15 grudnia 1981 roku podczas pacyfikacji strajku w kopalni Manifest Lipcowy w Jastrzębiu-Zdroju funkcjonariusze ZOMO użyli broni palnej wobec protestujących górników. Czterech z nich zostało rannych od kul.
Był to pierwszy przypadek strzelania do strajkujących górników w czasie stanu wojennego. Dzień później doszło do tragedii w kopalni „Wujek” w Katowicach, gdzie zginęło dziewięciu protestujących.
Strajk w Manifeście Lipcowym wybuchł po aresztowaniach działaczy zakładowej „Solidarności” w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Części z nich udało się ukryć na terenie kopalni, gdzie powstał komitet strajkowy. Zakład miał szczególne znaczenie symboliczne – w sierpniu 1980 roku podpisano tam Porozumienie Jastrzębskie.
15 grudnia kopalnię otoczyły oddziały milicji i wojska. Przed południem oddziały szturmowe weszły na jej teren. Górnicy barykadowali bramy, które forsowano przy pomocy czołgów. Początkowo używano gazów łzawiących i petard, następnie członkowie plutonu specjalnego ZOMO oddali strzały z broni palnej. Rany postrzałowe odniosło czterech górników, przewiezionych później do szpitala górniczego w Jastrzębiu-Zdroju.
Jednym z nich był Czesław Kłosek, wówczas 24-letni górnik. Pocisk po rykoszecie przeszedł przez jego gardło i utkwił w kręgosłupie, gdzie pozostaje do dziś. — Byliśmy górnikami, a nie żołnierzami; nie wychodziliśmy z kopalni, sądząc, że władza nie użyje broni w zakładzie pracy — wspominał. Relacjonował, że moment strzelania był nagły: — Zanim się zorientowałem, poczułem potężne uderzenie i runąłem na ziemię.
Po wielu godzinach operacji lekarze uznali, że usunięcie pocisku groziłoby śmiercią pacjenta, dlatego Kłosek żyje z nim do dzisiaj.
Po 1989 roku wszczęto śledztwa dotyczące pacyfikacji śląskich kopalń. Kłosek, który ukończył studia prawnicze, występował jako oskarżyciel posiłkowy. Sądy skazały członków plutonu specjalnego ZOMO biorących udział w strzelaniu. — Pamięć musi pozostać — podkreślał po latach — bo bez niej łatwo zniekształcić historię i zapomnieć, kto naprawdę tworzył „Solidarność”.
Kresy.pl / PAP











