Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” dowodzona przez gen. Franciszka Kleeberga była ostatnim zgrupowaniem Wojska Polskiego stawiającym zorganizowany opór we wrześniu 1939 roku.

Powstała z oddziałów zapasowych, resztek rozbitych formacji i jednostek Korpusu Ochrony Pogranicza. Jej zadaniem była obrona Polesia, a później marsz na odsiecz Warszawie. – Nasza grupa składała się z resztek różnych jednostek. Widziałem miedzy innymi marynarzy z Flotylli Pińskiej, lotników spieszonych bez sprzętu. Trzeba powiedzieć, że była pełna dyscyplina wojskowa – wspominał walczący w SGO Stanisław Pobudejski, wówczas podchorąży, po wojnie major.

„Mam żołnierzy pod swoją komendą. Nie opuszczę ich”

Po agresji Związku Sowieckiego 17 września sytuacja stała się dramatyczna. Większość polskiego dowództwa ewakuowała się do Rumunii, jednak gen. Kleeberg postanowił pozostać z podkomendnymi. „Wojna jest przegrana, ale honor żołnierza nie jest przegrany. Mam żołnierzy pod swoją komendą. Nie opuszczę ich” – tłumaczył decyzję pozostania. Zgrupowanie liczyło około 18 tysięcy żołnierzy, skupionych w dwóch dywizjach piechoty (50. i 60.), dwóch brygadach kawalerii oraz oddziałach pomocniczych.

Oddziały „Polesia” prowadziły marsz w stronę Warszawy, staczając potyczki zarówno z Niemcami, jak i z Sowietami. Po otrzymaniu wieści o kapitulacji stolicy Kleeberg zdecydował się skierować wojska na południe, ku Dęblinowi, gdzie znajdowały się zapasy broni. Wtedy napotkał na swej drodze wojska niemieckiego XIV Korpusu Zmotoryzowanego.

Ostatnia bitwa kampanii wrześniowej

2 października pod Kockiem rozpoczęła się czterodniowa bitwa, ostatnia kampanii wrześniowej. Polacy walczyli przeciwko dwóm dywizjom zmotoryzowanym Wehrmachtu – 13. i 29. Walki toczyły się w wielu miejscowościach, m.in. pod Serokomlą, Krzywdą, Adamowem i Wolą Gułowską. Polacy kilkakrotnie przechodzili do ofensywy, zdobywając pozycje przeciwnika i zadając mu poważne straty. 5 października szturm na Wolę Gułowską zakończył się sukcesem – polskie oddziały opanowały klasztor karmelitów, odpierając Niemców z okolicznych wzgórz.

Mimo taktycznych zwycięstw, los polskich żołnierzy był przesądzony. Amunicja kończyła się w szybkim tempie, a możliwości zaopatrzenia praktycznie nie było. 5 października po południu gen. Kleeberg podjął najtrudniejszą decyzję w swojej karierze – ogłosił kapitulację, aby nie narażać podkomendnych na bezsensowną śmierć. „Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może. Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili – każąc zaprzestać dalszej bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą karność, wiem, że staniecie, gdy będzie trzeba. Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie!” – pisał w ostatnim rozkazie.

Bitwa zakończyła się taktycznym sukcesem Polaków, lecz w wymiarze strategicznym zwycięstwo należało do Niemców. 6 października 1939 roku w Kocku, przy zachowaniu honorów wojskowych, żołnierze SGO „Polesie” złożyli broń. – Kiedy szliśmy do niewoli, siedząc jeszcze na koniach, bo musieliśmy złożyć broń, żołnierze niemieccy salutowali nam – wspominał w Polskim Radiu kleeberczyk Eugeniusz Pfeipfer.

Do niewoli trafiło ponad 16 tys. polskich żołnierzy, w tym czterech generałów. Bitwa pod Kockiem była ostatnim aktem kampanii wrześniowej – pokazała, że mimo klęski militarnej, Polska nie skapitulowała bez walki.

Generał Kleeberg trafił do niewoli niemieckiej, gdzie zmarł w 1941 roku. Jego żołnierze zapamiętali go jako dowódcę wiernego zasadzie, że obowiązkiem jest walka „dopóki są środki i nadzieja”.

Kresy.pl / PAP / Polskie Radio

General Franciszek Kleeberg (1888-1941), źródło: Wikipedia.

Czytaj też: „Była to obrona skazana na samotność”. Hel bronił się najdłużej

Tagi:
forma płatności