W przeciwieństwie do wiceministra obrony w swoim rządzie, premier Donald Tusk zasugerował, że nie jest zwolennikiem dyslokacji do Polski tych amerykańskich żołnierzy, którzy obecnie stacjonują w Niemczech.
Odnosząc się do spekulacji administracji Donalda Trumpa o wycofaniu kilku tysięcy żołnierzy amerykańskich z garnizonów w Niemczech szef polskiego rządu zajął ostrożne stanowisko. “Sprawa jest delikatna, jeśli chodzi o te plany wycofywania wojsk amerykańskich z niektórych państw europejskich, jak państwo pamiętacie, tam pojawiały się w przestrzeni publicznej zapowiedzi czy groźby wycofania wojsk amerykańskich z Niemiec, z Włoch, z Hiszpanii, chyba nie powinniśmy jako państwo podbierać, nie wiem, czy wiecie, o co mi chodzi” – słowa Tuska zacytował w poniedziałek portal Dorzeczy.pl.
Sekretarz obrony Pete Hegseth, a następnie sam prezydent USA zasugerowali, że kontyngent sił zbrojnych USA stacjonujący na stałe na terytorium Niemiec od czasów zimnej wojny może zostać zredukowany o 5 tys. żołnierzy. Operacja ich wycofania ma zająć 6-12 miesięcy.
Jednak Tusk nie chciał w związku z tym publicznie ubiegać się o ich dyslokację do Polski. “Ja nie pozwolę na to, żeby Polska była w jakikolwiek sposób wykorzystywana do łamania solidarności czy współpracy na poziomie europejskim” – zacytował portal Dorzeczy.pl – “My potrzebujemy obecności amerykańskiej nie tylko w Polsce, ale także w innych miejscach, bo to służy, tak czy inaczej, polskiemu bezpieczeństwu”.
Tuska jednocześnie przedstawił się jako polityk zdecydowanie proamerykański, atlantycki.
Słowa premiera stoją w sprzeczności z poniedziałkową wypowiedzią wiceministra obrony Pawła Zalewskiego. “Musimy poczekać na decyzję Pentagonu, natomiast naszą intencją jest to, by amerykańskie zdolności w Polsce i generalnie na wschodniej flance zwiększać. Tego typu sposób myślenia znajduje zrozumienie w Pentagonie” – powiedział wywiadzie radiowym Zalewski.
dorzeczy.pl/kresy.pl






























