Wilno w życiu Witolda Pileckiego

„Wyjątkowe stosunki wyjątkowych tworzą ludzi” – zapisał niegdyś Wilhelm Feldman po swym pobycie w Wilnie u progu dwudziestego wieku.

„Wyjątkowe stosunki wyjątkowych tworzą ludzi” – zapisał niegdyś Wilhelm Feldman po swym pobycie w Wilnie u progu dwudziestego wieku. O ile ten wybitny naukowiec, historyk literatury i bibliofil, właściwie oddał stan umysłów mieszkańców dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, to myśl ta tym bardziej powinna skłaniać do pochylenia się nad przykładami – nad postaciami reprezentatywnymi dla obrazu ówczesnej Litwy, dla ziem dotkniętych niezwykle srogo represjami z czasu powstania styczniowego, i równie srogo rusyfikowanych, a pomimo to u progu stulecia wciąż zachowujących dominującą rolę polskich żywiołów kulturowych.



Czy istnieje bowiem genius lociziemi tak szczególnej jak wileńska? Czy można mówić o wyjątkowości obrazu ówczesnej Wileńszczyzny? I w jakim stopniu jej wyjątkowość potwierdzają jej wielcy synowie – poeci, literaci, artyści i naukowcy, wielcy dowódcy i żołnierze? Pozostawiając odpowiedzi na te pytania innym badaczom przedmiotu, i nie wdając się nadto w skomplikowane rozważania na temat – ujmijmy to – psychosocjologii miejsca, odnieśmy się wprost do personalnych przykładów, do wielkich biografii wilniuków. Tak czy inaczej to konkretni ludzie wyznaczali oblicze tego miejsca, i oni kształtowali jego koloryt na przestrzeni kolejnych stuleci.

***

Jest pośród nich postać niezwykła, a zarazem syn niedoceniony, w Polsce nareszcie powoli odkrywany, a we współczesnej Litwie nieznany – Witold Pilecki (1901 – 1948) – z dziada-pradziada litewski szlachcic, syn Ziemi Wileńskiej i Lidzkiej, harcerz i oficer Wojska Polskiego, kojarzony głównie jako „ochotnik do Auschwitz” (i organizator tamtejszej konspiracji), potem zaś uczestnik powstania warszawskiego, słowem – polski „żołnierz niezłomny”, który finalnie złożył swe życie jako ofiara zbrodni sądowej w powojennej Polsce. Niestety – pomimo, że w Ziemi Wileńskiej przeżył Pilecki ponad połowę życia, nie sposób odnaleźć na jej terenie choć najdrobniejszych świadectw jego obecności. Z trudem przyjdzie zlokalizować miejsca, gdzie zamieszkiwał w młodości, uczył się i działał – wileńskie kamienice na Zarzeczu nr 5, na Tatarskiej 17 oraz na Skopówce, bądź też w Sukurczach na dzisiejszej Białorusi (7 km od Lidy), po których pozostał dziś tylko ugór. Zapewne dziwić to nie może. Postać przesiąknięta Polską i polskością, patrząca na świat z jej perspektywy, będzie musiała w naturalny sposób zmierzyć się z nieufnością tych, którzy dzieje międzywojennej Wileńszczyzny skłonni będą sprowadzać wyłącznie do problemu polskiej okupacji. Do tego sposobu postrzegania sprawy Pilecki będzie pasował dobrze – jako ochotnik do polskich formacji, walczących o polskie Wilno (1918-1920), następnie jako żołnierz-ochotnik, wchodzący w skład oddziałów gen. Lucjana Żeligowskiego (zajmujących w październiku 1920 r. historyczną stolicę Litwy), wreszcie jako aktywista Związku Bezpieczeństwa Kraju, zwalczającego działalność wrogą Polsce w obszarze Ziemi Wileńskiej. Rzecz w tym, że fakty te nie mogą niczego zmienić w osądzie Pileckiego jako człowieka, tym bardziej nie mogą umniejszyć roli, odegranej w późniejszym okresie. Był bowiem głównie Pilecki odbiciem dramatyzmu swoich czasów, czasów zmuszających – najczęściej po wielokroć – do podejmowania trudnych wyborów. Trudnych, bo skierowanych przeciwko tym, którzy wyrastali również z tej ziemi, chociaż wiążących jej przyszłość z nadzieją odrzucenia tzw. wpływów polskich. Ale i łatwych – bo siła więzi z wszystkim co polskie likwidowała wszelkie dylematy. Pozwalała jasno wyznaczyć dalszą drogę, wskazywać szanse i zagrożenia. I nic nie może odmienić faktu, że on – jeden z sześciu najodważniejszych ludzi drugiej wojny światowej[1] – był nieodłącznym synem Ziemi Wileńskiej i z nią do końca swoich dni silnie się utożsamiał.

***

Nim pochylimy się nad niezwykłą sylwetką rotmistrza Witolda Pileckiego, dodajmy jeszcze jedną dygresję – na jego temat ukazało się w Polsce dotąd kilka wartościowych pozycji, na czele z dziełem Adama Cyry pt. „Ochotnik do Auschwitz”oraz spektaklem Telewizji Polskiej (w reżyserii Ryszarda Bugajskiego) – „Śmierć rotmistrza Pileckiego”. Szkoda tylko, że w żadnym z dzieł nie została wyświetlona (w zadowalający sposób) młodość bohatera – wczesne dzieciństwo spędzone w Karelii i okres wileński, brutalnie przerwany wraz z II wojną światową. Tymczasem światło na ten czas życia rzuciły listy Witolda Pileckiego, pisane w okresie lat dwudziestych do jego wielkiej miłości, Kazimiery Daczówny. Odnalezione niedawno w Nowych Święcianach przez red. Ryszarda Maceikianca, dają z pewnością wyrazistszy obraz jego doświadczeń czasu młodości. A przecież nie sposób poznać człowieka nie rozpoznając jego przeszłości. Nie sposób również zrozumieć go w pełni bez zrozumienia dziejów jego ziemi. Tak jak to ujął Stanisław Brzozowski (właśnie przed z górą stu laty): „Wszystko, co w naszym ja ma kształt określony, co da się ująć – jest wynikiem, rezultatem procesu dokonywającego się poza naszymi plecami.(…) nie ma w psychice tej i nie może być nic, co by nie zostało wytworzone jako przeżycie grup ludzkich, walczących o istnienie w warunkach, których przekształcenia tworzą właśnie tkankę europejskich dziejów. Historia wytworzyła nas: – marzyć o uniezależnieniu się od historii jest to marzyć o samounicestwieniu, o rozpłynięciu się w eterze feerii i baśni.”[2]

Ołoniec

Urodził się z dala od stron rodzinnych, w surowym klimacie Karelii, gdzie ojciec jego, Julian Pilecki, przybył w poszukiwaniu posady. Pozbawiony widoków na jej znalezienie w zachodnich guberniach Cesarstwa Rosyjskiego (gdzie w ramach systemu „odpolaczania” utrudniano Polakom karierę), Julian wybrał tereny „podstołecznej Syberii” – krainę na północ od Petersburga. Tam rychło zdobył poważanie miejscowych oraz otwartą drogę do kariery. Tam też poślubił Ludwikę Osiecimską z rodziny o tradycjach patriotycznych. W Ołońcu przyszedł na świat Witold. Urodzony 14 maja 1901 r. był drugim dzieckiem Juliana i Ludwiki, a zarazem ich najstarszym synem. Klimat i miejsce znacząco zaciążyły na obliczu pierwszych lat jego życia. Miasto narodzin Witolda Pileckiego, odległe o kilkanaście kilometrów od brzegów Jeziora Ładoga, o statusie stolicy guberni, pozostawało wówczas podupadłą miejscowością, liczącą półtora tysiąca mieszkańców. Kraina, w której – wedle słów znanego zesłańca tych stron, Apollo Korzeniowskiego – panowały tylko dwie pory roku, „biała zima” i „zielona zima”,[3] zapisała się w pamięci rodzeństwa Pileckich w sposób szczątkowy i wybiórczy. W umyśle dzieci panował obraz miejsca trudnego do życia, otoczonego ogromnymi lasami, gdzie w zimie, „według słów mamy, wieczorami zza rzeki dochodziły odgłosy wilków.” Miasto położone nad rzekami Megregą i Ołonką, utrwaliło widok ubogiej ludności oraz wszechobecnych śniegów. Starsza siostra Witolda – Maria, wspominała zimowe spacery, gdy z ojcem „szliśmy po chodniku, jak w korytarzu otoczonym z obu stron ścianami śniegu, do wysokości których nie sięgała moja głowa – był to dla mnie śnieżny tunel.”[4].

Surowy klimat nie był jedyną niedogodnością życia na obczyźnie. Jakkolwiek Karelia cieszyła się ponurą sławą zsyłek więźniów politycznych (a przez to kontakty z Polakami-zesłańcami nie mogły należeć do rzadkich), rozłąka z ojczyzną, i codziennym życiem polskim, stawała się nie lada problemem. Z upływem czasu do języka dzieci zaczęły się wkradać rusycyzmy. W ustach Witolda i jego rodzeństwa pojawił się zdeformowany akcent. Matka starała się przeciwdziałać temu „niepożądanemu zjawisku”. W tym celu czytała wieczorami dzieła literatury polskiej – początkowo słynny „Bajarz polski” Antoniego Józefa Glińskiego (nota benewilnianina, spoczywającego na Rossie), zaś w starszym wieku – wyjątki z „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. „Słuchaliśmy tej lektury – pisała siostra Witolda – z zapartym tchem, uzupełnianych wyjaśnieniami i komentarzami mamy. Opowiadała nam o Powstaniu Styczniowym, ilustrując fragmenty obrazami z „Polonii” i „Lithuanii” A[rtura] Grottgera.” Ogromne wrażenie na dorastających dzieciach wywierały informacje mamy, że na jednym z obrazów pt. „Ucieczka”malarz umieścił Hipolita Osiecimskiego, ich dziadka stryjecznego. W oczach dzieci kształtował się obraz wielkiego dramatu rodzinnego, powiązanego z tragedią Ojczyzny, ujarzmionej przez trzech zaborców: oto bowiem „wysoki rosły powstaniec stojąc na murze mierzy kolbą w strażnika, torując sobie drogę do ucieczki”[5]. Wywołane przez wyobraźnię przeżycia duchowe potęgowała muzyka Chopina. Ludwika Pilecka grywała ją chętnie podczas długich zimowych wieczorów. W taki też sposób młody Witold dojrzewał w aurze romantyzmu.

Niestety, w tle tych doświadczeń znalazły się pełne wstrząsów relacje z ojcem. Fakt to, przyznajmy, słabo znany bądź niedostatecznie wyświetlony. Przyszły bohater drugiej wojny światowej miał za sobą trudne dzieciństwo. Maria Pilecka nie wahała się wyznać prawdy tej we wspomnieniach. Wskazując na trudny charakter ojca informowała o głośnych kłótniach rodziców. Dzieckiem wstrząsały silne emocje: „Spadały na nie plagi, było brutalnie szturchane, bite, co zapadało w psychikę dziecinną, po wieczne czasy, straszliwym przerażeniem.(…).” „Ojciec nasz – dodawała dalej – obok zalet odziedziczył (…) po swoich przodkach w linii męskiej, zespół złych genów, które wycisnęły fatalne piętno na jego dzieciach. Oddziaływanie na nas poprzez budzenie lęku przed jego gniewem spowodowało, że przyszłości wyrośliśmy na „nerwicowców”, nie posiadających pewności siebie, zahukanych, przesadnie skromnych, pomniejszających swoje wartości”[6]. Charakter ojca w niemałym stopniu ukształtował osobowość syna – w dojrzałym wieku mężczyzny o dużej łagodności zewnętrznej, skłonnego do okazywania wyrozumiałości wobec otoczenia, zarazem pełnego uporu indywidualisty, wiele wymagającego od siebie i innych, pozbawionego jednak tej siły przebicia, która tak wielu wiodła ku życiowym sukcesom – karierze, awansom i zaszczytom. Ambicji takich Witold Pilecki zwyczajnie nie posiadał. W cennych wspomnieniach Eleonory Ostrowskiej (przyjaciółki i szwagierki rotmistrza) odnajdujemy potwierdzenie tej szczególnej prawdy: „Nigdy nie wyczuwałam u Witolda chęci posiadania władzy, specjalnego dla siebie uznania, lub chęć podkreślenia własnych zasług”[7]. W przyszłości skromność Witolda Pileckiego stała się – w oczach przyjaciół – jedną z ważniejszych jego zalet osobistych. Jednocześnie jednak w realiach codzienności musiała też być nie lada przeszkodą.

Wilno

Tymczasem karelski okres dzieciństwa Pileckiego powoli dobiegał końca. Dzięki rosnącym dochodom ojca, rodzina – jak na miejscowe warunki – żyła stabilnie, a nawet dostatnio. Sytuacja dojrzała, by Ludwika Pilecka wyszła naprzeciw marzeniu – chroniąc dzieci od zrusyfikowania (i powolnego wrastania w organizm państwa rosyjskiego), postanowiła definitywnie porzucić obczyznę i osiedlić się w pięknym Wilnie (mąż z konieczności pozostawał w Karelii, zasilając rodzinę pieniędzmi).

A w pierwszych latach dwudziestego stulecia gród Gedymina tętnił życiem polskim. Rychło pod wpływem wydarzeń rewolucyjnych 1905 r. carat przywrócił tu – podobnie jak na całym obszarze tzw. „ziem zabranych” (litewsko-ruskich ziem dawnej Rzeczypospolitej) – szereg swobód narodowych. W krótkim czasie po rewolucji udzielono tu aż 42 koncesji na polskojęzyczne pisma prasowe, powstało wiele stowarzyszeń, a ludność niebawem sięgnęła liczby dwustu tysięcy mieszkańców. Rozwój Wilna wiązał się także z jego intensywną rozbudową, kierującą się (jeszcze przed pierwszą wojną światową) w stronę Pohulanki i dworca kolejowego. Od dłuższego czasu kursowały tu konne tramwaje zwane „konkami”[8].

W okresie tym jednak polityka caratu nie porzuciła kursu antypolskiego. Mieszkańcom miasta miał o tym przypominać codzienny strzał ze szczytu Góry Zamkowej – oddawany z „kałanczy” – który w samo południe, od czasu powstania styczniowego, oznajmiał o carskim panowaniu nad Wilią. Tę samą funkcję miały wypełniać pomniki gnębicieli polskości – Michaiła Murawiewa i Katarzyny II. Pierwszy – odsłonięty w 1902 r. przed pałacem biskupim (na dawnym Placu Napoleona) – szybko zyskał zainteresowanie Polaków jako przedmiotu wymyślnych szyderstw i niewybrednych żartów. Drugi – postawiony nieopodal Katedry w 1907 r. – wywołał lawinę szczególnego oburzenia polskich środowisk patriotycznych jako monument zdradzający tendencję – wciąż silną w administracji rosyjskiej – do podkreślania „istinno-ruskowo” (rdzennie ruskiego) oblicza Wilna. Na rogach ulic stali policjanci w nienagannie białych mundurach, zaś ponad miastem, w sąsiedztwie kościołów, widoczne były inne ślady moskiewskiej obecności – architektura rosyjskich „inżynierów gubernialnych” – jak to z przekąsem określał Jerzy Remer – „baniaste reprezentacyjne cerkwie lub pokraczne motywy według oklepanych recept i banalnych kompilacji”[9]. Wszystko to miało jednoznacznie świadczyć o wysiłku wkładanym w utrzymanie kontroli nad Wilnem ze strony biurokracji carskiej, o wysiłku tym większym, że skazanym na ciągłą konfrontację z dominującą tu kulturą polską. Trzeba bowiem raz jeszcze podkreślić, że mimo długotrwałych i mozolnych akcji rusyfikacyjnych, u progu dwudziestego stulecia w obrazie miasta na czoło wysuwał się element polski, a polskie życie, mimo wszelkich przeszkód, tliło się tu nieprzerwanie. Przybywający nad Wilię goście spostrzegali: „Wróg po wandalsku pousuwał pamiątki polskie, został jednak lud żywy i wszędzie żyje jego język”[10].

W takiej aurze przybywał do Wilna młodziutki Witold Pilecki. Od 1910 roku uczęszczał do szkoły handlowej, ówcześnie nazywanej gimnazjum komercyjnym. W życiorysie po latach zapisywał: „Ponieważ wstęp do rządowego gimnazjum był dla Polaków utrudniony, wstąpiłem do szkoły handlowej i kształciłem się w niej do roku 1915 /jesieni/”[11]. Mógł się więc w tym czasie zaznajomić z obliczem rosyjskiej „edukacji”. W zakresie historii jej głośnym symbolem był osławiony podręcznik Dymitra Iłłowajskiego. Na jego podstawie w szkołach uczono negatywnego spojrzenia na dzieje Polski. Zgodnie z kanonem, zniknięcie Rzeczypospolitej z mapy Europy było dziejową koniecznością. Dominowały pochwały wobec zaborczych mocarstw i arogancja dla dorobku Polaków. Szczególnie dotkliwa musiała być teza – upowszechniana z uporem od pokoleń – jakoby Polacy powinni być wdzięczni za opiekę ze strony Rosji. Nic więc dziwnego, że w tych warunkach patriotyczną powinnością rodziny polskiej była likwidacja tak ujemnego wpływu ze strony szkolnictwa rosyjskiego. Niski poziom i tak wymuszał poszukiwanie rzetelnej wiedzy. Na gruncie wileńskim alternatywą stawał się udział w kołach samokształceniowych. Tam też Pilecki mógł usłyszeć o prawdach pomijanych w szkole. Pod okiem zaangażowanych nauczycieli polskich (wśród nich znajdował się Stanisław Kościałkowski) mógł stykać się z chwalebnymi epizodami z dziejów Polski i Litwy, nasiąkać narodową dumą, którą na tym etapie dorastania naturalnie chłonął młody umysł. Wszystko to wzmacniał wpływ troskliwej matki, dla której postawa patriotyczna dzieci była sprawą najwyższego rzędu, sprawą rodzinnego honoru. O sile jej wpływu najlepiej świadczy wspomnienie Marii Pileckiej. Gdy odsłonięcie w Wilnie pomnika „Wieszatiela” (tj. kata Polaków – Murawiewa) wstrząsnęło społeczeństwem polskim, Ludwika Pilecka stanowczo zalecała, by dzieci przystały do bojkotu: „Pamiętaj – zwracała się do najstarszej córki – chociaż splunąć za każdym razem, gdy będziesz przechodziła obok niego, ucząc się w Wilnie”[12]. Wiemy, że dzieci gorliwie spełniały to twarde zalecenie mamy.

Wileński skauting i wybuch „wielkiej wojny”

Tę samą funkcję – edukacyjną i wychowawczą – spełniała działalność w skautingu. W jego szeregi trafił Pilecki nie później niż w 1911 r. Jako ambitny i młody chłopiec chętnie dawał upust energii, biorąc udział w konspiracyjnych szkoleniach. Pod opieką zwierzchników – najczęściej powiązanych ze środowiskami niepodległościowymi – karnie kształcił morale harcerza jako wzoru cnót i obowiązków. Dekalog harcerski wpajany skautom kształtował też oblicze Pileckiego. Tworzyły go poniższe wskazania:

1. Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy.

2. Harcerz służy Ojczyźnie i dla niej spełnia sumiennie swe obowiązki.

3. Harcerz jest pożyteczny i niesie pomoc bliźnim.

4. Harcerz w każdym widzi bliźniego, a za brata uważa każdego innego harcerza.

5. Harcerz postępuje po rycersku.

6. Harcerz miłuje przyrodę i stara się ją poznać.

7. Harcerz jest karny i posłuszny rodzicom i wszystkim swoim przełożonym.

8. Harcerz jest zawsze pogodny.

9. Harcerz jest oszczędny i ofiarny.

10. Harcerz jest czysty w myśli, mowie i uczynkach; nie pali tytoniu, nie pije napojów alkoholowych.[13]

Wielka popularność idei skautingu przysparzała mu nowych adeptów. Młody Pilecki zetknął się wówczas z wieloma głośnymi nazwiskami (które w okresie II RP miały rozbłysnąć na Wileńszczyźnie) – jak chociażby z braćmi Józefem i Stanisławem Mackiewiczami. Pierwsze ćwiczenia wyrobiły w nim zresztą silne zamiłowanie do konspiracji. Co było źródłem tej szczególnej pasji, ważącej na jego dalszych losach? W jakich okolicznościach się narodziła? Odpowiedź taką zapewne znajdziemy we wspomnieniach Wiesława Cywińskiego. I oto formowanie oblicza młodych harcerzy odbywało się poprzez „liczne wyprawy podmiejskie i dłuższe wycieczki połączone z kursami zastępowych i obozowaniem na terenie /rolniczej/ stacji doświadczalnej u /Wacława/ Łastowskiego w Bieniakoniach, w Pietrańcach koło Suderwy p. L./ludwika/ Ostrejki, w Ostrowiu koło Zielonych Jezior p. /Józefy/ Sagatowskiej. Wycieczki te i kursy, były urządzane w różnych porach roku, a nawet zimą. Na uwagę zasługują lekcje fechtunku, prowadzone przez Stanisława Jarockiego [artystę malarza, ucznia Matejki, delegowanego do Wilna przez „Sokół” – przyp. KT], oraz wykłady taktyki, kartografii itp. przez oficerów sztabowych – Polaków z armii rosyjskiej – w mieszkaniu tegoż Stanisława Jarockiego.”[14]

Nie podobna zatem wyobrazić sobie dojrzałej postawy Witolda bez nawyków, zasad i najwyższych wartości, które w tym czasie w sobie ukształtował. Nie zerwał tej więzi pomimo wstrząsów okresu I wojny światowej.

„Wielka wojna” i rewolucja

Wybuch wojny zastał Witolda u boku matki w Druskiennikach, gdzie wraz z rodzeństwem, w sanatorium, umacniał nadwątlone zdrowie. Matka natychmiast podjęła decyzję o wyjeździe do pobliskiego Wilna. Zapewne nie dopuszczała myśli o wkroczeniu Niemców do miasta, co – gdy nastąpiło w dniu 19 września 1915 r. – miało na długo powikłać i zburzyć życie rodziny. To prawda – dla ziem, z których wyrastały pokolenia Pileckich kończyła się cała epoka. Rozpoczynał się czas wielkich przesileń, które trwać miały przez następne lata. Niemiecka okupacja była pierwszym aktem tej wielkiej epokowej zmiany. Dla setek tysięcy mieszkańców Litwy oznaczała kres stabilizacji, wzrost niepewności, ogólny zamęt i niemal powszechne zubożenie. W dotkliwy sposób nowe porządki uwidoczniały się w samym Wilnie, gdzie okupacja wyhamowała rozwój, rujnując „ludność ekonomicznie do ostateczności” (jak zapisywał Juliusz Kłos)[15]. Nędza zaczęła zaglądać do domów zasobnych dotąd mieszkańców. Ci, którzy mogli opuścić miasto, decydowali się to uczynić, wybierając najczęściej drogę na wschód, z dala – jak się mogło wydawać – od widma „wielkiej wojny”.

Na fali masowych wyjazdów na wschód znaleźli się również Pileccy. Schronieniem stał się Hawryłków, położony w guberni mińskiej, zamieszkiwany przez rodzinę matki. Wkrótce Witold mógł wznowić naukę jako uczeń gimnazjum w Orle. Tam zamieszkał, wraz z siostrą, na stancji u krewnych Winnickich. „Nauka przychodziła nam z łatwością” – wspominała Maria. „Przekonaliśmy się, że zakres programów nauczania był węższy, a poziom umysłów uczniowskich w szkołach średnich w głębi Rosji był niższy niż w gimnazjach wileńskich”[16].

Następne trzy lata spędził Pilecki z dala od Ziemi Wileńskiej, pędząc względnie spokojne życie do chwili kolejnego wstrząsu. Hawryłków rozkwitał pod okiem stryja, Stanisława Osiecimskiego. Pomimo wojny do dworu zjeżdżali gromadnie okoliczni ziemianie: Majewscy z Ledniewicz, Sulima – Samujłłowie z Morozówki, Wańkowiczowie z Judzienicz, Zanowie z Kochaczyna, Jeśmanowie z Mostka, Bohdan Wańkowicz z Zajezierza. Bywał tu również Michał Pawlikowski z nieodległego Pućkowa – głośny wkrótce publicysta wileńskiego „Słowa”. Mógł się zatem Pilecki z bliska przyglądać ziemiańskiemu życiu, w aurze balów i politycznych dysput dobiegającego kresu swych dni.

Wstrząs i katastrofę przyniosły mu rychło rewolucje roku 1917. Świat polskich ziemian stanął przed widmem pożogi oraz zniszczenia. Rychło przez bezkresy wschodu – dawne ziemie Rzeczypospolitej – zaczęła przetaczać się chłopska rebelia, zagrażająca życiu posiadaczy ziemskich. Dantejskie echa mordów i pogromów nie omijały dworu w Hawryłkowie. Codziennie do uszu jego mieszkańców docierały najgorsze wieści – o napadach i rabunkach okolicznej „czerni”, szabrującej wszelkie cudze zbytki. Nie może dziwić, że w tej atmosferze każde „głośniejsze szczekanie psów w nocy, albo promienie światła z nieznanego źródła – czytamy we wspomnieniach Marii – wpadające przez szyby do pokoju, spędzały sen z powiek.” Rodzeństwo Pileckich zwykło w tych chwilach spoglądać ku alei, wiodącej w stronę dworu. Jakie uczucia mogły nim powodować? Co mógł odczuwać Witold na wiadomość, że do Hawryłkowa – pod jego nieobecność – wkroczyli czerwonoarmiści? Jakie emocje mogły nim targać na wieść, że jeden z sowieckich oficerów mierzył do jego matki z pistoletu? Pewnym jest tylko, że dalsza bierność dla Witolda była nie do zniesienia. Stąd też próba, jakkolwiek nieudana, przedarcia się do formacji gen. Józefa Dowbór-Muśnickiego (tworzonej jako I Korpus Polski). Stąd aktywne uczestnictwo w kole Kolonii Polskiej w Orle, gdzie kontakt z ludźmi o niepodległościowych poglądach (takich jak Stanisław Swianiewicz, Józef Beck i Jerzy Dąmbrowski) wyrabiał w nim wolę walki. Stąd także rychła decyzja matki o powrocie wraz z dziećmi do Wilna.

Powrót do Wilna

Uchodźcie stąd, jeśli chcecie żyć, bo was w końcu posadzą tam, gdzie się na czworakach włazi” – miał przestrzegać zaufany milicjant gospodarzy Hawryłkowa i ich gości. Bez większych trudności Pileccy przemknęli przez linię frontu niemieckiego. Wkrótce dotarli do Mińska Litewskiego, gdzie za sprawą niemieckiego lekarza – wykazującego wyraźną przychylność – zostali zakwalifikowani do podróży koleją, kierującą się wprost do Wilna. „Pani ucieka od bolszewików (…), myśli pani, że oni do Wilna nie przyjdą? Tam także przyjdą.”– proroczo ostrzegał niemiecki medyk odjeżdżające rodzeństwo Pileckich[17].

Wilno w niczym nie przypominało miasta z okresu przed wybuchem wojny. Na ulicach biedota sporządzała zupy z lebiody, pokrzyw i ziół. „Panował tu głód – zapamiętał Witold – i jakie/ś/ powolne tempo”[18]. A mimo to, wysiłkiem mieszkańców, miasto powracało do normalności. Powracał ład pomimo widma nowych walk i konfliktów. Na krótki czas znalazł się Witold w murach gimnazjum Lelewela. Ostatnie miesiące 1918 r. nie sprzyjały jednak nauce. W oczekiwaniu odejścia Niemców z miasta znów trafił do konspiracji. Można przypuszczać, że jego zwierzchnicy znali już jego brawurę (która niedawno, w akcji pod Orłem, pozwoliła mu wydobyć – razem z kompanami – broń z magazynów rosyjskich). W mieście nad Wilią rozpoczął teraz rozbrajać żołnierzy niemieckich, silnie „zdetonowanych” długotrwałą wojną, zdemoralizowanych i żądnych spokoju. Takim sposobem powrócił ponownie w szeregi skautów, zasilając strukturę Samoobrony Wilna, gotującą się do rozprawy.

Walki z Niemcami wybuchły w sylwestra 1918 r. Witold znalazł się w ich wirze, po latach z dumą zapisując: „Wzruszającym epizodem jest warta, w noc noworoczną /z 31.XII na 1.I.1919r./. Witold jest dowódcą placówki w Ostrej Bramie. Za Ostrą Bramą stoją Niemcy”[19]. Następnego dnia, 1 stycznia, przeszedł swój chrzest bojowy – w walkach z Niemcami o dworzec kolejowy, wieczorem zaś w szturmie na ul. Wroniej 5 (na tzw. „wronie gniazdo”, gmach Klubu Rzemieślniczego – siedlisko dywersantów bolszewickich). Tam też Pilecki po raz pierwszy w życiu „zaznajomił się” z granatem. Komuniści kapitulowali. Miasto było wolne. Zwycięstwo Polaków zmieniło Wilno w miejsce rozkwitające radością. Ludzie gromadnie wychodzili na ulice, w oknach widniały polskie chorągiewki.

Tym większa trwoga wstrząsnęła miastem razem z nadejściem bolszewików. Pilecki znalazł się w kolumnie skautów, wycofujących się przez Antokol. Nie wziął udziału w bezpośrednich walkach, poprzedzających opuszczenie miasta. I chociaż – zgodnie ze wspomnieniami Marii -„harcerzyki coś tam z brawury popukali”[20], głód odwetu i dalszej walki nie pozwalał już złożyć broni.

W służbie u „Łupaszki”

W ten sposób znalazł się w służbie u „Łupaszki” – w partyzanckim oddziale Jerzego Dąmbrowskiego, który zapragnął skupić ochotników, gotowych do dalszej walki. Osobowość dowódcy przyciągała liczne zastępy ziemiańskiej młodzieży, rychło sprawiając, że oddział doczekał określenia go „pułkiem paniczów”. Pośród żołnierzy panowało przekonanie, że „u Dąmbrowskiego nie będzie rejterady bez walki”[21]. Dowódca potrafił rozbudzać sympatię i zaufanie do swej osoby. „Łupaszkabył cały czas z nami.” – pisał jeden z oficerów pułku. „Spał na słomie razem z nami w zaduchu chłopskich chałup. Tak jak my gryzł czarny chleb, rwał zębami niedogotowane mięso zabitych świń. Tak jak nas gryzły go wszy i bolały odmrożone uszy i palce. Łupaszka zasłużył na swoje żołnierskie przezwisko. Był z nami jednej krwi, jak mówi Kipling”[22]. Dąmbrowski imponował sposobem bycia, a był to człowiek (we wspomnieniach Klemensa Rudnickiego) „znakomicie wychowany, wręcz światowy, widać było, że umie poruszać się w salonach, bardzo inteligentny i miły.(…)”[23].

Witold poddany fascynacji „Łupaszką” zdobywał szybko walory zagończyka. Zapewne musiał brać również udział w akcjach okrytych nie chwalebną sławą – w brutalnych rozprawach z ukrytym wrogiem, ze zdrajcami i kolaborantami. Faktem jest, że wspomnienia przepełniają wieści o okrucieństwach pułku Dąmbrowskiego – o pacyfikacjach wsi (wspierających bolszewików), kontrybucjach, rekwizycjach żywności, koni, sukna i pieniędzy, karach publicznej chłosty, a także o egzekucjach zdrajców. Wiadomo, że w ten sposób, w Różanie (w nocy 20 stycznia 1919 r.), przy blasku pochodni, rozstrzelano cały bolszewicki komitet rewolucyjny, złożony z ludności miasteczka[24].

Szczególne miejsce zajmuje w tym miejscu relacja ks. Józefa Obrębskiego (odwołująca się do działań dowódcy oraz podlegających mu żołnierzy): „Wiem – wspominał ks. Obrębski – że płk Dąmbrowski w czasie wojny 1918-1919, walczył mając w swych oddziałach „Żulików”, którym po zdobyciu miasteczka pozwalał przez pewien czas „pohulać”. Działając za frontem, kazał swoim żołnierzom malować twarze na czarno, co powodowało popłoch. W zębach mieli noże. Dąmbrowski był wspaniałym partyzantem”[25]. Nie tłumacząc faktów oczywistego okrucieństwa dodajmy, że dla ludzi Łupaszki była to walka sprawiedliwa, podejmowana w obronie odrodzonej Polski, w odwecie za napaść na rodzinne strony. Brutalna walka pozostawała zresztą cechą obu stron konfliktu. „Okrucieństwo niejako wisiało w powietrzu” – pisał Norman Davies. „Żołnierz żył w nieustannym chaosie i zagrożeniu. Rzadko znajdował schronienie w wygodnym okopie lub odzyskiwał pewność siebie na łonie swojego pułku.(…). Zasadzki i wypady wzbudzały panikę i zachęcały do odwetu. Spotkania z nieprzyjacielem były rzadkie, ale krwiożercze”[26].

W pułku „Łupaszki” przebywał Pilecki do października 1919 r. Chwilowe uspokojenie sytuacji na froncie pozwoliło mu powrócić do Wilna. Warto zaznaczyć, że przybywał tutaj w chwili szczególnej dla miasta, w dniu 11 października, gdy Józef Piłsudski uczestniczył osobiście we wskrzeszeniu Uniwersytetu Wileńskiego. Teraz ponownie mógł zająć się nauką i służbą w strukturach harcerstwa. Wiemy, że w chwilach wolnych od nauki nocami patrolował miasto. Pełniąc funkcję dowódcy VIII Dryżyny im. Adama Mickiewicza, wypełniał harcerskie obowiązki – nadzorował sytuację na ulicach, wspomagał patrole i sporządzał raporty o pracy posterunków policji. W tym samym czasie podjął też próbę podniesienia sukurczowskiego majątku. Plany te rychło pokrzyżowała jednak wojna.

Wojna 1920 roku

Wkrótce po załamaniu się frontu, wiosną 1920 r., wojska bolszewickie ponownie podeszły do granic Ziemi Wileńskiej. W obliczu rosyjskiego marszu na zachód Pilecki podążył do Wilna. Zdążył już tylko, jako ochotnik, wymaszerować z grodu Gedymina, czyniąc to w ramach kompanii harcerskiej, pod wodzą Tadeusza Kawalca. Wkrótce wziął udział w obronie brzegów Niemna pod Grodnem, stamtąd zdążając w stronę Warszawy, w nieustających walkach z wrogiem. Męstwem zabłysnął podczas ataku na pozycje sowieckie pod Sokółką, gdzie w obecności gen. Żeligowskiego poprowadził harcerzy do szturmu. Skauci wileńscy wyraźnie jaśnieli na tle chaosu i defetyzmu, ogarniającego masy polskich żołnierzy, spiesznie wycofujących się na zachód.

W krytycznym momencie naporu rosyjskiego, w Warszawie napotkał „Łupaszkę”. Przez niego został wciągnięty do grupy, zasilającej 211. Pułk Ułanów. W wielkiej operacji, zwanej „bitwą warszawską”, wziął udział niedaleko Płocka. Odtąd pozostawał w pościgu za bolszewikami, przechodząc przez kolejne miejscowości, aż do chwili osiągnięcia Puszczy Rudnickiej. I tu Witold odnotował wypadek , który dobrze zachował w pamięci:

„W pewnej chwili na polanę wielką i pola leżące pomiędzy lasami, wjeżdża naszych ułanów czwórka. Przed nimi w odległości kilkuset metrów stoi chałupa, przed nią c.k.m. i paru bolszewików. Z szablami w ręku wspięli cztery konie do biegu w pełnym galopie. Gdy wtem z chałupy cała ćma żołnierzy rosyjskich wypada. Zawrócić jest za późno. Ustrzelą psubraty! Uratować może tylko wielka szybkość. Konie biorą rowy i jakieś druty i dalej cwałem dopadają wroga.

Bolszewicy zgłupieli i ręce podnoszą, że za czwórką chyba jeszcze więcej ułanów nadejdzie. 80-ciu wzięto do niewoli. Na wóz włożono zabranych tu kilkanaście karabinów maszynowych. Ułani wracają z jeńcami do puszczy do szwadronu.”

Pilecki zachował elementarną skromność, nie wspominając o swej osobie. To jednak właśnie jego brawura pozwoliła osiągnąć sukces.

W obronie Litwy Środkowej

Wczesną jesienią przed dowództwem polskim stanęła kwestia Wileńszczyzny. W historiografii inicjatywę wkroczenia do Wilna przypisuje się Piłsudskiemu. Faktem jest jednak, że do tego czynu parły też kręgi wilniuków, gromadnie skupionych w szeregach dywizji oddanej w ręce Żeligowskiego. Witold Pilecki znalazł się w pułku zdominowanym przez wileńską młodzież (211 Pułku Ułanów), głęboko pragnącą powrotu miasta w granice Rzeczypospolitej. Zapewne zatem pod jej naporem dowództwo pułku podjęło akcję z pominięciem nakazanych procedur (bez meldunku dowództwu 3. Brygady). W ten sposób Witold stał się jednym z pierwszych żołnierzy polskich formacji, wkraczających do Wilna 9 października 1920 r. Do końca jesieni brał udział w starciach z wojskami litewskimi. Nie bez wahań, właściwych dla uczestników walk z pobratymczym narodem litewskim. Zaznaczmy jednak, że porzuceniu skrupułów sprzyjała aura polityczna – zacięta wrogość strony litewskiej i postawa ludności polskiej. Tę ostatnią wspominał litewski oficer, uczestnik walki z Polakami: „(…)nie łzami odprowadzały nas wsie i osady lecz kulami, widłami i siekierami. Jeden żołnierz zabity, kilku rannych… Dla naszego cofającego się i głodnego żołnierza, nawet kawałka chleba nie było, a dla Polaków znajdowało się i masło”[27].

Po zakończeniu walk Pilecki jeszcze raz powrócił do Wilna. Jak wielu podobnych mu młodych rezerwistów przez czas pewien pozostawał bez zajęcia. W oczach władz quasi-państewka o nazwie Litwy Środkowej, młodzi weterani pokroju Witolda, odważni i patriotyczni, zdawali się najlepszym kandydatami na obrońców nowego porządku. Pilecki znalazł się w Związku Bezpieczeństwa Kraju. Wkrótce przeszkolony w charakterze instruktora placówki, został skierowany do Nowych Święcian. A nie było to zadanie łatwe. Napięta sytuacja na pograniczu litewskim (szczególnie w obszarze „pasa neutralnego” – „ziemi niczyjej” będącej siedliskiem bandytów i dezerterów), wielokrotnie Pileckiemu nakazywała interweniować w obronie tamtejszej ludności. Władze w Wilnie zdawały się bezradne wobec przemocy litewskich szaulisów. Akty bezprawia zdarzały się nader często. I tak np. w kwietniu 1922 r. donoszono o incydencie w Indurkach, gdzie żołnierz litewski zabił Polaka za to, że „do Litwina mówił po polsku”[28]. Zadania Witolda wykraczały jednak poza konieczne zbrojne interwencje. Jak sam pisał: „Były to jeszcze czasy niepewne i chodziło o to, by wśród społeczeństwa wskrzesić tradycje żołnierskie. Ćwiczono się więc z bronią, musztrowano, by na wszelki wypadek być gotowym – los bowiem już od wieków narzucił ludziom kresów tę twardą konieczność”[29]. Nadto instruktorzy byli animatorami życia kulturalnego na prowincji. Stąd organizacja wiejskich teatrzyków i imprez, mających przyciągać ludność pogranicza do tradycji i życia polskiego. Witold Pilecki organizował także liczne uroczystości rocznicowe, do których zaliczały się m.in. obchody wybuchu powstań narodowych (listopadowego i styczniowego), zajęcia Wilna przez Żeligowskiego, a także imienin Józefa Piłsudskiego[30]. Z tej perspektywy wpisywał się ściśle w obrońcę polskiej sprawy, orędownika połączenia Wileńszczyzny z Polską, przywrócenia w niej ładu i spokoju. Zapewne znalazł się więc w szeregach żołnierzy zgromadzonych na Łukiszkach (ok. 4 tys.), w pierwszą rocznicę zajęcia Wilna (9 X 1921 r.), złączony wspólnym ślubowaniem, iż będzie bronić „do ostatniej kropli krwi” rodzimej, ojczystej Wileńszczyzny[31].

W „Demacie”

Służba w Związku Bezpieczeństwa Kraju przedłużyła kontakt Pileckiego z mundurem i sprawami obronności Ziemi Wileńskiej, rychło złączonej z odrodzoną Polską (6 kwietnia 1922 r.). Powoli zatem zbliżał się moment powrotu do „cywilnego” życia. Łagodne przejście ku codzienności zapewniła mu służba w „Demacie” (instytucji zajmującej się likwidacją mienia wojennego na Wileńszczyźnie), gdzie trafił Pilecki wiosną 1922 r. jaklo referent oddziału w Nowych Święcianach. Poszukujący skazy na życiorysie Witolda być może mógłby tu szukać sensacji. „Demat” był bowiem wymarzonym miejscem dla powstawania wszelkich nadużyć. Niemal codziennie rozstrzygano o losie majątku o niebagatelnej wartości. Obok materiałów pochodzących z wojennych umocnień polowych, ogłaszano przetargi na urządzenia przemysłowe (pompy, silniki spalinowe, prasy do siana, fabryki sztucznego lodu) oraz części do samochodów. Zdarzały się przypadki likwidacji całych elektrowni, które – pozostawione przez Niemców – oświetlały m.in. Święciany i Lidę. I chociaż ministerstwo co rusz podkreślało osobistą odpowiedzialność „odnośnych dowódców”, ogromne ilości materiałów z demobilu niezmiennie zachęcały do złodziejstwa[32]. Pilecki jednak pozostał nieugięty wobec pokus otaczających go z zewnątrz: „Jest okazja – wspominał po latach – do zrobienia majątku i do hulanek. Żydki nęcą grubymi łapówkami młodego kierownika Dematu, w zamian za wywóz transportu żelastwa z okresu minionej wojny. Witold jednak na robienie nieuczciwych interesów nie poszedł. Kupcy się dziwili. Proponowali pieniądze, kolacje, dziewczynki – bez rezultatu.” Inaczej – przyznawał Witold Pilecki – na tych stanowiskach się zachowywali[33].

Wielokrotnie Pileckiemu zdarzyło się czynnie wystąpić przeciwko nadużyciom. Porządek przywracał nie tylko „na służbie”, o czym świadczy zdarzenie w Łyntupach (niewielkim miasteczku w okolicy Święcian, gdzie zamieszkał jako referent). Oto w godzinach wieczornych (3 grudnia 1923 r.) otrzymał Witold informację o bałaganie, panującym na tamtejszej poczcie. Przybył tam jako kierownik „Dematu”, nazajutrz całość referując w liście: „Wczoraj wieczorem zrobiłem najście na pocztę, gdzie wszyscy po żołdzie byli pijani, zupełnie więc miałem już pewien rodzaj zadowolenia, że od pierwszego dnia (…) zrobiłem im taki bałagan, że pewno będą pamiętać. Żadnej szkody nie urządziłem, ale nastraszyłem trochę”[34].

Szybko Pilecki zaskarbił sobie opinię nieposzlakowanego urzędnika. W czasach wielkiego zamętu moralnego, przydającego na okres powojenny, wykazał poczucie sprawiedliwości, wbrew pozorom nie nazbyt częste. O wiele łatwiej było mu zatem zdobyć posady w Wilnie, wymagające poczucia sprawiedliwości oraz wielkiego zaufania.

Daczówna i Witold. Powrót do Wilna

Tymczasem dwuletni pobyt w nowoświęciańskiem zaowocował szczególną znajomością. Nie później niż na początku 1923 r. Pilecki poznał Kazimierę Daczównę – piękną mieszkankę miasteczka. Jak sam wyznawał, pokochał ją natychmiast, miłością silną i „pierwszą”. Częste spotkania zaowocowały pragnieniem zacieśnienia związku z Kazieńką. Ponad setka listów, napisana do Daczówny, obfitowała w liczne wyznania („Tych przenajsłodszych pieszczot nigdy, przenigdy nie zapomnę, ani tych ust gorących.”). Wobec matrymonialnych ambicji Witolda Daczówna wykazywała jednak dystans i brak zdecydowania – cechę charakteru, która niemało zaważyła na jej osobistych losach (podobno w latach trzydziestych poślubiła rzeźnika ze Lwowa). Od czasu, gdy 1924 r. Pilecki ponownie osiadł w Wilnie, kontakty z Daczówną wyraźnie osłabły, ograniczając się najczęściej do okazjonalnych spotkań. Znajomość przerwało dopiero małżeństwo Witolda z Marią Ostrowską (zawarte w 1931 r.).

W tym samym Witold Pilecki ponownie osiadł w Wilnie. Wiosną 1924 r. objął posadę sekretarza Związku Kółek Rolniczych, zaś rok później – funkcję sekretarza sędziego śledczego w tamtejszym Sądzie Okręgowym. Wzrosło uposażenie, a także liczba nowych wpływowych znajomości. Na ten czas miasto tętniło nowym życiem. Pilecki szybko stał się jego częścią, biorąc udział – nierzadko z obowiązku – w życiu towarzyskim elity. „W Wilnie bale sypią się jak z rękawa” – pisał do przyjaciółki po środku karnawału (w 1926 r.)[35]. Szczegółowo relacjonował przebieg wielu z nich, w tym wiele nowych znajomości. A jednak nie czuł zbytniego pociągu do tego wystawnego życia. Już po powrocie do rodzinnych Sukurcz z niechęcią pisał o wileńskich balach: „Dość mam tutaj nocy niewyspanych po lasach i polach. A tam skakać jak małpa wśród koła takich samych małpichrustów dla przyjemności tych co będą wyglądali i o mały włos nie obwąchiwali od stóp do głów”[36]. Bardziej zatem niż bale u „Żorża”, bądź rauty w „Domu Zakordonowym” (wystawiane przez ziemian z terenów wcielonych przez ZSRR), cenił spacery po czarownym Wilnie – wzdłuż Wilii aż po Wołokumpię, bądź po Ogrodzie Bernardyńskim (w jednym z listów wychwalał jego aurę: „oby żył wiecznie”). Innym razem deklarował: „Przeważnie łażę po górach Trzykrzyskiej, Giedyminowym grobie i /Górze/ Zamkowej, albo łażę bez celu po brzegu Wilii, a czasem bywam w muzeum.(…).” Dawał też upust osobistej pasji, goszcząc na cieszących wielkim zainteresowaniem zawodach hippicznych, organizowanych na Pośpieszce. Z radością notował wieści o przyjeździe utytułowanych jeźdźców (do których zaliczał się m.in. ppłk Karol Rómmel, zwycięzca Pucharu Narodów z Nicei, brat generała – Juliana).

Wolne chwile pozwalały z pewnością odetchnąć od ciężkiej pracy. Tym bardziej, że ta – u boku sędziego śledczego – dostarczała niezatartych wrażeń. Codziennością stało się uczestnictwo w przesłuchaniach (w więzieniu na Łukiszkach) bądź udział w rozprawach kryminalnych. Pileckiego wyraźnie intrygowała praca: „Kto lubi wrażenia (a ja zdaje się nigdy nie grzeszę brakiem zamiłowania do takowych) mieć je może w wilgotnych i ciemnych celach więziennych, gdzie dla badania zakładano więźniom kajdanki na ręce”[37]. I tak oto Witold Pilecki – przyszła ofiara zbrodni sądowej – był świadkiem licznych procesów: „Dziś skazano jednego gościa na śmierć – pisał o jednym z nich – na sali mdlała matka i narzeczona”[38].

***

Czas realizacji największego pragnienia zbliżał się jednak nieuchronnie. Latem 1926 r. dobiegł końca proces o odzyskanie wydzierżawionych przez ojca Sukurcz, dzięki czemu już 1 września Pilecki mógł wyprowadzić się z Wilna. Odtąd miał pędzić żywot ziemianina, wzorowego gospodarza i społecznika, organizatora spółdzielni mleczarskiej w Krupie, a także straży pożarnej. Zachował też związek z wojskiem i mundurem, m.in. organizując z własnej inicjatywy oddziały ochotnicze Przysposobienia Wojskowego (obdarowane mianem „Krakusów”). Związek z przepięknym grodem Gedymina zachował jednak przez następne lata. Obowiązki gospodarskie co prawda sprawiały, że w mieście gościł już rzadko, jednakże silną tożsamość z miastem młodości zachował przez długie lata. Do czasu wojny okazji do wizyt dostarczały pielgrzymki męskie, w których Witold uczestniczył co roku na trasie z Lidy do Kalwarii (wileńskiej). Przy tej okazji ponownie poświadczał silnego związku z religijnością, żywą i autentyczną od czasu dzieciństwa, z pewnością nigdy nie zachwianą. Ciekawym świadectwem tego autentyzmu pozostanie list do Daczówny, spisany wkrótce po takiej pielgrzymce, w reakcji na niedowierzanie Kazieńki. Na koniec przytoczmy go niemal w całości ze względu na jego piękno:

Kochana Kazieńko

Jak byłaś „niewiernym Tomaszem” tak nim i zostałaś. A ja zapomniałem o tym i pisałem o podróży pieszo z Lidy do Kalwarii. Ciekawe jaki ja miałbym cel pisać, że idę pieszo, a podróżować pociągiem. Co do intencji, o którą pytasz, to nie uważam za właściwe pertraktować z P. Bogiem w kupiecki sposób, to znaczy: „Ja dla Ciebie Boziu pójdę do Kalwarii, a Ty mnie za to daj to i tamto”.

Lecz wprost uważam, że tych kilka dni i trochę zmęczenia przyniesionych w ofierze jest bardzo małą cząstką wdzięczności za wszystko co od Boga mam. Za słońce, kwiaty, lasy, za przyjemne i przykre, które znosząc staję się lepszym i najwięcej za to zrozumienie właśnie tego, że i przyjemność i zmartwienie w gruncie rzeczy jest dobre, a nie tak jak niektórzy z musu tylko powtarzają, że „za wszystko trzeba dziękować Bogu”, ja to robię z przekonania.(…)”[39].

***

W jakim stopniu oblicze Witolda ukształtowała Wileńszczyzna? Czy wzór polskiego „żołnierza niezłomnego” byłby możliwy bez niej? Witold Pilecki był nieodłącznym dzieckiem swojego miejsca i czasu, biorąc garściami od wczesnej młodości z kolorytu i patriotyzmu swej ziemi. Trudno byłoby wyobrazić sobie heroiczne czyny Witolda – aż do czasu sądowej zbrodni wykonanej na nim 25 maja 1948 r. – bez tego szczególnego złączenia wychowania domu i środowiska, bez zachowanych zasad skautingu, szczerej religijności oraz poczucia narodowego obowiązku. Z tej perspektywy miary symbolu dodaje scena z Auschwitz, z otchłani zła, gdzie trafił Witold dobrowolnie, by nieść pomoc rodakom. Tam przez współwięźnia został zapytany o miejsce swojego pochodzenia: „Pan z transportu warszawskiego? Zapytałem. Tak z samej Warszawy przyjechałem do Oświęcimia. „Po akcencie mowy jednak wnioskuję, że nie jest pan urodzonym warszawiakiem? O! nie – odpowiada tamten – urodziłem się w Wilnie. Rodzinną moją ziemią jest Wileńszczyzna”[40].

Krzysztof Tracki


Przypisy:

1. Do tej klasyfikacji zaliczył Pileckiego brytyjski historyk, profesor Michael Foot w dziele: „Six Faces od Courage” (1978).

2. S. Brzozowski, Nasze „ja” i historia, [w:] Legenda Młodej Polski, Lwów 1910, s. 8 – 9.

3. A. Korzeniowski, Listy z Wołogdy [w:] Tygodnik Ilustrowany, r. LXI, 1920, nr 4, s. 69.

4. M. Pilecka, Dzieje rodu Pileckich, s. 24.

5. M. Pilecka, op. cit., s. 22, 29.

6. ibidem, s. 26 – 27.

7. Wspomnienia Eleonory Ostrowskiej, Archiwum Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, t. 179, s. 146.

8. Tramwaje konne kursowały w Wilnie od 1893 r. W następstwie zniszczeń wojennych zarzucono plan ich odnowy, a sieć torów rozebrano w latach dwudziestych. Por. J. Kłos, Wilno. Przewodnik krajoznawczy, Wilno 1923, s. 10, 113, 191. Autor liczbę mieszkańców Wilna przed 1914 rokiem podnosi do 250 tysięcy. Por. też: Wilno i Ziemia Wileńska. Zarys monograficzny, oprac. S. Kościałkowski, W. Zawadzki, B. Rydzewski, Wilno 1938, s. 102; Księga adresowa m. Wilna. Wileński Kalendarz Informacyjny na rok 1937, s. 41.

9. J. Remer, Wilno, Poznań 1935, s. 79.

10. W. Feldman, O Rosyi, s. 37.

11. W. Pilecki, Życiorys, CAW 2844, k. 1.

12. M. Pilecka, op. cit., s. 29. Wiadomo, że pomnik Murawiewa był przez wilnian lżony i bezczeszczony w bardzo wymyślny sposób – np. smarowany pod osłoną nocy końskim łajnem bądź walerianą (dla skutecznego ściągnięcia pod monument okolicznych psów i kotów).

13. Za: M. Fularski, Przysposobienie wojskowe, s. 149.

14. Cyt. za A. Wasilewskim. Zob. Relacja dh. Antoniego Wasilewskiego, op. cit., s. 67. Jeśli chodzi o wymienione tu miejsca obozowania harcerzy, na uwagę może m.in. zasługiwać Rolnicza Stacja Doświadczalna w Bieniakoniach. Ryszard Kiersnowski w zarysie wspomnień zatytułowanych „Moje Bieniakonie” pisał: „Bieniakonie stają się znane w środowiskach agrarnych dzięki działalności Rolniczej Stacji Doświadczalnej, założonej w 1912 roku w pobliżu miasteczka przez okolicznych ziemian na podarowanych na ten cel gruntach wydzielonych z majątku Bolcieniki. Kierował nią od początku aż do 1939 roku Wacław Łastowski, który po utworzeniu w 1919 roku Uniwersytetu Stefana Batorego został tam profesorem. W latach międzywojennych stacja ta uchodziła za jedną z najlepiej zorganizowanych w Polsce. Prowadzono w niej zwłaszcza hodowlę zbóż i roślin motylkowych, starając się dostosować ich odmiany do klimatycznych i glebowych warunków Wileńszczyzny, a głównym osiągnięciem była nowa odmiana łubinu, której nadano nazwę „murzynek bieniakoński” oraz „żyto bieniakońskie” wkrótce upowszechnione na Kresach, przede wszystkim w gospodarstwach chłopskich. W 1937 roku placówka ta obchodziła dwudziestopięciolecie istnienia, zjechało się około stu hodowców i pracowników naukowych z całej Polski, których profesor Łastowski podejmował przy stołach ustawionych w stodole, bo w budynku stacji, acz dość obszernym, nie było oczywiście miejsca na takie spotkanie. Więc gratulacje i życzenia! Ad multos annos! – a nikt nie przeczuwał, że będą to już tylko dwa lata, dwa sezony selekcji, siewów i badań, bo z nagła: na gościńcu pył, na gościńcu kurz, na gościńcu krasnych maków mrowie – jak postrzega autor przejmującego wiersza o wrześniowym najeździe ze wschodu. Zob. R. Kiersnowski, Moje Bieniakonie, Ziemia Lidzka nr 4/2009.

15. J. Kłos, Wilno, s. 42.

16. M. Pilecka, op. cit., s. 51.

17. M. Pilecka, op. cit., s. 69; W. Pilecki, Wspomnienia, Archiwum Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, t. 179, s. 1.

18. W. Pilecki, Wyciąg z życiorysu, k. 1.

19. W. Pilecki, Wspomnienia, s. 2.

20. M. Pilecka, op. cit., s. 74.

21. J. Erdman, op. cit., s. 55, 13-14.

22. S. Aleksandrowicz, Relacja płk…., Wspomnienie o 13 Pułku Ułanów, Cz. IV.

23. Cyt. za: T. Strzembosz, Saga o „Łupaszce” ppłk Jerzym Dąmbrowskim (1889-1940), Warszawa 2006, s. 22.

24. M. Gajewski, Bracia Dąbrowscy…, Nasz Czas, Wilno 2002.

25. T. Strzembosz, op. cit., s. 63.

26. N. Davies, Orzeł Biały, Czerwona Gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920, Kraków 2006, s. 53.

27. Cyt. za: B. Skaradziński, Sąd Boży 1920, s. 323.

28. Mieszkańcy w reakcji odebrali żołnierzom karabiny „i dość dobrze ich pobili”. Zob. Meldunek, Wilno 30 IV 1922, LCVA w Wilnie, Fond 22, k. 4.

29. W. Pilecki, Wspomnienia, s. 6.

30. S. Bobrowski, Sprawozdanie roczne z działalności Związku Bezpieczeństwa Kraju /1 luty 1921 – 31 stycznia 1922/, LCVA Fond 22, s. 1-5.

31. T. Kawalec, Związek Bezpieczeństwa Kraju, Wilno 1922, s. 21-22.

32. Przemysł i Handel, Tygodnik Ministerstwa Przemysłu i Handlu, Warszawa 2 III 1922, z. 9.

33. W. Pilecki, Wspomnienia, s. 6.

34. W. Pilecki do K. Daczówny, Łyntupy 4 XII 1923.

35. W. Pilecki do K. Daczówny, Wilno 26 II 1926.

36. W. Pilecki do K. Daczówny, 5 VIII 1930.

37. W. Pilecki do K. Daczówny, Wilno /1925/.

38. W. Pilecki do K. Daczówny, Wilno 26 I 1926.

39. W. Pilecki do K. Daczówny, Sukurcze 5 VI 1930.

40. E. Ciesielski, Poprzez katownie hitleryzmu 1941-1943. Wspomnienia Edwarda Ciesielskiego, APMO, t. 179, s. 48 – 4.

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.





Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz