20 listopada 1964 roku przed Stołecznym Sądem Wojewódzkim w Warszawie ruszył proces w sprawie, która przeszła do historii jako „afera mięsna”.
Przed Stołecznym Sądem Wojewódzkim w Warszawie stanęli kierownictwo oraz pracownicy państwowych przedsiębiorstw Miejski Handel Mięsem (MHM), odpowiedzialnych za dystrybucję mięsa w stolicy.
Na ławie oskarżonych zasiadło dziesięć osób, w tym dyrektor Stanisław Wawrzecki. Składowi sędziowskiemu przewodził Roman Kryże. Zakończone wyrokiem śmierci postępowanie stało się symbolem: za przestępstwo gospodarcze w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, zwykle zagrożone karą kilku lat więzienia, orzeczono karę główną.
Czytaj też: „Przyszła pora na Melchiora” – proces, który ośmieszył władzę
Cel „wychowawczy”?
W realiach gomułkowskiej Polski mięso było towarem szczególnej potrzeby – deficytowym, reglamentowanym i traktowanym jako miara dobrobytu. Kolejne kryzysy aprowizacyjne, kartki oraz centralne sterowanie gospodarką sprzyjały powstawaniu nadużyć w ubojniach, zakładach przetwórczych i sklepach. Na tym tle na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ujawniono w stolicy zorganizowane nadużycia w Miejskim Handlu Mięsem.
Według aktu oskarżenia Wawrzecki, jako dyrektor przedsiębiorstw zaopatrujących kilka warszawskich dzielnic, miał razem z podwładnymi zawłaszczyć wielomilionowe kwoty, tolerować fałszowanie mięsa i oszukiwanie klientów. Praktyka polegała m.in. na „wyczarowywaniu” nadwyżek dzięki gorszemu składowi wędlin, sprzedaży lepszego towaru „na boku” oraz łapówkach wręczanych kontrolerom. Skala tych działań, nagłośniona przez prasę, została przedstawiona jako jedno z głównych źródeł braków mięsa w sklepach.
Oskarżeni niewątpliwie dopuszczali się nadużyć i kradzieży mięsa, jednak w warunkach państwa demokratycznego tego rodzaju czyny nie stanowiłyby podstawy do tak skrajnie surowych wyroków. Proces aferzystów mięsnych w PRL przeprowadzono w trybie doraźnym, przewidzianym dekretem z 1945 roku, a nie według kodeksu postępowania karnego. Oznaczało to brak możliwości odwołania i pozwalało sądowi sięgnąć po najwyższy wymiar kary.
Wygodny kozioł ofiarny
W atmosferze silnych nacisków politycznych 3 lutego 1965 roku sąd skazał Stanisława Wawrzeckiego na karę śmierci, a dziewięciu współoskarżonych na kary długoletniego więzienia, w tym dożywocia. Rada Państwa 18 marca 1965 roku odrzuciła prośbę o ułaskawienie, a już następnego dnia w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej wyrok na dyrektorze MHM został wykonany przez powieszenie. W późniejszych ocenach podkreślano, że główny oskarżony nie miał nawet cienia szansy na sprawiedliwy wyrok i stał się wygodnym kozłem ofiarnym w sytuacji chronicznych braków żywności oraz narastającego niezadowolenia społecznego.
Dopiero w 2004 roku Sąd Najwyższy, rozpatrując kasację rzecznika praw obywatelskich Andrzeja Zolla, stwierdził rażące naruszenie prawa przy orzekaniu i uchylił zapadłe wyroki. Sąd Najwyższy zaznaczył, że unieważnienie wyroków nie oznacza pełnej rehabilitacji skazanych, ponieważ nawet rzecznik praw obywatelskich nie kwestionował faktu popełnienia przez nich nadużyć. Mimo udokumentowanych naruszeń prawa, prokuratorzy i sędziowie, którzy prowadzili sprawę w warunkach politycznych nacisków, nie ponieśli żadnych konsekwencji.
Kresy.pl / IPN
Czytaj też: Sędziowe z PRL na przymusową emeryturę?











