W poniedziałek doszło do niejasnego incydentu w okolicy waszyngtońskiej siedziby prezydenta USA. Agenci specjalni twierdzą, że strzelały do osobnika trzymającego w ręku broń.
Zastępca dyrektora Tajnych Służb, Matthew Quinn, powiedział reporterom, że mężczyzna, opisany jako „podejrzany osobnik, który wydawał się posiadać broń palną”, został zauważony około godziny 15:30 czasu wschodniego przez agentów ubranych po cywilnemu, którzy powiadomili o fakcie funkcjonariuszy umundurowanych, skierowanych następnie do jego zatrzymania.
Według relacji agentów Tajnych Służb mężczyzna miał nie słuchać poleceń, uciekać z bronią w ręku, którą miał “wymachiwać”. Następnie miał oddać strzał w stronę funkcjonariuszy. Ci odpowiedzieli ogniem.
W wyniku strzelaniny ranny został nie tylko podejrzany, ale też postronny świadek zdarzenia. Ten drugi jest nieletni. Obaj musieli zostać poddani hospitalizacji. Natomiast żaden z interweniujących funkcjonariuszy nie odniósł obrażeń, zrelacjonowała NBC.
Personaliów podejrzanego nie upubliczniono.
Strzelanina miała miejsce w okolicy Białego Domu, ale nie jest jasne czy ma związek z osobą prezydenta Donalda Trumpa, czy kimkolwiek z jego administracji. Niemniej funkcjonariusze Tajnych Słów wbiegli na trawnik przez Białym Domem z długą bronią i zachęcili przedstawicieli mediów do opuszczenia trawnika i udania się do sali odpraw Białego Domu. Dziennikarzy przetrzymywano tam przez 1o minut.
Do strzelaniny doszło nieco poand tydzień po tym, jak 31-letni Cole Allen, nauczyciel i inżynier z Kalifornii postrzelił agenta Tajnych Służb w waszyngtońskim hotelu, gdzie trwała uroczysta kolacja Trumpa i wiceprezydenta J. D. Vance’a z korespondentami środków masowego przekazu.
nbcnews.com/kresy.pl































