę, że to nie zwykli przyzwoici ludzie są za to odpowiedzialni, ale ci co sami siebie zrobili „elitami”, mają dobre samopoczucie i wysokie mniemanie o sobie, tylko polskość nic z tego nie osiąga, a często wręcz przeciwnie. Dlatego trzymajcie się mocno Rodacy na Wileńszczyźnie. Z wrogami sami dajecie radę, od fałszywych przyjaciół niech was Opatrzność strzeże.