1 października 1943 roku w Warszawie oddział Armii Krajowej „Agat” przeprowadził udany zamach na Ernsta Weffelsa – gestapowca z Pawiaka, strażnika żeńskiego oddziału „Serbia”.
Weffels uchodził wśród więźniarek za sadystę. O wykonaniu wyroku zdecydowano jednak wtedy, gdy polskie podziemie ustaliło, że Weffels próbuje rozpracować kanały przerzutu grypsów, korzystając z informacji zdobytych m.in. przez konfidentki (w tym byłą więźniarkę Sabinę Bykowską, która została jego kochanką).
Rozpoznanie prowadził chorąży (późniejszy kapitan) Aleksander Kunicki „Rayski”, znający rytm pracy Pawiaka dzięki udziałowi w innych epizodach akcji „Główki” (serii zamachów Armii Krajowej na najbardziej brutalnych funkcjonariuszy gestapo i Pawiaka). Kluczowe dane – rysopis Weffelsa, adres przy ul. Koszykowej i charakterystyczne „wyłupiaste” oczy („Wyłup”) – przekazała wywiadowczyni Ewa Prauss-Płoska „Ewa”.
Dowodzenie wykonaniem wyroku powierzono Kazimierzowi Kardasiowi „Orkanowi”. W zespole byli dwaj likwidatorzy – sam „Orkan” i Ryszard Dulniak „Daniel”. Oprócz tego trzech dalszych żołnierzy AK pełniło role osłony, a jeden z nich był kierowcą. Cztery łączniczki miały za zadanie donoszenie broni.
Po odprawie w mieszkaniu „Orkana” broń odebrano w parku Ujazdowskim. Miejsce akcji wyznaczono na róg ulic Koszykowej i 6 Sierpnia, niemal pod gmachem warszawskiego gestapo – ryzyko było świadomie ogromne.
Najtrudniejszą rolę obserwatora pełniła wówczas 17-letnia Maria Stypułkowska „Kama”, która miała pewnie wskazać cel. – Widziałam go w życiu w sumie trzy razy i bardzo się bałam, że go nie poznam, bo każdy oficer w pewnej chwili wydawał mi się bardzo podobny, umundurowany, w mundurze to tak jakby ujednolicony, czapki oficerskie z wygiętym rondem. Byłam w rozpaczy. Przed akcją pobiegłam do kościoła na placu Zbawiciela, przed obrazem Świętej Teresy, który wisi do dnia dzisiejszego, modliłam się, żebym się nie pomyliła, bo przecież koledzy będą narażali swoje życie i tyle przygotowań i żeby nie „spalić” tej akcji – wspominała w wywiadzie dla Muzeum Powstania Warszawskiego.
– Szłam i miałam tak spacerować, zawracając. Gdy zawróciłam, zobaczyłam, że ten, o którego chodzi, idzie naprzeciwko mnie, spojrzałam, przeszłam na drugą stronę jezdni. To był znak dla moich kolegów – relacjonowała. – Słyszałam strzały, potem było cicho, potem znów strzały. Słyszałam: „Hilfe, Hilfe!” „Pomocy, pomocy!”. Krzyczał Weffels.
Akcja wyglądała następująco: „Orkan” podbiegł do Weffelsa i oddał serie strzałów z bliska, równocześnie „Daniel” ostrzelał cel ze Stena. „Orkanowi” skończyła się amunicja. Ranny Niemiec zdołał uciec w stronę parku Ujazdowskiego. Osłona wstrzymywała żandarmów i policję, natomiast „Orkan” dogonił Weffelsa na ławce, dobił strzałem w głowę, zabrał dokumenty i zniknął w gwarze miasta. Akcja – oparta na szybkim rozpoznaniu i brutalnie prostej taktyce – zakończyła się pełnym powodzeniem.
– Okazało się, że „Orkan” wystrzelał magazynek i musiał wrócić po teczkę, którą zostawił na chodniku przed wejściem do parku, wziął magazynek, wrócił i zadanie wykonał – wyjaśniała „Kama”, która brała potem udział także w akcjach „Kutschera” i „Frühwirth”.
Zamach na Weffelsa był jednym z uderzeń Polskiego Państwa Podziemnego w aparat terroru – wymierzonym zarówno w kata „Serbii”, jak i w rosnące zagrożenie dekonspiracją siatki na Pawiaku. Operacja potwierdziła skuteczność „Agatu”, likwidacyjnej jednostki Kedywu KG AK (nazwa od „Anty-Gestapo”). Była to jednostka złożona w dużej mierze z harcerzy Szarych Szeregów. Przypomnijmy: po serii aresztowań dla bezpieczeństwa zmieniono kryptonim na „Pegaz” (od „Przeciw Gestapo”), zachowując ten sam skład i zadania. Na przełomie 1943/1944 roku z tego trzonu sformowano większą, regularnie zorganizowaną jednostkę – batalion „Parasol”.
Kresy.pl / 1944.pl
Czytaj też: Akcja pod Arsenałem miała kryptonim Meksyk II











