Możliwości białoruskiej gospodarki na wyczerpaniu

Białoruski prezydent Aleksander Łukaszenka jest wymagającym zwierzchnikiem, o czym przekonują się tamtejsi szefowie rządu. Jednocześnie jego wymagania w coraz większym stopniu nie przystają do gospodarczej rzeczywistości, ponieważ dotychczasowy model gospodarczy zdaje się powoli wyczerpywać.

Boleśnie przekonał się o tym Andriej Kobiakow, który w połowie sierpnia przestał być premierem po osobistej interwencji Łukaszenki. Wraz z nim pracę straciło kilku ministrów. Białoruski prezydent oficjalnie był niezadowolony z ich pracy, dając to do zrozumienia przed obiektywami kamer podczas wizytacji w rejonie orszańskim, gdzie odbyło się wyjazdowe posiedzenie rządu. Kobiakow wraz z kilkoma ministrami miał stracić swoją posadę z powodu wykrycia w tym regionie „szeregu nieprawidłowości”, choć nieoficjalnie mówi się o rozpoczęciu przez Łukaszenkę przygotowań do przyszłorocznych wyborów prezydenckich.



O dużych i nie zawsze realistycznych wymaganiach głowy państwa szybko przekonał się nowy szef białoruskiego rządu, Siarhiej Rumas. Już na jednym z pierwszych posiedzeń swojego gabinetu musiał on przedstawić Łukaszence plan działania na najbliższe dwa lata, a także wysłuchać oczekiwań swojego zwierzchnika. Białoruski prezydent swoimi wymaganiami potwierdził, że nadal zamierza sprawować pieczę nad większością zagadnień, które w większości europejskich państw raczej nie stałyby się tematem spotkań ministrów i głowy państwa.

Rumas przed objęciem swojej nowej funkcji pracował nie tylko w białoruskim sektorze państwowym, lecz od siedmiu lat jest również przewodniczącym Białoruskiego Związku Piłki Nożnej. Łukaszenka nie omieszkał zresztą nawiązać do wyniku wrześniowego meczu Białorusi z Mołdawią, zakończonego bezbramkowym remisem, dając Rumasowi „ojcowskie” rady.

Niezależni komentatorzy białoruskiej sceny politycznej zwracali uwagę na fakt, że sprawowanie funkcji szefów federacji sportowych przez ważnych urzędników państwowych jest białoruską tradycją. Panuje tam bowiem przekonanie, że podlegające im państwowe zasoby hojnym strumieniem trafiają dzięki temu również do związków sportowych, które budują na tych środkach swoje bogactwo. Podobny pogląd ma podzielać sam Łukaszenka, który uważa z kolei, iż fundusze publiczne powinny być głównym czynnikiem wpływającym na poprawę kondycji krajowej gospodarki.

Jak dotąd państwowe plany na dynamiczny rozwój gospodarczy jednak zawodzą, o czym można było przekonać się po realizacji założeń programu ekonomicznego na lata 2011-2015. Jego założenia były bardzo optymistyczne, zakładano, że białoruskie PKB w ciągu czterech lat wzrośnie o 62-68 proc., tymczasem zwiększyło się ono o niecałe 6 proc. Przeciętna płaca wyniosła z kolei równowartość 392 dolarów, chociaż rządzący zapowiadali podwyżkę wynagrodzeń do 500 dolarów. Przyjęty przez dwoma laty plan rozwoju na lata 2016-2020 nie jest więc równie optymistyczny, według założeń PKB ma zwiększyć się o 12-15 proc. Będzie to jednak trudne, ponieważ w ubiegłym roku wzrost PKB wyniósł 2,4 proc., natomiast w pierwszych dziewięciu miesiącach bieżącego roku ukształtował się na poziomie 3,7 proc.

Zobacz także: Spadek pensji Białorusinów

Stosunkowo niezłe wyniki białoruskiej gospodarki należy przy tym rozpatrywać w dwóch aspektach. Pierwszym z nich jest pozytywny wpływ wzrostu cen ropy naftowej, a także wielu towarów eksportowanych przez Białoruś. Drugim z kolei powolne wygaszanie się koniunktury napędzanej w ten sposób. Eksperci Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej twierdzą więc, że w najbliższym czasie białoruska gospodarka będzie rosnąć w tempie około 2 proc. rocznie. Białoruska głowa państwa zdaje się tym jednak nie przejmować, stąd ostatnio skrytykowała ekonomiczne „eksperymenty” – przed siedmioma laty z powodu zbyt śmiałych propozycji z rządem musiał pożegnać się zresztą sam Rumas.

Problemem gospodarki naszych wschodnich sąsiadów jest dodatkowo jej ogromne uzależnienie od cen ropy naftowej, a także od kwoty rosyjskich dotacji. Sama pomoc ze strony Rosji jest z kolei zależna nie tyle od aktualnej sytuacji gospodarczej tego państwa, lecz głównie od czynników politycznych. Białorusko-rosyjski związek jest tymczasem burzliwy, stąd współpraca ekonomiczna obu państw opiera się nie tyle na zasadach rynkowych i podstawach prawnych integracyjnych Związku Białorusi i Rosji, co na czasowych umowach dotyczących konkretnych kwestii.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

W ostatnim czasie widać rosnące rozbieżności pomiędzy oboma państwami. Jeszcze na wiosnę ubiegłego roku Białoruś i Rosja miały rozwiązywać istniejące pomiędzy nimi spory, ale w ostatnim czasie w rosyjskim Soczi ponownie dyskutowano temat kwestii dzielących oba kraje. Z tego powodu w tym roku Moskwa wstrzymała import białoruskiego mięsa, a także przestała przekazywać Mińskowi pieniądze w ramach programu rafinacji ropy naftowej, dostarczać pochodnych tego surowca oraz zaczęła oskarżać go o jego reeksport. Jednocześnie w ostatnich dniach Rosjanie zapowiedzieli, iż udzielą Białorusinom kolejnego kredytu.

W ten sposób białoruski rząd jest skazany na ciągłe przewidywanie, jak ułożą się jego relacje z rosyjskimi władzami. Rokrocznie pojawiają się te same pytania dotyczące ceny rosyjskiego gazu, wysokości udzielonych przez ten kraj pożyczek czy też opodatkowania przemysłu naftowego w celu sfinansowania zobowiązań budżetowych. Właśnie z tego powodu wszelkie założenia długoletnich programów ekonomicznych, przyjmowanych tak ochoczo przez białoruskie władze, są co najwyżej wróżeniem fusów.

Pozostaje jednak nadzieja, że białoruska gospodarka w końcu zostanie poważnie zreformowana. Dają ją przede wszystkim założenia obecnego programu ekonomicznego, który przewiduje rozwój prywatnego biznesu, tworzenie korzystniejszych warunków do prowadzenia działalności gospodarczej, pozyskiwanie publicznych funduszy z „realnych” sektorów ekonomicznych czy też osłabienie funkcji państwa jako regulatora i właściciela. W tej kwestii istnieje jednak podstawowy problem, taki sam jak w przypadku hurraoptymistycznych założeń dotyczących wskaźników gospodarczych – podobne zapowiedzi nie są po prostu realizowane.

Marcin Ursyński

Reklama

Tagi: , , , , ,

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz