W dniach 14-15 marca odbędzie się VII Zjazd Związku Polaków na Białorusi. Będzie to wyjątkowy zjazd, ponieważ do dnia dzisiejszego białoruskie władze nie chcą uznać faktu istnienia ZPB i odmawiają prawa do istnienia największej organizacji polskiej na Białorusi. Mimo to, a także na przekór wszystkim przeciwnościom, organizacja działa. O wynikach czteroletniej pracy, o zbliżającym się zjeździe oraz o perspektywach pozjazdowych “Głos znad Niemna” rozmawia z prezes ZPB, Andżeliką Borys.
Co Pani zdaniem można zaliczyć do sukcesów w ostatnich czterech latach?
Andżelika Borys: – Te cztery lata były być może najtrudniejsze w dziejach organizacji. A jednak, mimo nieprzyjemności, które ją spotkały, mimo represji wobec działaczy ZPB, udało się zachować strukturę, udało się prowadzić zgodnie ze Statutem działalność kulturalno-oświatową, udało się zachować autentyczność. Bardzo ważne jest, że mimo niezdrowej sytuacji wokół Związku odbywały się wyjazdy dzieci i młodzieży na kolonie do Polski, przeprowadziliśmy szereg udanych imprez kulturalnych, oświatowych, historycznych. Swoistym podsumowaniem tych czterech lat stały się obchody XX-lecia Związku, zorganizowane w ubiegłym roku w Grodnie. W ramach jubileuszowych uroczystości wystawa, opowiadająca o powstaniu, dziejach i teraźniejszości ZPB, gościła w Europarlamencie, a potem w Sejmie RP. To zapewne pomogło wielu ludziom zrozumieć genezę powstania i funkcjonowania największej polskiej organizacji na Białorusi.
Ostatnie cztery lata – to lata ciężkiej pracy i prowadzonej równolegle walki o możliwość normalnego legalnego funkcjonowania. Dzięki walce organizacji o swoje prawa ZPB stał się znany na całym świecie. Za tym, co osiągnęliśmy w ostatnich czterech latach, stoi oddana praca tysięcy ludzi w całym kraju. Do swoich sukcesów mogę zaliczyć fakt, że działalność Związku nie została upolityczniona i nadal pozostajemy organizacją społeczną. Związek nie brał udziału w żadnej kampanii politycznej, nie brał udziału w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych na Białorusi. Nie popieraliśmy żadnej opcji politycznej, dzięki czemu udało nam się zachować poprawne relacje z większością środowisk zarówno na Białorusi, jak i w Polsce. Naszym głównym zadaniem było i pozostaje prowadzenie działalności odrodzeniowej, co, moim zdaniem, nam się udaje. To właśnie zaliczam do niewątpliwych sukcesów naszej organizacji w upływającej kadencji.
Były jednak także porażki…
– Zawsze twierdziłam, że największą wartością organizacji są ludzie, a nie domy czy biura. Tam, gdzie są ludzie, gdzie widać zainteresowanie naszą sprawą, organizacja nadal działa, nawet bez siedzib. Po tym, jak organizacji zabrano całe mienie słyszałam głosy, że musimy o nie walczyć, musimy walczyć o Domy Polskie. Jednak taka logika, moim zdaniem, nie ma większego sensu. Nie może być priorytetem walka o domy i mury. Bo co z tych domów, jeśli będą stały puste, nie będzie w nich ludzi, nie będzie komu prowadzić działalności? Właśnie hasłem: “ludzie – nie domy” kierowałam się w ciągu ostatnich czterech lat i pod tym względem nie mam sobie nic do zarzucenia.
Oczywiście, tak olbrzymia presja, jaka spadła na Związek, nie mogła nie odbić się negatywnie na jego działalności. Ludzie byli szykanowani, represjonowani, zastraszani. Mimo to wiele osób w całym kraju wykazało, nawet w tak trudnej sytuacji, aktywność i wytrwałość. Chciałabym podziękować im wszystkim za wiarę i siłę. Patrząc z perspektywy czasu na te cztery lata, muszę jednak z przykrością stwierdzić, iż w niektórych przypadkach – w sytuacjach kryzysowych, drastycznych, kiedy musiałam podejmować trudne i odpowiedzialne decyzje – pewne osoby z naszego otoczenia zachowały się po tchórzowsku. To uważam za moją osobistą porażkę.
Niektórzy obserwatorzy do porażek Związku zaliczają fakt, że do dnia dzisiejszego organizacja jest nielegalna i nie udało się doprowadzić do jej uznania przez władze Białorusi.
– Nie mogę się z taką oceną zgodzić. To, że Związek nie jest uznawany przez białoruskie władze, wynika z wielu powodów. Nie jest przecież tak, że nie walczyliśmy o to, by zaczęto nas traktować jak równorzędnych partnerów w rozmowach. Jako prezes przez te wszystkie lata dążyłam do legalizacji organizacji. Niejednokrotnie próbowaliśmy nawiązać dialog z organami władzy państwowej, żeby wyjaśnić sytuację. Pod koniec ubiegłego roku i na początku tego roku wysłałam szereg listów w imieniu własnym oraz Zarządu Głównego ZPB do przedstawicieli najwyższych władz państwowych Białorusi. Na dzień dzisiejszy, moim zdaniem, problem legalizacji naszej organizacji wynika jedynie z braku dobrej woli politycznej ze strony władz białoruskich. Cztery lata, o których mówimy, były właśnie drogą do legalizacji. Dzisiaj już wiemy, że ta droga okazała się dłuższa, niż by się chciało i organizacja wciąż nie jest uznawana na Białorusi. Zbliża się jednak zjazd i, mam nadzieję, że stanie się on kolejnym krokiem na drodze do przywrócenia normalności wokół ZPB.
Jakie więc są główne tematy, oczywiście oprócz wyboru prezesa organizacji, które zostaną omówione na zjeździe?
– Przede wszystkim zjazd ten, jeśli uda się uniknąć ingerencji z zewnątrz, powinien pokazać autentyczność i siłę naszej organizacji poprzez udział w nim delegatów z oddziałów ZPB z całego kraju, z najdalszych nawet zakątków. Zjazd powinien zaapelować do władz Białorusi o uznanie działalności Związku Polaków.
Jest jeszcze kilka konkretnych propozycji. Wszystkie sprowadzają się jednak do tego, że niezbędny jest dialog między władzami a Związkiem i, co istotne, nasza organizacja chce tego dialogu, jest otwarta na wszystkie konstruktywne propozycje ze strony władz. Oczywiście, podkreślę to raz jeszcze, będziemy rozmawiali tylko z decydentami, tudzież z ludźmi, którzy są odpowiedzialni za podejmowanie decyzji odnośnie ZPB, a nie z marionetkami czy podstawionymi osobami.
Mam nadzieję, że zjazd pokaże siłę naszej organizacji. Chyba że z powodów od nas niezależnych do niego nie dojdzie i będziemy musieli go rozpisać ponownie. W założeniu Rady Naczelnej zjazd powinien się odbyć w terminie. Ale im bliżej zjazdu, tym więcej napotykamy prowokacji, tym większą presję ze strony władz odczuwają działacze Związku, delegaci na zjazd w całym kraju oraz ja osobiście. Mimo tak niesprzyjających warunków zrobimy jednak wszystko, żeby zjazd się odbył.
Taki stosunek władz białoruskich nie wydaje się Pani dziwny? Nie jest Pani przykro z powodu tego, że do władz nie docierają argumenty Związku?
– Jest to tym bardziej przykre, że nigdy nie dążyłam do upolitycznienia organizacji. W odróżnieniu od swojego poprzednika, nie brałam udziału w wyborach parlamentarnych, nie pozwoliłam wciągnąć organizacji w politykę. Najważniejsze dla mnie było zorganizowanie sprawnej pracy oddziałów w terenie i umożliwienie organizacji prowadzenia działalności oraz, w miarę możliwości, realizowanie zagadnień statutowych. Jest to przykra sytuacja. Jak dotychczas jednak od żadnego z urzędników państwowych nie usłyszałam konkretnej odpowiedzi na pytanie: jakie może być wyjście z tej małokomfortowej sytuacji.
Bądźmy dobrej myśli i wierzmy, że do zjazdu dojdzie. Co, Pani zdaniem, będzie najważniejszym zadaniem organizacji w następnych czterech latach?
– Działalność naszej organizacji będzie zależała od sytuacji politycznej na Białorusi. Mimo wszystko powinniśmy dążyć do legalizacji Związku. Jeśli nie uda się tego zrealizować w najbliższym czasie, będziemy nadal prowadzić działalność kulturalno-oświatową tak, jak robiliśmy to przez ostatnie cztery lata. To, czy okaże się bardziej, czy mniej owocna, będzie zależało od władz. Jeśli zamiast koncentrować się na organizacji imprez kulturalnych, Związek będzie musiał skupiać siły dla obrony represjonowanych członków, to taka praca będzie mniej efektywna. Jeśli dużo sił będziemy poświęcać obronie swoich członków, zapewnieniu im ochrony, fachowej pomocy prawnej, to na działalność kulturalną i oświatową zostanie o wiele mniej czasu. Taką działalność Związek prowadzi już od 20 lat, ma to zresztą zapisane w Statucie organizacji. Jednak skuteczność naszych starań zależy od wielu czynników zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Jeśli będziemy napotykać przeciwdziałanie ze strony władz, jeśli nadal będzie wywierana presja na poszczególnych działaczy, tę statutową działalność będzie o wiele trudniej prowadzić niż w normalnych warunkach.
Reasumując, jak Pani ocenia pozjazdowe perspektywy ZPB?
– Zjazd ma zademonstrować, że zależy nam na dialogu z władzami, że zależy nam na legalizacji organizacji. Jak na razie nikt z nami ze strony władz nie rozmawia. W takiej sytuacji zjazd, który uchwaliłby konkretne, konstruktywne propozycje, pokazałby wszystkim, że organizacja jest silna i, co istotne, nie jest jakimś zamkniętym klubem, lecz jest otwarta na wszystkich ludzi i na współpracę ze wszystkimi. Zjazd to zgromadzenie ludzi, którzy reprezentują poszczególne oddziały z całego kraju. To nie jest Andżelika Borys, decyzje której komuś mogą się podobać, a komuś – nie. Zjazd to są ludzie, konkretni działacze, którzy zbierają się raz na cztery lata, żeby zweryfikować kierunek, w którym podąża organizacja, żeby podjąć konkretne decyzje, które inni będą musieli zaakceptować. Zgodnie ze Statutem zjazd jest najwyższym organem Związku i jego postanowienia są wiążące dla wszystkich członków organizacji na najbliższe cztery lata.
Dziękuję za rozmowę.
Igor Bancer
8 marca 2009r.,”Głos znad Niemna”





























