Porzucił swych żołnierzy „Olgierd”, który zachował się wyjątkowo podle. Odpędzał od siebie swoich własnych żołnierzy, którzy się do niego garnęli. Gdy ci nie chcieli tego zrobić, to wyjął broń i zagroził, że będzie strzelać. Podobnie uczynił por. „Lech”, twierdząc, że stan zdrowia nie pozwala kierować mu batalionem. Analogicznie postąpił porucznik „Siwy”.
U „Jastrzębia”, którego wspominam z ogromną estymą nauczyłyśmy się z Tośką żołnierskiego rzemiosła. – wspomina – Joanna Zamościńska – Szybko zostałyśmy awansowane na starszych strzelców i uzbrojone w karabiny. Szłyśmy obok „Jastrzębia” na prowadzone przez jego batalion akcje. Czasami było to na czele oddziału, a zdarzało się, że na końcu. Jak zaczynał się bój, to „Jastrząb” wysyłał nas z meldunkami do kompanii czy plutonów. Najczęściej trzeba się było czołgać, bo kule gwizdały gęsto. Czasami zdarzało się tak, że jak znalazłyśmy się na pierwszej linii, to zdejmowałyśmy karabiny i waliły do wroga. Szczególnie Tośka się do tego rwała. Miała do tego talent. Bywało jednak, że gdy zaczęła się walka i „Jastrząb” przez lornetkę oglądał przedpole bitwy na stojąco, to my też stałyśmy, co mu się nie podobało. Pamiętam, jak pierwszy raz obrócił się za siebie i powiedział kategorycznie. – Może się jednak obywatelki położą, bo tu jednak strzelają! – Leon Mariański, który później ze względów konspiracyjnych w Polsce Ludowej zmienił nazwisko na Karłowicz, uszczypliwie zauważył, że panienki boją się ubranek zabrudzić… Leon, z którym się bardzo przyjaźniłam też pochodził z Zasmyk.
Wielu dobrych żołnierzy
– Wieś ta dała „Jastrzębiowi” bardzo dużo żołnierzy, w tym wielu członków mojej rodziny. Walczył w nich m.in. mój brat Bogusław. Jak się zaczęło pospolite ruszenie i mobilizacja do dywizji to z Zasmyk wyruszył w rejon Ossy na koncentrację także mój stryj Antoni Zamościński i mój stryjeczny brat Tadeusz Zamościński, taki trochę komunizujący, ale uważał, że trzeba się iść bić za polski Wołyń. Stryj nie doszedł jednak do Ossy, bo po drodze zginął. Jak mi później opowiadał Tadeusz wstąpili oni po drodze do jakiejś opuszczonej chaty, pod lasem bo byli bardzo głodni. Znaleźli tam kartofle i zaczęli gotować na kuchni, gdzie stały jakieś garnki. Pech chciał, że akurat drogą przy której znajdowała się chałupa, przejeżdżali Niemcy i zauważyli dym z komina. Do lasów, to się oni nigdy nie pchali, ale jeździli drogami w ich pobliżu, jak coś zauważyli to strzelali. Tak było i tym razem. Stanęli pod chałupą myśląc pewnie, że zaskoczyli partyzantów. Stryj z bratem widząc ich wyskoczyli przez okno i zaczęli uciekać do lasu. Stryj niestety dostał a brat zdołał dobiec do lasu. Później się błąkał przez wiele dni, przeżywając straszne chwile. Bał się, że złapią go Niemcy, albo banderowcy. Stryj został natomiast przy tej chałupie. Nie miał nawet pogrzebu… Jak „Kowal” zabrał nas do siebie o czym już mówiłam a potem przeniósł do „Sokoła”, to mój brat Bogusław nadal pozostał u „Jastrzębia” dzięki temu losy tego oddziału zawsze były mu bliskie i dość dobrze je znam.
„Dziewiątka” od „Kowala”
– Wspomnę może, że jak byłyśmy u „Kowala”, który też bardzo mnie lubił a później często gościł w naszym krakowskim mieszkaniu, to ten zabrał mi moją damską „szósteczką”, którą miałam oprócz karabinu i wręczył mi dużą męską „dziewiątkę”. Taka broń niewątpliwie lepiej nadawała się na pole walki. Z tą „dziewiątką” i karabinem poszłam z „Kowalem” do akcji na Hołoby. „Kowal” postanowił na nie uderzyć, bo w miasteczku tym Niemcy zbudowali magazyny, w których gromadzili zaopatrzenie dla frontu wschodniego. Nasze zgrupowanie odczuwało zaś ogromne braki w umundurowaniu i w sprzęcie. „Kowal” na podstawie meldunków wywiadu uznał, że magazyny te są do zdobycia, a materiały w nich zgromadzone znacząco poprawią zaopatrzenie zgrupowania „Gromady”. Do przeprowadzenia akcji z dwoma kompaniami i po jednej kompanii z batalionów „Krokaya”, „Siwego” i „Trzaska”. Do akcji został jeszcze wyznaczony pluton kawalerii i połowa naszej artylerii, czyli jedno działko, które na koncentrację przyprowadził oddział „Bomby”. Na początku akcja rozwijała się bardzo dobrze. Batalion „Jastrzębia” wykonał swoje zadanie bardzo dobrze. Ściągnął na siebie całą uwagę niemieckiego garnizonu i związał go walką. „Kowal” widząc to zacierał ręce.
„Siwy” zawalił sprawę
– Jego plan zdawał się przynosić efekty. Pozostałe jednak oddziały nie wykonały rozkazu „Kowala” i nie zaatakowały Niemców. „Kowal” się wściekł. Wsiadł na konia i pogalopował na linię. Później mówił nam, że por., „Siwy” całkowicie zawalił sprawę. Gdy dotarł na jego stanowisko zaczęło już dnieć i nie można było kontynuować natarcia. Oddziały dywizji musiały się też wycofać, bo z Łucka Niemcy przysłali Hołobom odsiecz „Kowal” bardzo ostro skarcił „Siwego”, zarzucił mu indolencję i brak żołnierskich umiejętności. Akcja na Hołoby była całkowicie nie udana.
Joanna Zamościńska szczególnie zapamiętała odwrót zgrupowania z Lasów Mosurskich. Omal zresztą w nich nie zginęła. – Gdy dywizja znajdowała się w okrążeniu i pierścień się wokół niej zaciskał, czekaliśmy na rozkaz wymarszu. – wspomina – Siedzieliśmy w jakiejś chałupie, zamienionej na kancelarię batalionu. Był do niej podciągnięty nawet telefon. Tośka uznała, że skoro nikt nas nie szuka, to sobie umyje głowę. Gdy to zrobiła, nagle telefon zadzwonił. Ona podniosła słuchawkę i zaczęła rozmawiać. Wtedy nagle w szczyt domu, w którym siedzieliśmy uderzył niemiecki pocisk. Chałupa się zatrzasnęła i było tylko kwestią czasu, kiedy, uderzy w nią drugi pocisk. Krzyknęłam do Tośki – wyrwij słuchawkę i uciekamy. Ta na szczęście usłuchała. Wybiegła z ręcznikiem na głowie i ze słuchawką w ręku na podwórko i wtedy w chałupę walnął kolejny pocisk, który rozniósł ją w drobny mak.”
Ruszyliśmy do przodu
– Ledwie uszliśmy z życiem. Do końca życia zapamiętałam też słynne przejście dywizji przez tory, kiedy to przebijała się ona na północ. Najpierw szła kolumna sztabowa. Ona tory przeszła bez przeszkód. Nasz batalion, „Sokoła”, szedł jako drugi i także udało mu się przejść niezauważonym. Gdy pokonaliśmy tory za nami rozpętało się piekło. Cała przestrzeń przed torami stała się nagle jasna jak w dzień. Niemcy zaczęli strzelać rakietami i oświetlili cały teren. Jednocześnie skierowali na niego straszny ogień. „Jastrząb”, który szedł za nami natychmiast się wycofał, żeby unikać strat. My ruszyliśmy do przodu. Marsz odbywał się w absolutnych ciemnościach. Było dosłownie tak ciemno, że aby się nie zgubić musieliśmy trzymać się za pasek poprzedników, żeby nie zginąć w mroku. Szliśmy w absolutnej ciszy żeby nie zwrócić uwagi Niemców. Brnęliśmy przez jakieś błota czy bagna dziś już nie pamiętam. Miejscami przypominały one dosłownie topieliska. Ktoś tam wpadł, trzeba go było wyciągnąć. Jakoś udało się nam ten trudny odcinek pokonać. Nikt z oddziału „Sokoła” nie zginął. Gorzej było w Lasach Szackich. Tam nie mieliśmy po prostu co jeść. Od czasu do czasu dostawaliśmy, po łyżce rozgotowanego zboża. Byliśmy strasznie głodni. Pamiętam, że kiedyś, gdy już padałyśmy z nóg „Kowal” dał nam po kostce cukru. Skąd je wziął nie wiem, ale bardzo nas to podbudowało. Trwaliśmy jakoś w tych Lasach Szackich, zdając sobie sprawę, że zbyt długo nie przetrwamy. Po pewnym czasie wyruszyła pierwsze kolumna w kierunku Prypeci. Miała ona przejść front niemiecko – rosyjski i wydostać się na obszar, gdzie będziemy mogli odpocząć.
Do Lasów Parczewskich
– Za nią miały przejść następne kolumny. Na szczęście zostały one wycofane. Tylko kolumna „Gardy” sforsowała Prypeć ponosząc straty. Kolumna, w której ja byłam otrzymała rozkaz przeprawiania się za Bug. Przeszliśmy go przez bród rozebrani do naga, trzymając nad głową zwinięte ubranie i karabiny. Było to o ile pamiętam w rejonie Sławatycz. Tam zatrzymaliśmy się w jakiejś chałupie. Tam gospodynie dały nam jakąś bieliznę i kazały się nam wysuszyć. Stamtąd przemaszerowaliśmy do Lasów Parczewskich. Tu wreszcie mogliśmy wypocząć i doprowadzić się do porządku. Tu też spotkałam się z bratem i oddziałem „Jastrzębia”, który po wyczerpującej wędrówce przebił się przez Bug na Lubelszczyznę. Od opowieści brata dosłownie włosy jeżyły się na głowie. Część zgrupowania „Osnowa” tworzona w pobliżu Włodzimierza i dwie kampanie „Jastrzębia”, bo jedna zdołała przejść przez tory, poszła w rozsypkę. Częściowo sytuację opanował por. „Zając”, który zebrał część rozbitków i zdołał przeprowadzić ich przez tory. „Jastrząb” zdecydował się pozostać za torami i ratować błąkających się po lasach żołnierzy. Wiedział, że część dowódców najzwyczajniej zdezerterowała.
Zbierał wszystkich rozbitków
– Porzucił swych żołnierzy „Olgierd”, który zachował się wyjątkowo podle. Odpędzał od siebie swoich własnych żołnierzy, którzy się do niego garnęli. Gdy ci nie chcieli tego zrobić, to wyjął broń i zagroził, że będzie strzelać. Podobnie uczynił por. „Lech”, twierdząc, że stan zdrowia nie pozwala kierować mu batalionem. Analogicznie postąpił porucznik „Siwy”. „Jastrząb” zbierał pod swoją komendę wszystkich rozbitków. Mój brat był jednym z nich. Uciekał, a później był tak zmęczony, że usnął pod jakimś drzewem. Przyśniła mu się wtedy nasza mama, która powiedziała mu – synu, uciekaj, bo zaraz będą tu Niemcy. Brat się zerwał na nogi i wtedy zobaczył pod krzakiem „Kowińskiego”, czyli Jana Bednarka, który dowodził plutonem i razem odskoczyli w las. Po jakimś czasie spotkali się z grupą zebraną przez „Jastrzębia”. Nie był to jednak powód do zadowolenia. Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę, że część żołnierzy dywizji nie przeszła torów i dalej się błąka. Starali się ich wytępić. „Jastrząb”, jak mi opowiadał brat, starał się zebrać wszystkich żołnierzy dywizji i unikał jak mógł starć z Niemcami. W sumie krążył on z oddziałem przez dwa miesiące. W oddziale panował głód i „Jastrząb” musiał robić cuda, żeby ludzie mieli co jeść. Patrole krążyły po całej okolicy, szukając cokolwiek do zjedzenia. Brat mi opowiadał, że któregoś dnia znaleźli pole ziemniaków dopiero co wiosną posadzone. Cały oddział wyruszył więc na „majowe wykopki”.
Wypoczynek w Maślukach
– Gdy jednak zdołali założyć obozowisko, to długo na nim nie posiedzieli. Zaraz ruszała niemiecka obława. Czasami bywało tak, że Niemcy przechodzili o kilka metrów od żołnierzy „Jastrzębia”, niemal się o nich ocierając. Bywało, że krążyli zupełnie po omacku. Raz najnormalniej wleźli na niemieckie obozowisko i znaleźli się między niemieckimi namiotami. Na szczęście Niemcy też się nie zorientowali i spali tak mocno, że ich przepuścili. Gdy słuchałam opowieści brata w Maślukach w Lasach Parczewskich, to nie chciało mi się wierzyć. Tak jak inni żołnierze dywizji wypoczywaliśmy pełną piersią. „Kowal” zorganizował w Lasach Parczewskich regularny garnizon. Działały wszystkie służby, kuchnie polowe, kwatermistrzostwo. W zwartym szyku oddziały chodziły do kościoła. Wszyscy żołnierze odżyli i byli gotowi do walki. Wszyscy wiedzieli, że za kilka tygodni Armia Czerwona wkroczy na Lubelszczyznę i Armia Krajowa powinna wobec niej wystąpić w roli gospodarza terenu. Z Lasów Parczewskich przebiliśmy się w kierunku Lubartowa i Kozłówki. Z oddziałem „Sokoła” staliśmy właśnie w Kozłówce, gdy w pałacu zaczęły się rozmowy z delegacją sowiecką. Szeregowi żołnierze niewiele z tego rozumieli. Wszyscy myśleliśmy, że pójdziemy na odsiecz Warszawie, gdzie trwało powstanie.
Ruszyliśmy w stronę Warszawy
– Nagle gruchnęła wieść, że mamy złożyć broń, a dywizja zostaje rozwiązana. Konsternacja wśród żołnierzy była ogromna. Poszliśmy w stronę Lubartowa, gdzie po drodze w tartaku składaliśmy broń. Oddziały w tym miejscu się zatrzymały. Żołnierze nie wiedzieli, co dalej robić. Byli zdezorientowani, nie wiedzieli, co dalej robić. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Później został ogłoszony rozkaz, że jeszcze się Polsce przydamy, że teraz każdy musi radzić sobie sam. My z Tośką razem z „Sokołem” zorganizowaliśmy małą grupę i ruszyliśmy w stronę Warszawy. Nie szliśmy oczywiście szosami, ale bocznymi, polnymi drogami. Nocowaliśmy po drodze gdzieś w stodołach, kupując u chłopów po drodze żywność. Tak dotarliśmy do Klementowic. Tam z Tośką ruszyłyśmy na zwiad. Stało tam Wojsko Berlinga i jako dziewczyny poszłyśmy do żołnierzy, żeby wśród nich rozejrzeć się w sytuacji. Wszyscy byliśmy ciekawi, co to jest za wojsko. Tam szybko odnaleźliśmy naszych chłopaków z dywizji, którzy po rozwiązaniu dywizji zdecydowali się wstąpić do Ludowego Wojska Polskiego. Było ich tylko kilku.
Nowa tożsamość
– Tłumaczyli nam, że wszystkich naszych porozrzucali po jednostkach, by w żadnej kompanii nie było ich więcej niż dwóch, trzech. Po odpoczynku razem z „Sokołem” ruszyliśmy dalej w kierunku Otwocka. Marsz był już bardzo ryzykowny. Nawet polne drogi zajmowało już wojsko. Jakoś jednak udało nam się dotrzeć do Otwocka. Zamieszkaliśmy tam na strychu w budynku sanatorium przeciwgruźliczego. Nie mieliśmy jednak żadnych dokumentów i nie mogliśmy się swobodnie poruszać się po miasteczku. „Sokół”, który miał znajomości w miasteczku, poszedł do urzędu i załatwił dokumenty dla wszystkich. Ja otrzymałem papiery stwierdzające, że nazywam się Maria Lipińska. Przestaliśmy się wtedy ukrywać, przenieśliśmy się do takiej bursy i zastanawialiśmy się, co dalej robić. Warszawa, w której trwało powstanie płonęła i nie było mowy o tym, żeby się do niej przedostać. Na obiady chodziliśmy do stołówki prowadzonej przez Radę Główną Opiekuńczą. Cały czas byliśmy jakoś związani z konspiracją. Ja się za dużo nie pytałam, ale szybko się zorientowałem, że UB i „Smiersz” wyłapują naszych. Któregoś dnia i ja zostałam zatrzymana.
Cdn.
Marek A. Koprowski






