Nigdy nie wypierała się wiary

Na samym końcu Kamionki, przy ul. Leśnej, leży dom pani Jadwigi Sokołowskiej. Urodziła się ona w 1926 roku, w domu Emilii z domu Polkiewicz i Jana Sokołowskiego, kilka kilometrów na wschód od dawnej przebiegającej na Wilii polsko-sowieckiej granicy.

Jako dziecko, mieszkając po sowieckiej stronie, tylko z oddali mogła popatrzeć na wysoki brzeg Wilii, na którym stały biało-czerwone słupy graniczne. Do szkoły polskiej uczęszczała tylko dwa tygodnie, ponieważ tuż po rozpoczęciu roku szkolnego placówkę zlikwidowano.

Jedzie się do pani Jadwigi piaszczystą drogą, prostopadłą do asfaltowej trasy z Ostroga na Kuniów i dalej do Krzemieńca wzdłuż Wilii, czyli dawnej polsko-sowieckiej granicy. Po przejechaniu kilkuset metrów, mija się zabudowania kołchozu i kilka chat, by dalej jechać wzdłuż ciemnej ściany lasu. Droga lekko wspina się pod górkę na szczycie, na której stoją dwa niewielkie drewniane zabudowania. W jednym z nich mieszka właśnie pani Jadwiga. Tuż za nimi droga opada do rzeczki.

Dla mieszczucha okolica sielsko-anielska. Śpiew ptaków miesza się ze szmerem rzeki, a zapach igliwia z suszonym sianem wiezionym przez syna sąsiadki na skrzypiącej furze. Dla samotnej staruszki mieszkanie tutaj, to jednak swoisty Dopust Boży. Zwłaszcza zimą, gdy wodę trzeba nosić z odległego od domu źródła. Pani Jadwiga to drobna, ale energiczna jeszcze osoba, która dba, aby na podwórku było czysto, kury były nakarmione, a mieszkanie posprzątane. Domek jej jest niewielki, ale przytulny.

Pani Jadwiga jest gościnna i jako osoba mieszkająca samotnie, cieszy się z każdych odwiedzin. Gości prowadzi do głównego pokoju, w którym od razu widać, kto tu jest gospodarzem. Na ścianach wiszą duże religijne obrazy, a na centralnym miejscu znajduje się ołtarzyk. Natomiast w przedsionku chałupy, na wypadek przyjazdu zięcia, trzyma siekierę.

Zaciekły banderowiec

Pani Jadwiga wie, że gdyby przejechał zięć – Wołodymyr Karpinski, dojdzie między nimi do kłótni. I to bynajmniej nie dlatego, że jest on Ukraińcem, a ona z krwi i kości po ojcu i matce Polką. Jej zięć to zaciekły banderowiec. Nie może darować córce, że po rozejściu się z pierwszym mężem wyszła właśnie za niego. Zawsze ostrzegała córkę, że będzie przez niego płakać i nie pomyliła się.

Zięć, czyli Wołodymyr Karpinskij, zajmował się jakimiś szemranymi interesami, zadawał z mafią, by w końcu porzucić rodzinę i wstąpić do prawosławnego monastyru Cerkwi Prawosławnej Kijowskiego Patriarchatu. W Kościele przestrzegającym prawosławnych kanonów byłoby to nie do pomyślenia, ale w Kijowskim Patriarchacie, gdzie głównymi filarami są nacjonalizm i antypolonizm, takie rzeczy nie mają wielkiego znaczenia. Zięć pani Jadwigi szybko awansował w jej strukturach. Obecnie, jako hieromnich Nifont jest przełożonym monastyru w Hurbach, najbardziej nacjonalistycznej świątyni Kijowskiej Cerkwi, zbudowanej na grobach banderowców, zabitych w toku wielkiej operacji wojsk radzieckich dążących do likwidacji banderowskiego podziemia.

Zanim stał się mnichem, pani Jadwiga ze swoim zięciem kłóciła się wiele razy. Miał do niej pretensje, że nie chciała przejść na prawosławie, a swoim fanatycznym katolickim uporem spowodowała, że jej wnuk Borys, a jego pasierb, nie tylko nie odszedł od katolicyzmu, ale został katolickim księdzem. Dla ukraińskiego szowinisty był to największy kamień obrazy.

Zięć pani Jadwigi chciał też pozbawić jej chaty, A dokładniej mówiąc, chciał, aby oddała mu domek, a sama przeniosła się do syna mieszkającego w Równym. Planował tu zbudować daczę. Wzięła wtedy do ręki siekierę, otworzyła drzwi domu i powiedziała pod adresem zięcia kilka słów, których przytaczać się nie godzi, a po których odgrażając się, zięć uciekł w popłochu. Gdyby jednak chciał odwiedzić ją ponownie, to siekierkę pani Jadwiga ma przygotowaną.

Największa duma

Największą dumą i dowodem na to, że jej życie nie poszło na marne, jest jej wnuk – Borys. Jego zdjęcie stoi na honorowym miejscu w pokoju, w którym przyjmuje gości. Gdy patrzy na nie, uspokaja się, a jej twarz promienieje uśmiechem. Ma z czego być dumna. Jej wnuk jest dobrym księdzem. Po ukończeniu Wyższego Seminarium Duchownego w Gródku Podolskim, został skierowany na specjalistyczne studia do Rzymu. Po ich ukończeniu został proboszczem w jednej z parafii k. Gródka i wykładowcą w seminarium. Obecnie wybiera się do Rzymu na dokończenie doktoratu.

Stalinowskie represje

Pani Jadwiga, pomimo, że była wtedy dzieckiem, doskonale pamięta czasy stalinowskich represji, które tu w Kamionce nie ominęły żadnej polskiej rodziny.

Jak sama opowiada: – Dwaj bracia mojej matki byli represjonowani. Wraz ze swymi rodzinami zostali wywiezieni do Kazachstanu, gdzie wszelki ślad po nich zaginął. Dwaj bracia ojca też pojechali do Kazachstanu. Trzeci brat ojca był mądrzejszy i uciekł do Sławuty, gdzie przez dziesięć lat żył bez „przypiski”, ukrywając się – i dzięki temu przeżył. Naszą rodzinę pozostawiono na szczęście w spokoju. Ktoś bowiem musiał pracować w kołchozie. Ojca Bolesława wkrótce jednak aresztowano i skazano na 1,5 roku więzienia. Potajemnie zarżnął bowiem cielaczka, którego formalnie był zobowiązany oddać do kołchozu. Namówił go do tego Żyd z Nietiszyna, obiecując, że jak go ojciec oprawi to, on przeniesie mięso przez las i nikt nie będzie wiedział. A, że przez całą noc w obórce palił się kaganek, ktoś doniósł. Rano, na koniach przyjechali milicjanci i ojca zabrali. Za przywłaszczenie sobie kołchozowej własności dostał 1,5 roku więzienia. Było to niewiele jak na sowieckie warunki. Ojciec wyszedł z niego jednak z zupełnie zniszczonym zdrowiem. Przez 2,5 roku chorował i był niezdolny do pracy. My z mamą własnoręcznie musieliśmy zbudować małą chatynkę, żebyśmy miały gdzie mieszkać. Z domu, który wcześniej zajmowaliśmy, wyrzucono nas. Ojciec nie odzyskawszy zdrowia umarł w 1938 r. Mama została sama z czwórką dzieci. Wkrótce wybuchła wojna. 12-letni brat zginął na niewypale. Starszą siostrę wywieziono do pracy w Niemczech. Mnie też chciano wywieźć. WZasławiu przez dwa tygodnie z transportem oczekiwałam na jazdę do Rzeszy. Ostatecznie uratowała mnie matka, która miała sąsiadkę Niemkę – Tyldę. Wyszła ona za mąż za Niemca, który był w Zasławiu szefem administracji. Wydał on dla całej rodziny zaświadczenia, dzięki którym Niemcy już się nas nie czepiali.

Po Niemcach banderowcy

Uratowanie od wywózki do Niemiec nie oznaczało jednak końca kłopotów rodziny pani Jadwigi Sokołowskiej. Pojawiło się bowiem nowe zagrożenie, którego nadejście zwiastowały krwawe tury pożarów. Oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii zaczęły przechodzić dawną polsko-sowiecką granicę i nieść śmierć i zniszczenie. Mordowali Polaków, z którymi nie zdążyła zrobić „porządek” władza radziecka. Rabowali dobytek, wśród Ukraińców usiłowali przeprowadzać pobór w swoje szeregi, palili wszystko, co tylko mogło przydać się Niemcom i co miało sowieckie korzenie.

Jak wspomina pani Jadwiga: – Na Martyniuku spalili całe zabudowania kołchozu. Płonęły one razem ze zwierzętami. Banderowcy nie pozwolili niczego ratować. Krowy i świnie, a także kołchozowe magazyny zostały strawione przez płomienie. Straszny ryk krów i kwik świń słychać było w całej okolicy. Niektóre polskie rodziny, jak m.in. Wertyńskich uciekli z Kamionki obawiając się mordu. Myśmy zostali, banderowcy na szczęście dali nam spokój. W okolicy pojawili się też radzieccy partyzanci, którzy tu koło Nietiszyna stoczyli z nimi w losach dużą bitwę, wypierając za Horyń.

Dla pani Jadwigi zakończenie wojny nie oznaczało powrotu do krainy szczęśliwości. Ponownie zaczęła pracować w kołchozie, czyli jak się mówi po ukraińsku w „kołchospi”. Przepracowała tam 32 lata na fermie, jako dojarka krów. Zajmowała się też ich pasieniem.

Jak sama opowiada: – Była to bardzo ciężka praca, za strasznie nędzne wynagrodzenie. Do 1955 roku w ogóle nie wypłacano nam pensji. Zapisywano nam tzw. „trudodniami”. Za każdy „trudodień” należało mi się 50 gramów ziarna i 3 kopiejki. Mnie zaliczano 450 trudodni. Łatwo, więc obliczyć, ze za cały rok otrzymywałam 13 rubli i 50 kopiejek i nieco ponad dwa metry, czyli cztery worki, ziarna. Z tego nie dało się wyżywić. Harować trzeba zaś było na okrągło, światek – piątek. Codziennie wstawałam o czwartej rano i musiałam iść na fermę. Po wydojeniu krów wracałam do domu, żeby pomóc mamie i o dwunastej w południe znowu maszerowałam na fermę. Bywało, że wracałam do domu o dwudziestej drugiej. Najgorzej było zimą, kiedy przychodziło często brnąć przez zaspy. Dróg wtedy nikt nie odśnieżał. Spóźnić się do pracy nie było wolno. Za nieprzyjście płaciło się sztraf w wysokości 10 rubli! Taka kara oznaczała pracę całkowicie za darmo przez kilka lat. Ludzie słaniali się, więc na nogach, ale do pracy przechodzili.

Niczego nie żałuje

Jedynymi przerwami w monotonnym życiu pani Jadwigi było małżeństwo, narodziny syna i córki, a także śmierć matki. Za mąż wyszła za Polaka Sokołowskiego, więc nie musiała zmieniać nazwiska. Urodziny dzieci zapamiętała także ze względu na ich chrzciny. W owym czasie, czyli w latach pięćdziesiątych, jedynym czynnym kościołem była świątynia w Ostrogu, do którego dojeżdżał o. Alojzy Kaszuba.

Jak wspomina: – Każde ze swych dzieci niosłam na piechotę do Ostroga. Dwadzieścia kilometrów w jedną stronę i dwadzieścia w drugą. Żadnej komunikacji wówczas przecież nie było.

Dla tej drobnej kobiety, marsz z dzieckiem na ręku był na pewno dużym wysiłkiem, ale ona nie żałuje. Pan Bóg wynagrodził mi to z nawiązką– śmieje się. – Właśnie w kościele w Ostrogu, już w wolnej Ukrainie, mój wnuk odkrył swoje powołanie. Prosiłam go, żeby zajrzał kiedyś do świątyni w tym mieście i po pierwszej Mszy św. wyszedł z niego zauroczony. Gdy przyjechał do mnie powiedział – Babciu tam jest, taki ksiądz po duszy. – Od tej pory z Nietiszyna, w którym mieszkał jeździł do Ostroga systematycznie, gdzie pod okiem ks. Kowalowa zdobywał wiedzę religijną.

Pani Jadwiga nigdy nie kryła, że jest osobą wierzącą. W jej domu zawsze stał ołtarzyk i wisiały religijne obrazy, po których od razu można było wywnioskować, kto w nim mieszka. Była na najważniejszym szczeblu drabiny społecznej i nikt nie mógł jej nic zrobić.

Jak sama wspomina: – Któregoś wieczoru przyszedł do mnie w cywilnym ubraniu wędrowny prawosławny, przedstawił się i zapytał, czy mam ochrzczone dzieci? Gdy wszedł do wnętrza chaty, spojrzał na ścianę, gdzie wisiały obrazy, stanął, jak wryty i oświadczył – a tu Polacy mieszkają, to przepraszam! Chciał wyjść, ale zaprosiłam go do stołu. Był bardzo zadowolony, gdy mu powiedziałam, że Bóg jest jeden.

Dziś pani Jadwiga Sokołowska dożywa swoich dni. Nie prowadzi już mini gospodarstwa. Ma tylko niewielki ogródek i pięć kurek. Zdrowie jej jeszcze dopisuje. Przynajmniej na tyle, by odwiedzać jeszcze sąsiadki i cieszyć się z odwiedzin gości. Nie ukrywa jednak, że najbardziej cieszy się z odwiedzin wnuka Borysa. Wtedy rosną jej skrzydła u ramion. Wzrasta też w niej przekonanie, że nie zmarnowała życia.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz