31 października 1929 roku doszło do jednego z najpoważniejszych kryzysów konstytucyjnych II Rzeczypospolitej. Marszałek Sejmu Ignacy Daszyński, jeden z przywódców niepodległościowego ruchu socjalistycznego, odmówił otwarcia obrad parlamentu w obecności uzbrojonych oficerów, towarzyszących marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu.
Wydarzenie to było kulminacją rosnącego napięcia między obozem sanacyjnym a opozycją skupioną wokół tzw. Centrolewu.
Od zamachu majowego 1926 roku Piłsudski sprawował faktyczną władzę w państwie, choć formalnie nie był już premierem. Sanacja głosiła hasła „naprawy państwa” i walki z „partyjniactwem”, a w rzeczywistości systematycznie ograniczała niezależność parlamentu.
Piłsudski przyprowadził 100 uzbrojonych oficerów
W 1928 roku, po pierwszych wyborach przeprowadzonych w warunkach powojennej stabilizacji, utworzono Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem – polityczne zaplecze marszałka. Mimo uzyskania największej liczby mandatów, BBWR nie zdobył większości, co zmuszało rząd do współpracy z opozycją.
Z czasem jednak narastał konflikt między obozem Piłsudskiego a Sejmem, szczególnie po tym, gdy w 1929 roku rozpoczęto prace nad zmianą konstytucji. Piłsudski coraz wyraźniej tracił wpływ na parlament. Opozycja – socjaliści, ludowcy i narodowcy – blokowała projekty rządowe i przygotowywała wniosek o wotum nieufności wobec gabinetu Kazimierza Świtalskiego.
W wywiadzie z końca września Piłsudski nazwał posłów „reprezentantami gasnącego świata”, we wcześniejszych nazywał ich z kolei m.in. „istotami zafajdanymi” i „małpami”. Przywódca obozu sanacji był ponadto świadomy, że w ciągu kilku tygodni prezydent Ignacy Mościcki zostanie zmuszony do zwołania sesji budżetowej Sejmu. Piłsudski wyznaczył jej otwarcie na 31 października 1929 roku.
Na polski kryzys polityczny nałożyły się też informacje o wielkim krachu na giełdzie nowojorskiej, który nie wróżył dobrze polskiemu budżetowi. Piłsudski wiedział, że jego obecność na sali sejmowej w roli zastępcy chorego premiera może zostać wykorzystana przez opozycję. Spodziewano się ostrych wystąpień, gwizdów, a nawet demonstracyjnych okrzyków przeciw marszałkowi. Obawiając się kompromitacji, ten zdecydował się na pokaz siły. Obecność zbrojnych żołnierzy miała stworzyć atmosferę presji i pokazać, że władza wykonawcza góruje nad ustawodawczą.
„Heca”
W tak napiętej atmosferze 31 października 1929 roku Piłsudski przybył na Wiejską w otoczeniu ponad stu uzbrojonych oficerów dowodzonych przez płk. Wacława Kostka-Biernackiego. Ich wejście do gmachu Sejmu wywołało wstrząs. Posłowie opozycji mówili o próbie zastraszenia lub nawet rozproszenia parlamentu, co umożliwiłoby rozwiązanie izby i całkowite podporządkowanie jej władzy wykonawczej.
Ignacy Daszyński, stojący na czele Sejmu, stanowczo odmówił otwarcia obrad w takiej sytuacji. Stwierdził, że nie może otworzyć posiedzenia, ponieważ do budynku „wdarło się przemocą 90 uzbrojonych żołnierzy WP, którzy na moje żądanie opuszczenia gmachu Sejmu odpowiadają odmownie”. Gdy zaś do jego gabinetu wszedł Piłsudski, marszałek Sejmu oświadczył: „Pod bagnetami, rewolwerami i szablami nie otworzę”. Była to manifestacja w obronie godności parlamentu i zasad demokracji. Piłsudski nazwał zachowanie Daszyńskiego „hecą”, a wychodząc, rzucił obelgę: „To dureń”.
Po tej rozmowie Daszyński zawiadomił prezydenta Ignacego Mościckiego o groźnej sytuacji i – na jego sugestię – odroczył posiedzenie. Wkrótce oficerowie opuścili budynek. Do starcia na sali plenarnej nie doszło, a konfrontacja zakończyła się politycznym zwycięstwem parlamentu.
Odpowiedzialna postawa Daszyńskiego, wspieranego przez konwent seniorów i opozycję, zapobiegła eskalacji i uratowała na pewien czas autorytet Sejmu. Choć sanacja nie zrezygnowała z dążeń autorytarnych, a już rok później rozprawiła się z opozycją w tzw. procesie brzeskim, to właśnie protest Daszyńskiego stał się symbolem obrony zasad konstytucyjnych i niezależności władzy ustawodawczej wobec rosnącego nacisku obozu Piłsudskiego.
Kresy.pl /PAP









