Na Podkarpaciu rolnik zniszczył 25 tys. główek kalafiorów, protestując przeciwko odrzucaniu polskich warzyw przez sieci handlowe. Rolnicy z regionu alarmują, że przetwórnie nie odbierają tegorocznych plonów, a oferowane ceny są rażąco niskie. W apelu podkreślają, że upadek gospodarstw odbije się na wszystkich konsumentach.

Pod Leżajskiem w województwie podkarpackim doszło do protestu rolników. Sławomir Kępa, producent warzyw z miejscowości Giedlarowa, w obecności mediów rozjechał traktorem 25 tys. główek kalafiorów. Jak tłumaczył, decyzja była wynikiem desperacji po tym, jak handel odmówił przyjęcia jego plonów.

„Teraz przy zbiorach pracowałem po 100 godzin tygodniowo. Bywało, że spałem gdzieś na podłodze. Człowiek starał się wyprodukować najlepsze, co tylko można” – mówił Sławomir Kępa. Wskazywał, że mimo ogromnego wysiłku i dbałości o jakość, nie znalazł nabywców na swoje warzywa. – „Nie opłaca się zbierać, nie chcą tego odebrać, nie ma chętnych. Teraz wszystko musi być zmulczowane” – dodał rolnik, po czym wsiadł na ciągnik i zniszczył całe pole kalafiorów.

Może Cię zainteresować: Rolnik z Łomży walczy o przetrwanie gospodarstwa. W sąsiedztwie chlewni ma powstać blok mieszkalny

Konferencja prasowa zorganizowana na miejscu miała zwrócić uwagę na trudną sytuację producentów warzyw w regionie. Rolnicy podkreślali, że przetwórnie nie odbierają tegorocznych zbiorów i wciąż nie rozliczyły się za dostawy z poprzedniego roku. Dodatkowo oferowane obecnie ceny skupu są tak niskie, że zbiór przestaje być opłacalny.

Podczas spotkania padły mocne słowa ostrzeżenia. „Stać was na markety? Jak upadną rolnicy, nie będzie nas, nie będzie też was” – mówiła jedna z rolniczek, apelując o solidarność i odpowiedzialność konsumentów.

Zdjęcia i nagrania z wydarzenia zamieścił w mediach społecznościowych europoseł Konfederacji Tomasz Buczek, który wcześniej współpracował z rolnikami podczas protestów przeciwko importowi produktów z Ukrainy.

W rozmowie z Wirtualną Polską Agata Kępa, żona Sławomira i współprowadząca gospodarstwo, wyjaśniła decyzję o zniszczeniu części upraw. „Ten kalafior po prostu nie nadawał się już do zbioru. Został zmulczowany” – powiedziała. Tłumaczyła, że z uwagi na położenie pola w środku dużego areału nie mogli zaprosić klientów na samozbiory, które w ostatnim czasie stały się popularną formą sprzedaży bezpośredniej. Część plonów małżeństwo przekazało do lokalnych szkół i domu dziecka.

Zobacz także: Tanie ziemniaki z Holandii zalewają rynek. „Polski rolnik dostaje jak 20 lat temu”

„W tej chwili nasze polskie produkty nie mogą przebić się na półki do sklepów w Polsce. Jest za to kalafior belgijski, hiszpański. Nie rozumiem. Dlaczego? Mamy kalafiory najlepszej jakości, z ekologicznym certyfikatem Global GAP, a mimo to od wielu dni dzwonię, pytam, czy ktoś chce nasz towar. Słyszę odmowy lub ceny, które wręcz nas rujnują” – relacjonowała rolniczka.

Różnica między skupem a półką sklepową

Agata Kępa wskazała, że oferty, jakie otrzymują rolnicy, wynoszą od 1,80 do 2,80 zł za główkę kalafiora, podczas gdy w sklepach warzywa te kosztują od 8 do 11 zł. Jej zdaniem uczciwa cena powinna zapewnić producentowi około 3,50 zł i niewielką marżę dla handlu detalicznego.

„W zeszłym roku regionalne sklepy spożywcze płaciły za kalafiory 5 zł. Oferowały warzywa w umiarkowanej cenie i oznaczały tabliczką, że produkt pochodzi z naszego gospodarstwa. To była wzorowa współpraca” – wspominała rolniczka.

Rodzina Kępów prowadzi gospodarstwo o powierzchni 200 hektarów, uprawiając różne gatunki warzyw. Jak podkreślają, nie oczekują dotacji ani preferencyjnych kredytów. Agata Kępa ukończyła studia ekonomiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, a jej mąż wcześniej pracował jako programista w branży IT.

„My damy sobie radę, gdyby istniały uczciwe warunki produkcji. Mam wrażenie, że import z Zachodu czy umowa UE z krajami Mercosur to część większego kryzysu, który ma rzucić rolników na kolana” – stwierdziła. „Proszę osoby, które chcą wspierać polską produkcję, by napisały choćby maila do swojego sklepu: chcę kupować polskie. To może stworzyć choć minimalną presję. W tej chwili ponosimy ogromne straty” – apelowała.

Rolniczka zaznaczyła również, że konsumenci często nie zdają sobie sprawy z nakładu pracy, jaki wymaga każda uprawa. „Chciałabym, żeby ludzie to docenili. To są kluczowe dni, w których walczymy o przetrwanie. Kalafior to bardzo wrażliwe warzywo – nie poczeka. Jeśli zostanie na polu, przerośnie, zżółknie i nie będzie się już nadawał ani do zbioru, ani do spożycia” – podkreśliła.

Kryzys w rolnictwie

Protest z Giedlarowej jest kolejnym sygnałem narastającego kryzysu na rynku warzyw i owoców. Wielu producentów organizuje samozbiory, by uratować plony przed zmarnowaniem. Wskazują, że wysokie koszty produkcji, rosnące opłaty i import z zagranicy wypychają z rynku krajowych wytwórców. Rolnicy coraz częściej podkreślają, że ich dramatyczna sytuacja nie dotyczy wyłącznie wsi, ale całego łańcucha żywnościowego w Polsce.

Kilka dni temu opisywaliśmy sytuację innego rolnika z Podkarpacia, który w akcie desperacji wyrzucił na pole 150 ton ziemniaków, których nikt nie chciał kupić. Choć towar był wysokiej jakości, w skupie oferowano groszowe ceny.

W Gałkowicach w woj. świętokrzyskim plantator Maciej Siekiera udostępnił mieszkańcom swoje pole papryki do darmowego samozbioru. Podobne inicjatywy pojawiają się w całym kraju – w internecie rośnie liczba ogłoszeń o samozbiorach, w których paprykę można kupić nawet za 1 zł za kilogram.

Ceny papryki przemysłowej w Polsce spadły do 60–80 groszy za kilogram, co sprawia, że jej produkcja przestała być opłacalna. Ceny skupu innych warzyw są jeszcze niższe. Rolnicy podają, że cebula sprzedawana jest po 25 groszy za kilogram, a marchew przemysłowa zaledwie po 15 groszy.

Czytaj: Rekordowy import papryki do Polski. Rolnicy załamani, warzywa gniją na polach

Kresy.pl/wp.pl

Tagi: ,
forma płatności