Wanagsowy proboszcz

Proboszcz parafii p.w. Matki Bożej Częstochowskiej w Nietyszynie. Zajmuje się nie tylko formowaniem parafii w tym „atomowym mieście”, ale także wykańczaniem i wyposażaniem kościoła, wzniesionego przez poprzedników w stanie surowym. Jeszcze niedawno mieszkał w bloku w wynajętej kwaterze, ale obecnie przeprowadził się do pomieszczeń przy świątyni, które udało mu się już zaadaptować do życia. Umówić się z nim na rozmowę nie jest łatwo. Pochłaniają go nie tylko sprawy duszpasterskie, ale również budowlane. Pracy przy nowej świątyni zostało jeszcze wiele, a tymczasowa kaplica mieszcząca się w blaszanym baraku ewidentnie hamuje rozwój parafii. Nie tylko jest za mała, ale latem zamienia się w saunę, a zima w lodówkę. Ks. Paweł stara się więc poganiać budowlaną ekipę, by jak najszybciej wierni mogli się modlić już w nowej świątyni. Na razie mogą to czynić przy okazji wielkich uroczystości i to tylko latem. Nawę główną świątyni trzeba bowiem na ten cel przygotować i wysprzątać. Inaczej wierni udusiliby się w budowlanym kurzu. Trzeba ją wyposażyć we wszystkie instalacje, ogrzewanie, tynki, posadzki, ocieplić trzeba dach itp.

– Projektanci świątyni popełnili błąd – mówi ks. Paweł – Gdyby bowiem w piwnicach, które są dość obszerne zaprojektowali dolny kościół, to po jego urządzeniu górę moglibyśmy wykańczać jeszcze długo. Niestety od razu musimy wchodzić do głównego kościoła. Robię więc wszystko, by stało się to tak najszybciej.

Ks. Pawła do zdwojonych wysiłków mobilizuje też inny fakt. Jeszcze niedawno kościół stał samotnie na szczycie wzgórza, z którego rozciągał się wspaniały widok na Nietyszyn. Już niedługo jednak otoczy go wianuszek bloków. Rosnący obok niego las został wycięty i wkrótce w jego miejscu powstanie dzielnica mieszkaniowa.

W „atomówce” są budowane dwa kolejne bloki, które będą wymagały zatrudnienia wielu specjalistów. By mieli gdzie mieszkać z rodzinami, powstanie dla nich nowe osiedle. Stworzy to dla parafii nowe możliwości duszpasterskiego oddziaływania. Musi mieć jednak do tego bazę. Na razie zaś nawet katechezę dla dzieci i młodzieży musimy prowadzić w wynajętym pomieszczeniu.

Nad tym, co jeszcze w świątyni trzeba zrobić, ks. Paweł zastanawia się zawsze wieczorem, gdy z brewiarzem w ręku idzie do niej, by w rozmowie sam na sam z Chrystusem zaczerpnąć siły na kolejny dzień zmagań. Bywa, że spędza w niej wiele godzin. Szukania sił w modlitwie nauczył go jego „mistrz” ksiądz Władysław Wanags. Jest jednym z jego wychowanków. W swojej kapłańskiej posłudze stara się go naśladować. Urodził się w 1975 r. w Gródku Podolskim w bardzo religijnej rodzinie. Żyjąca jeszcze babcia Lida z domu Ostrowska ma 89 lat, jest też kobietą żarliwej modlitwy. Jedna z jej sióstr została zakonnicą. Ona sama urodziła i wychowała siedmioro dzieci. W młodości za polskość i przywiązanie do Boga została jak wielu innych mieszkańców Gródka zesłana. Na szczęście nie do Kazachstanu , ale do leżącego na wschodzie Ukrainy Ługańska, wówczas zwanego Woroszyłogradem. Tu wyszła za mąż za Ukraińca Kulibabę. Do Gródka wróciła z mężem po śmierci Stalina, gdzie po paru latach dochowała się siedmioro dzieci. Jej radość była krótka. Mąż nie chciał mieszkań w Gródku i wrócił do Ługańska. Musiała sama wychowywać siedmioro dzieci, co w ówczesnej rzeczywistości nie było łatwe.

– Musiała się tułać u obcych ludzi – mówi ks. Paweł – Ciążyła na niej opinia wroga narodu i nikt nie chciał jej pomóc ani zatrudnić. Dom, w którym mieszkała został zarekwirowany przez władze, które przydzieliły go deputowanemu i ani myślały go zwrócić. Mimo to babcia dała sobie rade, wychowując dzieci na porządnych ludzi.

Matka ks. Pawła, Weronika, też od dziecka była osobą bardzo religijną. Wyszła za mąż za Stefana – chłopaka z Jagielnicy k. Czortkowa. Mimo ukraińskiego nazwiska Fedirczuk on także pochodził z mieszanej rodziny. Znaczna część jego krewnych wyjechała do Polski i mieszka na Śląsku. Ksiądz Paweł ma więc sporo ciotek, wujków i kuzynów w Polsce. Matka księdza Pawła jako jedyna z całego rodzeństwa nie pozostała z mężem w Gródku i wyjechała za chlebem najpierw do Nikopola, potem Berdyczowa, by ostatecznie wylądować w Chmielnickim. Urodziło się im czterech synów. Dwóch z nich zostało kapłanami. Oprócz Pawła drugi ich syn Jarosław wstąpił do zakonu kapucynów i po święceniach pracuje w kijowskiej placówce tego zakonu.

– W domu byłem wraz z rodzeństwem wychowywany w tradycji katolickiej i polskiej – wspomina ks. Paweł – Między sobą rozmawialiśmy najczęściej po polsku w tzw. gwarze „gródeckiej” lub po rosyjsku, co wynikało z faktu, że chodziłem do rosyjskiej szkoły. Ukraińskim posługiwaliśmy się także. Należę więc do wielu kultur, choć w starym paszporcie, podobnie jak mama miałem wpisaną narodowość polską. To było źle postrzegane przez władze w czasach radzieckich. Nie wszyscy więc Polacy przyznawali się do swoich korzeni. To wymagało pewnej odwagi. W Chmielnickim, gdzie ostatecznie moi rodzice zamieszkali władze były już bardziej tolerancyjne. Mieszkało w nim bowiem dużo Mazurów. Greczny, Maćkowce i Szaróweczka to były zwarte mazurskie wsie. W naszym domu polskość się zawsze pielęgnowało. Jeden z moich braci ma tez nie tylko „Kartę Polaka”, ale kartę stałego pobytu w Polsce. Sam uważam się jednocześnie za Polaka, Ukraińca i Rosjanina. Uważam, że kapłan na Ukrainie musi wyznawać zasadę św. Pawła, dla Polaka być Polakiem, dla Ukraińca Ukraińcem, a dla Rosjanina Rosjaninem. Na moje wychowanie religijne mieli wpływ zarówno rodzice, jak i ksiądz z parafii, z którymi oni byli związani. Pamiętam zwłaszcza ks. Witolda Merkisa litewskiego jezuitę posługującego w Greczanach będących dzielnicą Chmielnickiego i oczywiście ks. Władysława Wanagsa. Na wakacje zawsze bowiem jeździłem do babci i krewnych mamy do Gródka, w którym był on duchowym liderem i każdy Polak musiał się o niego otrzeć. Jako młody chłopak szybko uległem jego autorytetowi. Byłem nim zafascynowany. Od razu też wstąpiłem do założonego przez niego w Gródku Małego Seminarium Księży Marianów, jako że on był marianinem. Gdy zostało przekształcone w Seminarium Diecezji Kamieniecko-Podolskiej, o co zabiegał bp Jan Olszański, to wraz z kilkoma kolegami zgromadzonymi przez ks. Wanagsa już w nim pozostałem. Formalnie studia seminaryjne rozpocząłem w 1991 r. i należę do rocznika zwanego potocznie „wanagsowym”. Po ich ukończeniu przez dwa lata byłem diakonem aż do osiągnięcia wieku kanonicznego niezbędnego do wyświęcenia, co nastąpiło w 1999 r. Jako diakon służyłem Panu Bogu m.in. w parafii w Koziatynie, Sławucie i Chmielnickim, w parafii Na Wystawce. Po święceniach kapłańskich jako wikary pracowałem m.in. w parafiach w Bracławiu, Łuczyńcach, Barze, Kirowie, a pierwsze proboszczowskie stanowisko objąłem w Niemirowie, gdzie posługiwałem przez 7,5 roku, dokonując rewaloryzacji tamtejszego kościoła. Miałem szczęście, bo znalazłem tam sponsorów, którzy sfinansowali całe przedsięwzięcie. Jedna z tamtejszych zamożnych rodzin, mających korzenie w Gródku i Mańkowcach zmobilizowała wszystkich krewnych i z własnych środków sfinansowali restauracje całego kościoła i przylegającej do niego wieży. Gdy świątynia była odnowiona, ordynariusz skierował mnie rok temu do Nietyszyna, bym kontynuował prace tworzenia w nim ośrodka parafialnego. Pałeczkę przejąłem od ks. Jana Szańcy, który czynił to niejako z doskoku, dojeżdżając ze Sławuty. By odciążyć ks. Szańcę, biskup przydzielił mu jeszcze dwie parafie dojazdowe w Paszukach i Amropolu, które wcześniej obsługiwał. Leżą one co prawda 40 km za Sławutą, ale z Nietyszynem są one związane poprzez wywodzących się z tych miejscowości jego obecnych mieszkańców. Dzieci i wnukowie mieszkają tu, a ich rodzice i dziadkowie w rodzinnych siedliskach. Bywa też, że najstarsi seniorzy przeprowadzają się do dzieci do Nietyszyna i fakt, że w nowym miejscu spotykają znajomego księdza, ułatwia aklimatyzacje.

Obecnie parafia księdza Pawła liczy około dwustu osób, z czego stale praktykujących jest około setki. Nie są to jednak bynajmniej wszyscy katolicy mieszkający w Nietyszynie.

– Wiem, że żyje tu wielu katolików ze Sławuty czy Szepietówki, pracujących tu na różnych wysokich stanowiskach – mówi ks. Paweł – Wciąż pokutują u nich stare nawyki z poprzedniej epoki. Wiedzą, że w Nietyszynie jest parafia, ale wolą na Msze św. jeździć do miejscowości, z których pochodzą, a tu nie chcą się pokazywać… Boją się pewnie, co inni powiedzą… W Nietyszynie mieszkają też rdzenni Polacy, pracujący dawniej w „Energopolu”, który budował Nietyszyn. Chodząc po ulicach często słyszę język polski. Rozglądam się wtedy i z bólem konstatuję, że ludzi tych nie znam i w kościele ich nie widziałem. Mam jednak nadzieję, że z czasem zacznie się to zmieniać… Jak tylko przeprowadzimy się do wykańczanej świątyni, zyskamy nowe możliwości działania.

Duszpasterstwo w parafii ks. Paweł prowadzi w języku polskim i ukraińskim. Jedna Msza św. jest po polsku, a druga po ukraińsku.

– Uważam, że wierni, którzy uważają się za Polaków i często, w przypadku starszych, płacili za to w przeszłości wysoką cenę, mają prawo do Mszy św. w języku polskim – podkreśla – Dlatego też staram się go przestrzegać. Jednocześnie jednak zdaję sobie sprawę, że do parafii przychodzą też ludzie czujący się Ukraińcami, którzy polskiego nie rozumieją i duszpasterstwo trzeba prowadzić z nimi w języku ukraińskim.

Pociechą ks. Pawła jest niewątpliwie fakt, że mimo iż parafia nie jest duża, to rodzą się w niej dzieci. W ciągu swojej rocznej posługi ochrzcił pięcioro dzieci. Nie brakuje też chętnych na katechezę. W różnych grupach uczęszcza na nią około trzydzieści dzieci. Są teą chętni do wstąpienia w związki małżeńskie.

– Krokiem mrówki, ale systematycznie posuwamy się do przodu – śmieje się ks. Paweł – Tutejsza parafia, jako miejska, będzie się rozwijać i ma przed sobą perspektywę.

Jak każdy kapłan tak i ks. Paweł przeżywa trudności i ma chwilę zwątpień czy załamań. Wtedy, będąc w Kamieńcu w Kurii Biskupiej, zagląda też do Gródka, by spotkać się z babcią. Ta seniorka rodu, dalej imponuje wszystkim żywotnością i bezgranicznym zaufaniem Bogu. Dzień zaczyna od Mszy świętej, a później szybkim krokiem, za którym niejeden młody ma kłopoty nadążyć idzie odwiedzać swych bliskich. Z jej dzieci żyje jeszcze sześcioro. Jedna z jej córek czyli siostra ks. Pawła, która została zakonnicą – sercanka zmarła, ale wszyscy pozostali założyli podobnie jak ona wielodzietne rodziny.

– Babcia doczekała się w sumie osiemnaściorga wnucząt , dwadzieścioro dwojga prawnucząt i jednej praprawnuczki- mówi ks. Paweł – Bardzo się z tego cieszy i zanim wszystkich odwiedzi, wraca do domu wieczorem. Jak jadę do Gródka, to zawsze patrzę na zegarek i obliczam, u kogo o tej godzinie babcia może być.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz