Japonia jest zmuszona do prowadzenia bardzo elastycznej polityki. Należąc do bliskich sojuszników Stanów Zjednoczonych, jest coraz mocniej związana gospodarczo z Chińską Republiką Ludową. Waszyngton i Pekin są niezwykle ważne dla Tokio, jednak coraz mocniej naciskają, by opowiedziało się po jednej ze stron.

Japoński premier Yoshihide Suga stał się pierwszym przywódcą, który odwiedził Stany Zjednoczone od czasu inauguracji prezydentury przez Joe Bidena. Obaj politycy rozmawiali w połowie kwietnia o perspektywie relacji amerykańsko-japońskich.

Poruszali przy tej okazji także tematy kontrowersyjne z chińskiego punktu widzenia. Suga potwierdził poparcie Japonii dla niepodległości i suwerenności Tajwanu, a także zapowiedział współdziałanie swojego kraju z Ameryką w celu powstrzymania morskiej ekspansji Chin.

Naprawa relacji

Spotkanie Sugi z Bidenem przebiegało w dużo bardziej przyjaznej atmosferze niż miało to miejsce za czasów rządów ich poprzedników. Co prawda Shinzō Abe był uważany za jedynego światowego przywódcę potrafiącego skutecznie komunikować się z Donaldem Trumpem, ale jednak relacje Japonii z USA w ciągu ostatnich czterech lat znacząco się ochłodziły. Trump dwukrotnie spotkał się bowiem ze znienawidzonym przez Abe północnokoreańskim liderem Kim Dzong Unem, a przede wszystkim domagał się zwiększenia japońskich nakładów na utrzymanie amerykańskich baz na Okinawie.

Polityka poprzedniego gospodarza Białego Domu była nastawiona na osiągnięcie maksymalnych korzyści ekonomicznych z tytułu relacji z państwami azjatyckimi. Biden jeszcze w trakcie kampanii wyborczej zapowiadał natomiast odnowienie relacji z regionalnymi partnerami. W tym celu powołał funkcję koordynatora do spraw regionu Azji i Pacyfiku w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. Stanowisko to objął Kurt Campbell, dyplomata i specjalista uważany za architekta polityki azjatyckiej w czasach rządów Baracka Obamy.

Celem nowej amerykańskiej administracji jest odbudowanie stosunków z Azją Południowo-Wschodnią, aby w ten sposób przeciwstawić się Chinom. Wypowiedzi dyplomatów i samego Bidena nie pozostawiają pod tym względem żadnych złudzeń, a Japonia jest przez nich uznawana za państwo kluczowe dla strategicznej rywalizacji amerykańsko-chińskiej. Japonia w tej optyce traktowana jest więc jako bufor znajdujący się pomiędzy Ameryką a Chinami.

Chiny nie pozostają bierne

Nic więc dziwnego, że wizyta Sugi w Waszyngtonie wzbudziła duże zainteresowanie w Państwie Środka. Szef chińskiej dyplomacji Wang Yi zdecydował się nawet pouczyć w bezpośredniej rozmowie swojego japońskiego odpowiednika, Toshimitsu Motegę, już na kilkanaście dni przed spotkaniem Sugi z Bidenem. Wang przestrzegał wówczas Motegę przed wchodzeniem w ścisły sojusz z Amerykanami, który mógłby odbić się negatywnie na chińsko-japońskich relacjach. Zwłaszcza jeśli Japonia weszłaby w sferę konfrontacji pomiędzy dwoma mocarstwami.

Motega miał odpowiedzieć na te uwagi stwierdzeniem, że amerykańsko-japoński sojusz nie jest wymierzony w żadną ze stron trzecich. Suga podczas rozmów z Bidenem poruszał zresztą tematy kluczowe z amerykańskiego punktu widzenia, lecz po powrocie do Japonii wykluczył możliwość wzięcia udziału jego państwa w ewentualnym konflikcie o Tajwan.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Japonia w ten sposób chciała podtrzymać relacje z Chinami na możliwie jak najlepszym poziomie, aby nie zaprzepaścić starań poprzedniego szefa rządu. Abe pod koniec swojej kadencji zrobił wiele w kierunku ocieplenia stosunków Kraju Kwitnącej Wiśni z Państwem Środka, zaś zwieńczeniem tego procesu miała być wizyta chińskiego przywódcy Xi Jinpinga w Tokio. Została ona jednak odwołana rok temu z powodu pandemii koronawirusa i najprawdopodobniej będzie miała miejsce dopiero w przyszłym roku.

Dogodna wymówka

Chiny odgrywają coraz większą rolę w światowej gospodarce, nie mówiąc już oczywiście o samej Azji. Nic więc dziwnego, że Japonia posiada bardzo bliskie ekonomiczne związki z Chinami. Rozwijająca się chińska klasa średnia jest łakomym kąskiem dla japońskich firm, natomiast same Chiny są zainteresowane japońskimi technologiami i komponentami do swoich produktów. Pekin stał się w ten sposób najważniejszym partnerem gospodarczym dla Tokio, a wymiana pomiędzy oboma krajami jest obecnie warta prawie 317 miliardów dolarów.

Trudno się w tym kontekście dziwić, że Japonia próbuje upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli zachowując dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi stara się jednocześnie utrzymywać możliwie jak najlepsze stosunki z Chinami. Paradoksalnie błogosławieństwem dla Japonii są warunki narzucone jej przez Amerykę po II wojnie światowej. Może ona więc utrzymywać tylko własne siły obronne, bo pacyfistyczna konstytucja zabrania udziału Japońskich Sił Samoobrony w ofensywnych operacjach wojskowych. Tym samym Japonia nie mogłaby brać udział w działaniach przeciwko Chinom, jeśli rzeczywiście zdecydowałyby się one na wspomnianą operację przeciwko Tajwanowi.

Japonia i Chiny z pewnością niejednokrotnie będą jeszcze się ścierać, zwłaszcza biorąc pod uwagę agresywne działania Państwa Środka na Morzu Południowochińskim. Kraj Kwitnącej Wiśni nie ma jednak większego wyboru. Co prawda nie stanie się nigdy bardzo bliskim sojusznikiem Chin, ale w najbliższych dziesięcioleciach rola relacji z potężnym sąsiadem będzie rosła.

Japonia ma więc szansę na prowadzenie bardziej niezależnej polityki, dzięki której będzie mogła uzyskać więcej korzyści od swoich obu głównych partnerów. Zwłaszcza, że Amerykanie i Chińczycy w równym stopniu potrzebują Japończyków.

Marcin Ursyński

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz