Marta Kwaśnicka: O co właściwie chodzi Rymkiewiczowi w „Samuelu Zborowskim”? Tak, wszyscy krytycy zgadli: chodzi bez wątpienia o wolność, która jest, zdaniem poety, źrenicą polskości. Chodzi jednak i o coś więcej – książka Rymkiewicza to pochwała wielkiej literatury, która, jak pisze poeta, jest miejscem, gdzie wykrwawia się geniusz.

Pierwszy głos: historia Samuela Zborowskiego

Dlaczego Rymkiewicz wziął na warsztat właśnie ten epizod polskiej historii? Na pierwszy rzut oka w historii Zborowskiego nie ma przeciez nic niezwykłego. Ot, jedna z wielu ofiar renesansowych nieporozumień. Wydaje się jednak, że Rymkiewicz zrobił to przede wszystkim dlatego, że jest to epizod na tyle niejasny, że pozwala na dowolne rozkładanie akcentów. Adam Kożuchowski porównuje historię Zborowskiego do mało pożywnego gwoździa, który tylko daje pretekst do ugotowania zupy – a zatem, jak wymienia krytyk, „popisywania się sekretami historyczno-literackiej kuchni”, czyli ostentacyjnego zaznaczania „białych plam” czy upartego drążenia kwestii, które z braku historycznych źródeł muszą na zawsze pozostać niedocieczone. Bo rzeczywiście, o Samuelu wiemy bardzo niewiele. Historia, która wzbudziła niegdyś w Rzeczpospolitej niemały ferment, dotrwała do naszych czasów zaledwie w strzępach. Wiemy tylko tyle, że Zamoyski doprowadził do ścięcia Samuela, chociaż ten, z naszego punktu widzenia, nie miał na sumieniu przewin, które wołałyby o karę główną. Rymkiewicz, oczywiście, nie rozwiązuje tej kwestii (nie pozwala mu na to brak źródeł – ale to przecież ten brak skłonił go do sięgnięcia własnie po historię Zborowskiego!), jednak kolory rozdaje wyraźne: to Zamoyski jest tu ciemnym typem, który uśmierca świetlistego rycerza wolności. I to właściwie tyle, co można powiedzieć na temat fabuły „Samuela Zborowskiego”.

Ale tak naprawdę dzieje się tutaj o wiele więcej! Umiłowanie makabry pozwala Rymkiewiczowi na szkicowanie polskiego renesansu odważną, gruba kreską. Polska złotego wieku była, jak większość krajów podczas swoich kwitnień, mieszaniną tego, co głębokie, z tym, co ucieszne, prostackie, czy wreszcie obrzydliwe. Strofy Kochanowskiego (Człowiek urodziwszy się zasiadł w prawie takim / że ma być jako celem przygodom wszelakim; / z tego trudno się zdzierać!) współgrają tam harmonijnie z głową Samuela, przyszytą do ciała przez delikatne dłonie jego siostrzenic, szubienicami i lepkimi strumieniami krwi. W Europie rodziła się wówczas nowożytność w całym swoim rozbiciu i rozczłonkowaniu. Także w Polsce krew lała sie strumieniami, a nad nią, jak Duch nad wodami, unosiła się wola – jedynowładcy lub rzeszy rycerzy-republikanów. I na tej ostatniej woli, rycerskiej, zasadza się nasze polskie dziedzictwo, źrenica polskości.

Jeśli chcemy zatem pisać o wolności, wybór Rymkiewicza jest niezwykle celny: rycerz, który zostaje ścięty, staje się figurą smierci całego rycerskiego stanu. Całej przynależnej temu stanowi pierwotnej, danej przez Boga wolności. „Niech tam, przed Tronem, będzie to jasno powiedziane – czyją własnościa, czyim darem jest szlachecka wolność” – głosi poeta z Milanówka (s. 53). To ona staje się osią wszystkich polskich cech – szlachcic-rycerz to człowiek, który nie zgadza się na niczyj dyktat. Władzę odda tylko warunkowo, jeśli będzie mógł ją odebrać. To z niej, z potrzeby niekłaniania się nikomu i niczemu, biora się, zdaniem Rymkiewicza, wszystkie inne polskie cechy. Polak posiada gen ryzykanctwa i po wsze czasy będzie temu genowi posłuszny.

„Samuel Zborowski” to dzieło literackie, a zatem jego autor ma święte prawo do rozdawania kolorów według własnego upodobania. Ma również prawo zaprzeczać swoim poprzednim dziełom (wynajdywanie sprzeczności stało się ulubiona rozrywką jego krytyków). Ostatecznie, co za różnica, czy, jego zdaniem, największym poetą jest Mickiewicz czy Kochanowski? Ważne, że obydwaj zasługują na to miano. Nie zapominajmy, że Rymkiewicz wybrał Zborowskiego przede wszystkim dlatego, że poszedł śladami Słowackiego. Ponieważ to wielka literatura jest tutaj drugim głównym bohaterem. Może nawet ważniejszym od ściętego rycerza.

Drugi glos: na początku było Słowo

Rymkiewicz jest uważnym czytelnikiem romantyków. Ma swoją własną, wyraźną wykładnię tego okresu historii polskiego ducha. Zborowski dał gardło i stał się figurą, która jest wyrzutem dla tych, którzy zdradzili wolność. Nie mógłby jednak przenieść się w dziedzinę symboli, gdyby nie wykrwawianie się innych. Historia Samuela Zborowskiego to bowiem zaledwie dziura, przez którą na powierzchnię może wydostać sie geniusz. Właśnie dlatego, że jest niesprawdzalna. „Słowacki nie potrzebował internetu […]. Przestałby szukać takich niesprawdzonych miejsc, których nie da się zobaczyć zimnym okiem, a które geniusz musi odnaleźć, żeby mógł wylać przez nie swoje genialne pomysły […]. Miejsc będących otworami, przez które geniusz, kalecząc się i krwawiąc, wydobywa sie na powierzchnię” – pisze Rymkiewicz. I zaraz dodaje, jak gdyby wiedział, że krytycy będą śledzić szczegóły jego tekstu niemal jak recenzenci prac doktorskich: „Młody kolego, nie musisz wiedzieć, ile jest kilometrów z Podolan do Piekar, jeśli nie jest ci to koniecznie potrzebne, aby się wykrwawić”.

Pisarz i poeta są, jego zdaniem, jak Zborowski. Wykrwawiają się duchowo, abyśmy my już nie musieli się wykrwawiać. Zupełnie się zgadzam: wielka literatura, chociaż być może zabrzmi to trywialnie, jest przedłużeniem życia o tyle, że mówi tam, gdzie my musimy (chcemy?) już zamilknąć, aby nie utracić kontroli nad życiem. Literatura bada dla nas te ścieżki, których zakończenie jest z naszego hic et nuncniewidzialne. Pozwala dosłuchać do konca tych tonów, które nam zamierają na wargach. I dzięki temu lepiej je przyswoić, wbudować we własne duchowe geny. „Cywilizacja to jest rzecz językowa […]. Jest w języku i bierze sie z języka, od niego się zaczyna i w nim sie ksztaltuje, ponieważ tylko w języku, nigdzie indziej, powstają, mogą zostać sformułowane różne cywilizacyjne pomysły” – pisze Rymkiewicz (s. 114). Nie tylko to – literatura ma sens tylko tam, gdzie rzeczywiście zapętla się z życiem.

Dzięki mowie docieramy do rzeczy samych. Jeżeli wierzyć Rymkiewiczowi, polscy rycerze byli bardziej, to i mówili bardziej. A kiedy mówili bardziej, to też bardziej byli. Ot, lingwistyczno-ontologiczne zapętlenie, które na pewno spodoba się każdemu poecie. Pełnia istnienia renesansowych Polaków widoczna jest nie tylko w traktatach humanistów i poezji Kochanowskiego, ale przede wszystkim w jędrności i pojemności języka, którym mówili na codzień. Rymkiewicz nie ma wątpliwości: z ilości synonimów słowa „kutas” wypływa wprost informacja o jakości głoszonych wówczas ideałów. Dlatego, że można było po polsku powiedzieć więcej, rzeczywiście mówiono więcej i mówiono głębiej. Co więcej, semantyczna doniosłość słów docierała aż do „bebechów”. Ideał poezji został wcielony w mowę potoczną. Polski geniusz u zarania został związany ze słowem. I tu wracamy do Słowackiego i romantyków.

To misterne powiązanie wątków to prawdziwy uroboros: Zborowski łączy sie ze Słowackim, Słowacki z literackim instynktem, który równoważy rozum, instynkt z wolnością, wolność z dzisiejszym jej brakiem, co prowadzi nas znowu do śmierci Zborowskiego i Rymkiewicza, który moczy chustkę we krwi rycerza, bo „mówi bardziej” niż ktokolwiek współczesny. A stąd znowu wracamy do literatury. Krew Zborowskiego na ulicach Krakowa to nie tylko wezwanie do praktykowania wolności, ale celebrowania i rozszerzania języka, do współtworzenia polskiej opowieści. Tylko że to (do pewnego stopnia) to samo. W ten sposób, żyjąc i pisząc pięknie, można wziąć udział w tej wielkiej opowieści. I Rymkiewicz, nieco przekornie, daje nam znać, że on już tam jest.

Dlatego właśnie książka poety z Milanówka to wielka literatura. Nawet jeśli owa źrenica polskości w „Samuelu Zborowskim” to wielkie, wytrzeszczone oko. Nie możemy odwrócić wzroku. Musimy w nie spojrzeć.

Marta Kwaśnicka

Post Scriptum: Gen wolności Andrzeja Bobkowskiego

Proszę pozwolić mi na to niewielkie odejście od tematu głównego. Gen wolności wspólny jest wszystkim Polakom, zarówno tym, których wzrusza śpiew skowronków i łzy Matki-Polki, jak i tych, którzy od tego śpiewu i tych łez uciekali jako od czegoś opresywnego. I tutaj pojawia sie paradoks: onegdaj wiele razy zastanawiałam się nad tym, dlaczego właśnie uciekający od skowronków Andrzej Bobkowski wydawał mi się arcypolski, bardziej niż jakikolwiek współczesny mu pisarz.

Istotą polskiej wolności jest bowiem trwanie na straży własnej podmiotowości. Bobkowskiemu ta podmiotowość kazała unikać salonów czy narodowej martyrologii w imię samostanowienia. Zawsze był jednak gotów poddać się „bartnemu prawu” i dać gardło za Polskę – prosił tylko, aby mógł się nad tym nie unosić i nie cieszyć się z ewentualnej ofiary (por. jego korespondencja z Giedroyciem). Nie chciał pisać martyrologicznych poematów. Cóż, trudno się nie zgodzić – literatura martyrologiczna jest trudna; zbyt często staje się histeryczna i egzaltowana. Histeria to zaś zbędne zanieczyszczenie wszelkich postaw, a niestety do niej zbyt często sprowadzamy chociażby naszą własną tradycję romantyczną, zwłaszcza dzisiaj.

Mówiąc krótko: Polak nie lubi, kiedy władze nad jego losem przejmują bezosobowe sily. Zegnie kark przed Chrystusem, nie zgodzi się jednak na Historię, Ducha, króla, kulturowe klisze czy dyktat większości. I o tym (między innymi) pisze Rymkiewicz w swojej książce.

Odwiedź bloga Marty Kwaśnickiej: kwasnicka.kresy.pl

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz