Najwyższy poziom ostrzeżenia przed powodzią obowiązuje na krótkim odcinku Odry w Brandenburgii, gdzie wyznacza granicę Niemiec z Polską. W niektórych bardziej wiejskich obszarach rzeka już wystąpiła z brzegów.
Jak informuje Deutsche Welle, najwyższy poziom ostrzeżenia przed powodzią obowiązuje na krótkim odcinku Odry w Brandenburgii, gdzie wyznacza granicę Niemiec z Polską. W niektórych bardziej wiejskich obszarach rzeka już wystąpiła z brzegów.
Władze Brandenburgii we wschodnich Niemczech nadal przygotowują obronę przeciwpowodziową i planują ewakuację dotkniętych obszarów, jeśli będzie to konieczne, ponieważ wysoka woda przepływa wzdłuż Odry z Europy Środkowej, która poniosła największe straty w wyniku poważnych powodzi.
Najwyższy poziom ostrzeżenia przed powodzią w czterostopniowej skali stosowanej w Niemczech obowiązywał na odcinku rzeki na południe od przygranicznego miasta Frankfurt nad Odrą, a poziom alertu został podniesiony w nocy z wtorku na środę.
Niemiecki dziennik „Berliner Zeitung” cytuje przedstawicieli organizacji ekologicznych, którzy podkreślają, że wschodnia część Brandenburgii uniknęła katastrofalnych skutków powodzi dzięki sytuacji w Polsce. Axel Kruschat, reprezentujący brandenburską organizację ochrony środowiska BUND, zaznacza, że pęknięcia zapór w Polsce doprowadziły do zalania znacznych terenów wzdłuż rzeki Odry, co miało bezpośredni wpływ na złagodzenie sytuacji po niemieckiej stronie granicy.
Według Kruschata, dzięki rozlewiskom powstałym po polskiej stronie, znaczna część wody opuściła falę powodziową, co przyniosło ogromną ulgę Brandenburgii. Ekolog podkreśla, że gdyby cała ta woda dotarła do Niemiec, istniało ryzyko, że brandenburskie wały przeciwpowodziowe mogłyby nie wytrzymać naporu.
Tym samym, sytuacja w Polsce odegrała kluczową rolę w ochronie regionu przed większymi zniszczeniami.
Powódź na południu i zachodzie Polski trwa od półtora tygodnia. W pierwszych dniach zalane zostały m.in. Nysa, Kłodzko oraz Lądek-Zdrój. We wtorek Onet opublikował reportaż redaktora Marcina Wyrwała na ten temat. “W pierwszych dobach po nadejściu fali powodziowej w zalanych miejscowościach Kotliny Kłodzkiej polskiego państwa nie było lub funkcjonowało ono szczątkowo” – stwierdza dziennikarz.
“Do Kotliny Kłodzkiej dojechałem w niedzielę wieczorem, kiedy w region uderzyła największa fala powodziowa. Już w pierwszym miejscu, które odwiedziłem następnego dnia, zdewastowanym przez wodę salonie barberskim Elwiry Dulskiej przy ulicy Połabskiej w Kłodzku, dowiedziałem się, że władze nie ostrzegły mieszkańców o nadchodzącym kataklizmie” – czytamy.
Wyrwał podkreśla, że okoliczni mieszkańcy nie byli poinformowani o tym, co nadchodzi. “W ciągu dnia [w sobotę 14 września – red.] zaglądaliśmy chyba z pięć razy do salonu, żeby sprawdzić, jak to wygląda” – wskazuje cytowana przez niego właścicielka salonu. “Wiedzieliśmy tyle, co z telewizji, ale nikt [z władz] nie mówił: ‘Słuchajcie, jesteście zagrożeni, zabierajcie swoje rzeczy, uciekajcie stąd’. Do ostatniej chwili pracowała stacja benzynowa Orlenu. Nie tylko my, ale wszyscy ludzie siedzieli spokojnie w domach. Nie było żadnych władz, nie było wojska, do ostatniej chwili siedzieli, a potem skakali z drugiego piętra, żeby się wydostać z budynku” – dodaje.
“Już w piątek [13 września, na dzień przed powodzią – red.] dzwoniliśmy do miasta, żeby nam wojsko dali, ale powiedzieli, że wojewoda jeszcze nie podjął decyzji. Wojewoda podjął decyzję dopiero w sobotę o godz. 16, kiedy woda przechodziła już prawie przez mur przy domu. Wtedy już nie było czego ratować” – relacjonuje z kolei pan Paweł Kisielewski, który mieszka w domu tuż przy rzece.
“Tu, w najwęższym gardle Kotliny Kłodzkiej, nie było straży, policji, nikogo, byliśmy tylko my sami” – wskazuje mężczyzna. Także on nie otrzymywał wcześniejszych ostrzeżeń o możliwej ewakuacji.
Inny mieszkaniec stwierdza, że “było zero organizacji”.
Przeczytaj: Tusk zlekceważył zagrożenie powodzią? “W środę 11 września wydaliśmy ostrzeżenia”
Kresy.pl/DoRzeczy






























