Kto wygrał w Singapurze?

Pomysł całkowitego wycofania sił USA z Półwyspu Koreańskiego w zamian za całkowite i weryfikowalne rozbrojenie Kima brzmi kusząco. Stare przyzwyczajenia może i ciężko umierają, ale 60-letni zwyczaj stacjonowania w Korei Południowej nie jest ani sentymentalnie, ani strategicznie uzależniający. Jest drogi i niepotrzebny – zwraca uwagę Srdja Trifkovic na łamach Chronicles.

Szczyt w Singapurze był znaczący, ale w żadnym wypadku nie „historyczny”, ani nie był równoznaczny z wizytą w Chinach prezydenta Nixona w 1972 roku, ani nawet ze szczytem Reagan-Gorbaczow w Rejkiawiku w 1986 r. W końcu każdy amerykański prezydent, który chciał spotkać się z Kimem lub jego ojcem przed nim, mógł to zrobić. Reżimowi w Pjongjangu od dawna była potrzebna legitymacja wynikająca z pojawienia się nominalnej równości obu stron. Jeśli chodzi o „porozumienie Trump-Kim”, jest to jedynie mgliste oświadczenie woli. Diabeł będzie tkwił w szczegółach, jak zawsze:



1. Jaka jest gwarancja amerykańskich „gwarancji bezpieczeństwa”? Jakiś precedens istnieje w zobowiązaniu złożonym przez Kennedy’ego Chruszczowowi – pod koniec kryzysu kubańskiego – że USA „uszanują nienaruszalność kubańskich granic, ich suwerenność, [i] złożą obietnicę, że nie będą ingerować w jej wewnętrzne sprawy”. Ponieważ Korea Północna nie jest mocarstwem, jak to było w przypadku ZSRR, uzasadnione byłoby, aby Kim spróbował przekształcić dwustronne porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi w porozumienie wielostronne, które obejmowałoby Chiny i Rosję jako gwarantów.

2. Czy zobowiązanie Kima „zmierzające do całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego” zmieni się w kolejne żądanie jednoczesnego wycofania blisko 30 tys. żołnierzy amerykańskich z Korei Południowej  i zniesienia amerykańskiego regionalnego parasola nuklearnego? Jeśli tak, to będzie to deja vu. Ponad dziesięć lat temu ojciec Kima zaproponował, że zrezygnuje z programu broni jądrowej w zamian za amerykańskie pisemne gwarancje bezpieczeństwa, pakiet pomocy gospodarczej i zobowiązanie do wycofania sił USA.

3. „Dążnie w kierunku” nie jest tym samym, co robienie tego, a Kim nie wyraził jednoznacznej zgody na rozbrojenie jądrowe. Jeśli poważnie podchodzi do rezygnacji z broni jądrowej, jakie są harmonogramy i środki weryfikacji?

„Mogę tylko powiedzieć, że chcą zawrzeć umowę” – powiedział Trump w odpowiedzi na pytanie o wiarygodność Kima. To porozumienie prawdopodobnie wiązałoby się z etapowym rozbrojeniem polegającym na równoległym zmniejszeniu obecności wojsk USA w Korei Południowej i zniesieniu sankcji. Nikt nie mówi tego głośno, ale ten rodzaj pakietu byłby potencjalnie zadowalający dla Japonii, Tajwanu i kilku krajów Azji Południowo-Wschodniej (głównie Wietnamu), jeśli redukcja amerykańskich sił wojskowych na południe od 38. równoleżnika spowoduje uporządkowanie amerykańskich priorytetów i zasobów oraz skupienie się na coraz bardziej zuchwałej projekcji siły Chin na Morzu Południowochińskim.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Włączając Koreę Północną do „osi zła” w przemówieniu na temat stanu Unii w styczniu 2002 r., prezydent George W. Bush zachęcał Pjongjang do przyspieszenia programu nuklearnego. Z punktu widzenia interesów bezpieczeństwa amerykańskiego ten błąd należy teraz naprawić. Podobnie jak jego ojciec przed nim, Kim Dzong Un jest z całą pewnością „racjonalnym” graczem. Stoi na czele ponurego, zniewologonego kraju, ale nie dąży do ponownego zjednoczenia Półwyspu siłą. Jeśli celem Stanów Zjednoczonych jest zapewnienie rezygnacji z broni nuklearnej, a głównym celem Kima jest zapewnienie bezpieczeństwa swojemu reżimowi, wówczas trudności można łatwo pokonać.

Potrzebne jest jasne zobowiązanie amerykańskie, zapewne gwarantowane przez Pekin i Moskwę, że jeśli Kim rozbroi się i zaakceptuje międzynarodowy nadzór nad procesem, może pozostać u władzy. Mieszkańcy Korei Północnej będą nadal pozostawać pod jednym z najbardziej opresyjnych rządów na świecie, co jest godne ubolewania, ale nie ma to znaczenia dla amerykańskiego rachunku bezpieczeństwa. Ponieważ Waszyngton nie rozważa drugiej wojny koreańskiej dla uwolnienia cierpiących poddanych Kima, poważna gwarancja bezpieczeństwa ze strony Trumpa – umowa kontrasygnowana przez dwa inne mocarstwa posiadające z interesy w regionie – kosztowałaby USA dosłownie nic.

Pomysł całkowitego wycofania sił USA z Półwyspu Koreańskiego w zamian za całkowite i weryfikowalne rozbrojenie Kima brzmi kusząco. Stare przyzwyczajenia może i ciężko umierają, ale 60-letni zwyczaj stacjonowania w Korei Południowej nie jest ani sentymentalnie, ani strategicznie uzależniający. Jest drogi i niepotrzebny. Interwencja wojskowa USA w Korei latem 1950 r. była konieczna i sprawiedliwa. Bez względu na fikcję „sił ONZ”, wojna była sprawą amerykańską, w przeważającej mierze toczona przez amerykańskich żołnierzy w interesie Stanów Zjednoczonych. Dla pokolenia po wojnie konieczne było utrzymanie sił USA w Korei Południowej, kraju słabym i początkowo zdewastowanym, rządzonym przez niepopularne reżimy i wewnętrznie podzielonym. Ani Mao, ani Breżniewowi nie można było zaufać, że utrzymają Kim Ir Sena w ryzach.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Jednak w ciągu ostatnich trzech dekad, kalkulacja uległa zmianie na wszystkich frontach. Korea Południowa stała się jedną z najbardziej zaawansowanych gospodarek na świecie i trzecim co do wielkości azjatyckim „tygrysem”. Obecnie kraj zajmuje 11 miejsce w światowym rankingu ekonomii, prawdziwa kapitalistyczna historia sukcesu, produkuje więcej niż Rosja i posiada finansowy i naukowy potencjał, aby stać się regionalną potęgą militarną. Tymczasem, specyficzna mieszanka północnokoreańskiego orientalnego despotyzmu i stalinizmu osiągnęła ślepy zaułek. Rosja bardziej zainteresowała się ekonomicznymi korzyściami handlu z Południem niż przestarzałym dziedzictwem dawnych powiązań z Północą. Chiny chciałyby, aby reżim Kima przetrwał jako bufor między 38. równoleżnikiem a rzeką Yalu, lecz nie jako państwo nuklearne.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Donald Trump zakończył zimną wojnę na dobre

Ostatecznie usunięcie amerykańskiego parasola bezpieczeństwa z Korei Południowej byłoby korzystne dla obu stron. Stany Zjednoczone zostałyby odłączone od części świata, w której niebezpieczeństwa związane z ciągłą obecnością wojskową przewyższają wszelkie możliwe korzyści. „Bez żadnego związku z zimną wojną” – pisał Doug Bandow przed dekadą i pół roku – „i bez związku z globalną walką o hegemonię, Korea jest stosunkowo mało ważna dla Stanów Zjednoczonych z wojskowego i strategicznego punktu widzenia. . . Relacje między tymi dwoma krajami nigdy nie będą równe, dopóki Korea Południowa będzie zależna od Waszyngtonu w sferze obronności”.

Ta ocena jest ciągle aktualna. Jak już Korea Południowa wielokrotnie potwierdziła w swoich raportach obronnych, rząd w Seulu postanowił skupić się na rozwoju gospodarczym kosztem siły militarnej. Mogła sobie na to pozwolić, mając pewność, że cieszy się ochroną ze strony Stanów Zjednoczonych. To jest niedorzeczne. Jak pisałem rok temu, amerykańskie wycofanie skłoniłoby Koreę Południową w końcu do stania się dojrzałym państwem, samodzielną siłą regionalną w pełni odpowiedzialną za swoją obronę, jak przystało na jedną z najbardziej rozwiniętych gospodarek przemysłowych na świecie. Tylko przez usunięcie powiązań Ameryka może w końcu zmusić Koreę Południową do modernizacji swoich sił zbrojnych a jej mieszkańców do pełnego ponoszenia ekonomicznego i politycznego ciężaru obrony własnego kraju.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Jeśli ten wartościowy cel zostanie przedstawiony Kim Dzong Unowi jako główne ustępstwo ze strony USA, warte pełnego i weryfikowalnego rozbrojenia nuklearnego, wówczas stanie się jasnym, że spotkanie w Singapurze miało sens. A Donald John Trump stanie się o wiele bardziej godnym odbiorcą Pokojowej Nagrody Nobla niż jego poprzednik.

Srdja Trifkovic

Reklama




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz