Serbska Partia Postępowa od lat cieszy się stabilnym poparciem społecznym, podobnie jak jej lider, prezydent Aleksandar Vučić. Problem w tym, że po dwóch latach do parlamentu wróciła opozycja, a sami postępowcy stracili samodzielną większość i będą mocniej uzależnieni od swoich potencjalnych koalicjantów.

Prezydenckie ugrupowanie jak zawsze wystartowało w bloku złożonym z kilkunastu partii, reprezentujących całe spektrum sceny politycznej. Skupiona wokół Serbskiej Partii Postępowej (SNS) koalicja „Razem możemy zrobić wszystko” zdobyła 120 miejsc w 250-osobowym Zgromadzeniu Narodowym Republiki Serbskiej. Drugie miejsce z 37 mandatami zdobył kolejny szeroki sojusz, czyli opozycyjna „Zjednoczona Serbia”.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl wynosi 22 tys. PLN. Do tej pory zebraliśmy:

6374 PLN    (28.97%)
Nr konta: 60 1020 1097 0000 7302 0195 3702
Wspieraj Kresy.pl

Na trzecim miejscu uplasowała się współrządząca dotychczas Socjalistyczna Partia Serbii (SPS) wraz ze swoimi koalicjantami, która będzie miała 32 posłów. Wynoszący 3 proc. próg wyborczy udało się przekroczyć również Narodowo-Demokratycznej Alternatywie (NADA) z 15 mandatami, zielono-lewicowemu ruchowi „Musimy” z 13 mandatami, a także prawicowym „Blokowi Patriotycznemu” i Serbskiej Partii „Zavetnici” z 10 miejscami w parlamencie.

Równolegle w Serbii odbyły się wybory prezydenckie. Obyło się w nich bez żadnej sensacji. Z poparciem prawie 60 proc. głosów wygrał je już w pierwszej turze wspomniany Vučić. Jego główny konkurent, emerytowany generał Zdravko Ponoš ze „Zjednoczonych dla Serbii”, otrzymał tylko 18,8 proc. Pozostali kandydaci nawet nie zbliżyli się do dwucyfrowego wyniku.

Tak naprawdę najwięcej emocji wywołały wybory samorządowe, a dokładniej głosowanie w serbskiej stolicy. Co prawda wygrał je SNS wraz ze swoimi sojusznikami, ale opozycja wierzy, że uda jej się odbić Belgrad z rąk bloku prezydenckiego. W chwili pisania tego tekstu nie przeliczono jeszcze wszystkich głosów, a z pojawiających się doniesień wynikało, że SNS i SPS szli łeb w łeb z partiami opozycyjnymi.

System Vučicia

Należy podkreślić, że w tym roku w Serbii odbyły się przedterminowe wybory parlamentarne. W czerwcu 2020 roku Serbowie poszli do urn, mogąc wybierać praktycznie jedynie pomiędzy ugrupowaniami wspierającymi obecną głowę państwa. Opozycja postanowiła zbojkotować głosowanie sprzed dwóch lat, bo uważała, że władza nie zapewni demokratycznych wyborów i w rzeczywistości nie da przeprowadzić swoim przeciwnikom kampanii przedwyborczej z prawdziwego zdarzenia.

Vučiciowi udało się bowiem stworzyć system, w którym do jego ugrupowania, najczęściej z powodów koniunkturalnych, należy aż kilkanaście procent całej serbskiej populacji. Poza tym postępowcy mogą liczyć na poparcie wszystkich największych mediów państwowych i prywatnych. Nietrudno się w tym kontekście domyślić, że SNS do swojej partyjnej kampanii wykorzystuje również państwową administrację oraz policję.

Jednocześnie obóz Vučicia cały czas stara się o przyjęcie Serbii w poczet członków Unii Europejskiej, co zresztą jest jednym z powodów utrzymującego się wysokiego poparcia dla postępowców. Brak opozycji w parlamencie nie był zbyt dobrze widziany przez państwa zachodnie, dlatego ostatecznie podjęto rozmowy o ponownym przeprowadzeniu wyborów. Duży udział odgrywały w nich delegacje z Parlamentu Europejskiego, które przyjeżdżały do Belgradu pośredniczyć w negocjacjach.

Siłą SNS jest fakt, że potrafi zgrabnie lawirować zarówno pomiędzy różnymi ideologiami, jak i czołowymi aktorami polityki międzynarodowej. Z jednej strony Vučić delegował na stanowisko premiera zadeklarowaną lesbijkę Anę Brnabić, a z drugiej jednoznacznie opowiada się przeciwko próbom zmiany definicji rodziny. Starając się o członkostwo w UE prowadzi politykę wielowektorową, zacieśniając współpracę z Chińską Republiką Ludową oraz kontynuując doskonałe relacje z Rosją.

Opozycja wraca z ulicy

Ostatnie sześć lat to pasmo nieustających protestów organizowanych przez opozycję, albo nieprzychylne rządowi postępowców i socjalistów ruchy obywatelskie. Na ogół dotyczyły one tłumienia wolności słowa i braku poszanowania dla wartości demokratycznych, stąd na liście spektakularnych akcji ulicznych z udziałem opozycjonistów można znaleźć chociażby szturm na serbską telewizję publiczną.

W ubiegłym roku sukcesem okazały się natomiast protesty przeciwko degradacji serbskiego środowiska naturalnego. Demonstrantom udało się przede wszystkim zablokować planowane uruchomienie największej kopalni litu w Europie. Ostatecznie rząd SNS i SPS musiał wycofać ustawę wywłaszczeniową w dolinie Jadaru, którą miał na wspomniany cel zagospodarować angielsko-australijski koncern Rio Tinto.

Na fali protestów przeciwko kopalni powstała koalicja ekologicznych ugrupowań „Musimy”, która odniosła spory sukces w wyborach parlamentarnych, bo po niecałych trzech miesiącach od powstania została piątą siłą polityczną Serbii. Z drugiej strony zielona lewica z każdym tygodniem traciła poparcie (w niektórych badaniach uzyskiwała wynik dwucyfrowy), głównie z powodu dosyć skromnej oferty skierowanej do potencjalnych wyborców.

Pod tym względem „Musimy” nie różniło się jednak znacząco od bardziej umiarkowanej części opozycji. Przeciwnicy obecnej władzy, skupieni w ugrupowaniach od centroprawicy do centrolewicy, nie mieli zbyt jasnego programu. Tak naprawdę można było go streścić do chęci odsunięcia Vučicia od władzy i demokratyzacji kraju. Trudno było jednak wypracować rozwiązania w pozostałych kwestiach, gdy „Zjednoczoną Serbię” tworzyły partie z całego spektrum sceny politycznej.

Urosła prawica

Jak już wspomniano, postępowcy sprawnie lawirują pomiędzy różnymi ideologiami i grupami interesu. Widać jednak, że w ostatnich latach SNS-owi coraz trudniej było utrzymać prawicową część wyborców. Zwłaszcza biorąc pod uwagę eurosceptyczne nastroje zwłaszcza młodego elektoratu, który zaczął popierać ugrupowania uważające dotychczasową politykę Vučicia za zdradę interesów narodowych.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

W serbskim społeczeństwie wciąż pozostają niezabliźnione rany zarówno z czasów bombardowań NATO w końcu lat 90., jak i mającego miejsce niecałą dekadę później odłączenia Kosowa. Prawdziwa wodą na młyn nacjonalistycznej i eurosceptycznej prawicy były w ostatnim czasie naloty na mniejszość serbską, których dokonywały kosowskie służby specjalne. Ostatecznie w zamieszkanej przez Serbów części Kosowa nie udało się zresztą przeprowadzić wyborów.

To niejedyny zarzut stawiany Vučicowi przez serbskich nacjonalistów. Uważają oni, że swoimi dążeniami do przystąpienia do UE osłabia historyczny sojusz z Rosją. Tymczasem prawicowe ugrupowania popierały demonstracje za rosyjską inwazją na Ukrainę, a na ulicach pojawiły się nawet bilbordy lidera Dveri Boško Obradovicia (był jednym z kandydatów na prezydenta), który znalazł się na nich obok wizerunku rosyjskiego prezydenta Władimira Putina.

Serbski prezydent podczas wieczoru wyborczego dał do zrozumienia, że dostrzega rosnącą presję ze strony opozycyjnej prawicy. Vučić nie powiedział o tym wprost, natomiast zasugerował to mówiąc o „ogromnym wpływie na wybory” trwającej wojny na Ukrainie. Według sondaży połowa społeczeństwa domaga się neutralności wobec Ukrainy i niepopierania sankcji wymierzonych w Rosję, a jedna piąta popiera jednoznaczne opowiedzenie się po rosyjskiej stronie.

***

Jeśli wierzyć doniesieniom medialnym, postępowcy rządzili dotychczas w koalicji z socjalistami, bo życzył sobie tego Putin. Teraz SNS zamierza jednak porzucić swojego dotychczasowego sojusznika, dlatego rozmowy na temat powołania nowego rządu będą niezwykle ciekawe. Może zdarzyć się na przykład tak, że ugrupowanie Vučicia stworzy mniejszościowy gabinet, licząc na parlamentarne wsparcie proeuropejskich ugrupowań. Z drugiej strony postępowcy mogą zaprosić do rządu partie mniejszości narodowych, na czele z Węgrami. Układanie powyborczych puzzli dopiero się zaczyna.

Marcin Ursyński

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz