Być czeskim antysystemowcem

Tworzyłeś słusznie miniony ustrój? Jesteś miliarderem? Współrządziłeś przez ostatnie cztery lata? A może zdefraudowałeś pieniądze własnej partii? Nic nie szkodzi, spełniając którekolwiek z powyższych kryteriów w Republice Czeskiej możesz zostać jednym z liderów walki z systemem.

To były wyjątkowe wybory nad Wełtawą, ponieważ od czasu upadku komunizmu i podziału Czechosłowacji żadne głosowanie nie wzbudzało tak dużego zainteresowania zagranicznych mediów. Powody były zasadniczo dwa. Pierwszym i najpoważniejszym był oczywiście miliarder i były wicepremier Andrej Babiš, a drugim fakt, iż za naszą południową granicą coraz częściej mówi się o konieczności przeprowadzenia referendum na temat opuszczenia Unii Europejskiej, a nie brak też głosów niechętnych przynależności Czech do NATO.

Antysystemowy miliarder

Czeski Donald Trump, a może jednak Silvio Berlusconi? Zagraniczne media najczęściej właśnie do tych dwóch polityków porównywały Babiša, drugiego najbogatszego człowieka w Czechach, do maja wicepremiera i ministra finansów, a w trakcie kampanii wyborczej przede wszystkim szefa partii ANO 2011. Z Trumpem łączy go głównie populistyczne oblicze i zbliżona wartość majątku (Czech ma być „tylko” o sto milionów dolarów biedniejszy od Amerykanina), „parcie na szkło”, oraz niechęć do imigrantów. Z Berlusconim natomiast nie tyle olbrzymi majątek, co posiadanie własnej grupy medialnej, za pośrednictwem której  Babiš stara się urabiać opinię publiczną oraz atakować swoich medialnych przeciwników. W maju ujawniono zresztą, że lider ANO 2011 instruował dziennikarzy jednej z wiodących gazet, kogo ma zaatakować w przyszłym tygodniu.

Pomijając nawet przynależność do Komunistycznej Partii Czechosłowacji w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, nie trudno zorientować się, że Babiš nie jest człowiekiem nowym w czeskiej polityce. Już sześć lat temu założył ANO 2011, czyli Akcję Niezadowolonych Obywateli, aby już po dwóch latach jej działalności osiągnąć z nią drugi wynik w wyborach parlamentarnych i zostać wicepremierem oraz ministrem finansów. Pełniąc tę funkcję przez prawie cztery lata (został zdymisjonowany w maju) stał się najpopularniejszym czeskim politykiem, a przede wszystkim mocno rozkręcił czeską gospodarkę. Z tego powodu Czechy mogą pochwalić się najniższym bezrobociem w Unii Europejskiej oraz pierwszą od ponad dwudziestu lat nadwyżką budżetową.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Sukcesy Babiša nie zmieniają faktu, że pełniąc przez cztery lata funkcję wicepremiera w rządzie Bohuslava Sobotki stał się częścią tamtejszego systemu politycznego, a ponadto dochodząc do tak ogromnego majątku jest po prostu jednym z beneficjentów przemian po 1989 roku. Sam miliarder w trakcie kampanii wyborczej kreował jednak siebie na wroga establishmentu, któremu w porównaniu do „zasiedziałych” ugrupowań w cztery lata udało się zrobić więcej niż reszcie polityków przez ponad dwadzieścia lat istnienia Republiki Czeskiej. Ta retoryka jak widać przyniosła spodziewane efekty, ponieważ Babiš nie tylko wygrał wybory, ale właśnie próbuje stworzyć swój własny rząd. Czesi wierzą przy tym w jego własne słowa, iż jako miliarder nie będzie kradł, bowiem nie musi już więcej zarabiać. Przeczy temu jednak jego praktyczna działalność jako ministra finansów, ponieważ prokuratura bada wciąż sprawę niegospodarności związanej z funduszami unijnymi, które jako szef wspomnianego resortu miał przyznawać powiązanym ze sobą spółkom.

Już niedługo przekonamy się jednak, czy Babiš rzeczywiście sformuje nowy gabinet rządowy i jak będzie zachowywał się jako jego szef. Entuzjazm Czechów stara się tonować chociażby Karel Schwarzenberg, arystokrata i honorowy przewodniczący liberalnej partii TOP 09 (jedno z niewielu ugrupowań nie pozycjonujących siebie w „antysystemowym” nurcie), który stwierdził, że w życiu spotkał wielu bogatych ludzi i nigdy nie widział, aby którykolwiek z nich nie chciał dalej pomnażać swojej fortuny…

Nie mylić z niemieckim SPD!

Czesi cieszą się sporą estymą chociażby w polskim lewicowo-liberalnym środowisku, który uważa naszych południowych sąsiadów za „najbardziej ucywilizowanych Słowian”, czyli mówiąc w skrócie za postępowych ateistów przeciwstawianych oczywiście „polskiemu ciemnogrodowi”. Do podobnych wniosków można oczywiście dojść przebywając w Pradze lub Brnie, ale w mniejszych miastach i na prowincji jest zupełnie inaczej, o czym można przekonać się śledząc dokładnie najnowszą historię polityczną Czech. Już pod koniec minionego wieku w parlamencie zasiadali Republikanie Miroslava Sládka, w latach 2010-2013 za „skrajną prawicę” uważano nieistniejącą już partię „Sprawy Publiczne”, zaś od 2013 roku pałeczkę w tej kategorii przejęły ugrupowania Tomiego Okamury.

Syn Morawianki oraz Japończyka z koreańskimi korzeniami nie jest przy tym wdzięcznym obiektem do ataków ze strony czeskich mediów, tak jak jego poprzednicy występujący w roli dyżurnych „faszystów”. Bo jak oskarżać o rasizm człowieka, który sam nie jest „pełnokrwistym” Czechem? Tymczasem Okamura wielokrotnie wzbudzał spore kontrowersje swoimi wypowiedziami postulując na przykład wysłanie Cyganów do Indii, czy też ocierając się niekiedy o niezwykle pojemne paragrafy dotyczące negowania Holocaustu. Nietrudno więc zgadnąć, że lider partii Wolność i Demokracja Bezpośrednia (SPD) jest zdecydowanym przeciwnikiem przyjmowania w Czechach „uchodźców”, chce zakazać islamu jako ideologii nienawiści, a w swojej niechęci do UE idzie jeszcze dalej – to właśnie jego partia przed wyborami zbierała podpisy pod referendum za „Czexitem”. Postulat nie jest przy tym zupełnie nowy, bo pojawia się od kilku lat głównie za sprawą byłego prezydenta Vaclava Klausa, ale jeszcze nigdy w tak dużym stopniu nie odpowiadał oczekiwaniom społecznym. Zaufanie do UE stale obniża się w Czechach od pięciu lat, zaś według ostatnich sondaży jest ono na rekordowo niskim poziomie i wynosi około 30 proc.

Krytycy Okamury używają nie tylko łatwych do przewidzenia oskarżeń o ksenofobię, ale twierdzą, że SPD jest kolejną pralnią pieniędzy dla polityka urodzonego w Tokio. Poprzednia partia Okamury, a więc Świt Demokracji Bezpośredniej została przez niego porzucona po tym, jak część członków oskarżyła go o przywłaszczenie blisko pół miliona koron z funduszu wyborczego. Dodatkowo część pieniędzy partii szło do firmy zajmującej się PR-em, która miała swoją siedzibę w… zdewastowanej chacie zamieszkiwanej przez bezdomnych. Przed dwoma laty pozew do sądu przeciwko szefowi SPD złożyło Transparency International, które także miało zastrzeżenia do kwestii finansowania działalności politycznej Okamury. Na początku października media informowały natomiast, że SPD ma największe długi wśród czołowych ugrupowań i dodatkowo otrzymuje najwięcej pieniędzy od podejrzanych przedsiębiorstw.

Pod piracką banderą

Kiedy w Czechach przyjdzie czas na jakże popularne w krajach zachodnich (i jak widać po prawie wyborczym także w Polsce) parytety wyborcze? Tego nie wiadomo, bo u naszych „postępowych” sąsiadów przynajmniej w poprzedniej kadencji parlamentu zasiadało mniej kobiet, niż w państwach pokroju Afganistanu i Somalii. Polityczne nowinki dochodzą bowiem do Czech z dużym opóźnieniem, czego przykładem jest wyborczy sukces Czeskiej Partii Piratów (Piráti), która z 22 zdobytymi mandatami stała się trzecim największym ugrupowaniem w kraju. Tym samym Piraci weszli do parlamentu już parę lat po tym, jak międzynarodowa „piracka” sieć osiągnęła w państwach zachodnich szczyt swoich możliwości.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

W przypadku czeskich Piratów sprawdza się przysłowie „do trzech razy sztuka”, ponieważ udało im się w końcu przekroczyć próg wyborczy w ich trzecich wyborach parlamentarnych. To głównie zasługa partyjnego lidera, Ivana Bartoša, który bardzo dobrze czuje się w mediach i potrafi „wziąć za mordę” władze swojego ugrupowania. A to spory atut w partii opierającej się na koncyliacyjnym kierownictwie, mającym zamiłowanie do niekończących się dysput w czasie gdy po prostu trzeba reagować jak najszybciej. Bartoš wyróżnia się na tle czeskich polityków także swoim wizerunkiem, ponieważ nosi charakterystyczne dredy oraz – co na pierwszy rzut oka jest dużo mniej wywrotowe – nie nosi krawata. Szef Piratów lubi przy tym odgrywać rolę celebryty, a jego ślub z partyjną działaczką znaną jako „Królowa Chaosu” był przed dwoma laty sporym medialnym wydarzeniem, ponieważ oboje są husytami.

Piraci mogą liczyć głównie na poparcie najmłodszych wyborców zainteresowanych możliwością swobodnego ściągania plików w Internecie, a także ceniących sobie ograniczoną ingerencję państwa w życie obywateli, w tym całkowitą depenalizację narkotyków. Ugrupowanie ma jednak również swoje drugie oblicze, bowiem spora część jego działaczy ma wierzyć w popularne zwłaszcza w sieci internetowej teorie spiskowe, natomiast czołowi politycy Piratów nie ukrywają choćby swojej niechęci do NATO. Część z nich wprost twierdzi, że Czechy powinny opuścić Sojusz i tym samym podobnie jak sąsiednia Austria nie brać w nim udziału, ponieważ jest on odpowiedzialny za destabilizację sytuacji na świecie.

Najbardziej antysystemowi z „antysystemowych”

Zjawisko postkomunizmu w Czechach w praktyce nie istnieje, bo po „Aksamitnej rewolucji” władzę podzieliły między sobą lewicowa i prawicowa część antykomunistycznej opozycji. Komunistyczne idee były jednak na tyle popularne za naszą południową granicą, że tworząca miniony system Komunistyczna Partia Czechosłowacji po jego upadku dokonała jedynie małego „liftingu” nazwy i działa wciąż jako Komunistyczna Partia Czech i Moraw (KSČM), mając w swoich szeregach silną frakcję „stalinistów”, którzy w trakcie wyborczych wieców fetują wciąż żyjących i do tego najbardziej twardogłowych przywódców Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej. 

„Zbudować socjalizm i wyjść z NATO” – tak natomiast podsumowała jedna z czeskich gazet zjazd komunistów, podczas którego uchwalili oni swój program wyborczy. Zachodnie struktury wciąż pozostają głównym wrogiem KSČM, a Sojusz Północnoatlantycki jest obwiniany przez polityków partii za głównego prowodyra światowych konfliktów obniżających poziom bezpieczeństwa na całym globie. Jednocześnie komuniści uważają siebie za jedyną prawdziwie antysystemową partię, bo jej zdaniem żadne z ugrupowań nie działa w interesie ludzi, ale w pierwszej kolejności chce zabezpieczyć interesy „burżuazji” i właśnie z tego powodu Czesi nie odczuwają w swoich portfelach efektów rozwoju gospodarczego.

Poniekąd przedwyborcza retoryka szefa KSČM Vojtecha Filipa, nazywającego swoją partię jedyną realnie antysystemową siłą, nie odbiega zbyt daleko od prawdy. Od czasu rozpadu Czechosłowacji wokół komunistów stworzono „kordon sanitarny” (taktyka znana z Francji i w tamtejszych realiach dotycząca Frontu Narodowego), dlatego przynajmniej na szczeblu krajowym wszystkie ugrupowania odmawiają jakiejkolwiek współpracy z dawną „przewodnią siłą narodu”. Teraz może się to jednak zmienić, bowiem prezydent Miloš Zeman nakładania KSČM do wsparcia mniejszościowego rządu Babiša.

Nie zapominając o prezydencie

W kontekście ruchów „antysystemowych” nie sposób nie wspomnieć właśnie osoby czeskiego prezydenta, ponieważ Zeman zdaniem niektórych łamał kanony politycznej poprawności w swoim kraju „zanim stało się to modne”. Czeska głowa państwa wielokrotnie krytykowała więc sankcje wobec Rosji, sprzeciwiała się napływowi imigrantów, w wulgarnych słowach określała działalność feministek z Femenu, czy też łamała konwenanse ostentacyjnie spożywając duże ilości alkoholu na oczach swoich wyborców oraz dziennikarzy. Co ciekawe, niektóre „antysystemowe” tezy Zemana w Polsce zostałyby uznane za… płynięcie z głównym nurtem. Tak jest choćby w przypadku waluty euro, ponieważ gospodarz zamku na Hradczanach krytykuje Czechów za „irracjonalne obawy” względem przyjęcia wspólnej europejskiej waluty.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Jak długo jeszcze potrwa „antysystemowa” moda w Republice Czeskiej? Trudno wyrokować. Czesi niemal od początku transformacji ustrojowej wybierali do parlamentu ugrupowania uznawane za kontestujące obowiązujący porządek, chociaż jak widać po tegorocznych wyborach zjawisko to przybrało niespotykaną dotąd skalę. Wiadomo jednak, że kolejnym testem dla „antysystemowców” będą wiosenne wybory prezydenckie, które powinny być równie interesujące jak te parlamentarne.

Marcin Ursyński




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz