Galicyjscy Rusini chcieli żyć na Ukrainie i w tym celu stali się Ukraińcami. Jednak teraz żyją w Pa-Chanacie, co im absolutnie się nie podoba. Oni chcą żyć na „Ukraińskiej Ukrainie”, ale jest to niemożliwe. Natomiast możliwe jest znalezienie się w strefie panowania „Ruskiego Świata”, ale to jest rozwiązanie niepożądane.
Stoją na rozdrożu pomiędzy niemożliwym i niepożądanym i śpiewają smutne pieśni o Ukrainie. Nie wiedzą przy tym, gdzie się udać i co zrobić z ciężką walizką bez uchwytu, z napisem „państwo U”.

Co to jest Pa-Chanat i dlaczego powinniśmy z nim walczyć?

Jest to forma quasi-państwowej administracji, na czele której stoi Pa-Chan. Pa-Chanat, w swojej istocie, jest to bezwstydna forma oligarchicznego kapitalizmu, którą zaczął budować prezydent Kuczma, a z dokończeniem budowy, jak się wydaje, śpieszy się prezydent Janukowycz.

Pa-Chanat polega na tworzeniu i krystalizacja specjalnej „klasy politycznej”, która:

Sprywatyzuje dla siebie całe państwo, w celu zabezpieczenia własnych interesów – Konstytucję i ustawy, parlament i rząd, milicję i sąd, kontrolę graniczną i pobór podatków.

A wszyscy inni, którzy do „klasy politycznej” nie są zaliczani, są porzuceni na pastwę losu. Od nich jedynie oczekuje się, że nie będą stanowić żadnego zagrożenia dla „klasy politycznej” i żeby napełniali swoimi pieniędzmi kasę budżetu państwa, czyli prywatne portfele tak zwanej „państwowej elity”.

Jak trafnie ujął to niedawno jeden znajomy publicysta, narodowi przydzielono rolę gnomów, którzy siedzą pod ziemią i szukają skarbów, ale jak tylko coś znajdują – wychodzą na powierzchnię, aby oddać je tak zwanemu „państwu”. A potem znowu – pod ziemię.

Jednocześnie „elit” w ogóle nie obchodzi, jak oni tam żyją i jak przetrwają pod ziemią – czy zabijają i biją się nawzajem, czy gwałcą i rabują, czy oszukują i upokarzają. A także – co jedzą, jak się ubierają, czym się leczą, czego uczą dzieci itd. Najważniejsze jest, aby nowe pokolenia gnomów wynosiły na powierzchnię znajdujące się pod ziemią skarby.

„Klasa polityczna” nie jest zainteresowana religią lub narodowością małych gnomów, ich światopoglądem lub orientację seksualną, tradycjami i kulturą, bo nie szuka ich wśród swoich – to są zbyt różne światy. Natomiast w swoich szeregach tak zwana „elita” nie szuka obcych, aby to nie doprowadziło do zniszczenia systemu – zbyt wysoka jest „cena emisyjna”.

Ustalenie tożsamości dokonywane jest tylko przy pomocy jednego wskaźnika – przynależności do „klasy politycznej”. Z drugiej strony, potrzeba posiadania własnej identyfikacji gnomów jako ludzi z poczuciem godności, utożsamiających się z godnymi szacunku przodkami, a także z poczuciem odpowiedzialności za godną przyszłość dla potomków, to jedno z największych zagrożeń dla systemu Pa-Chanatu.

Co to jest „ukraińska Ukraina” i dlaczego łatwo się z nią walczy?

Zwolennicy projektu „ukraińskiej Ukrainy” wierzą, że dla wzmocnienia poczucia godności gnomów (zwanych także „malutkimi Ukraińcami”) wystarczy samo-identyfikacja i utożsamianie się z innymi podobnymi do siebie wyłącznie według kryterium narodowego. Dziś jest to niemożliwe. Po pierwsze, Ukraińcy z budową państwa narodowego spóźnili się około stu lat. Teraz w świecie już nikt nie buduje państw narodowych – to miniony i zakończony etap, wątpliwe, czy ktoś kiedykolwiek do niego wróci. Przynajmniej teraz nikt by nas nie zrozumiał i nie poparł.

Po drugie, obecnie „ukraińskość” istnieje tylko jako system powierzchownych symboli (trójząb i niebiesko-żółta flaga, pieśni ludowe i język literacki, portrety Bandery i Mazepy, wyszywane koszule i spodnie szarawary, itd.), treść których jest dosyć wątpliwa. Ukraińskim godłem i flagą, na przykład, jest udekorowany Pa-Chanat. Pieśni ludowych już nie śpiewa nikt trzeźwy, a język literacki i tak nie stał się wspólnym językiem przeciętnego Ukraińca w żadnym z poszczególnych różniących się od siebie regionów. Portretami Bandery często wymachują rosyjscy chuligani futbolowi, a portretami Mazepy – „przefarbowani” wczorajsi podrzędni funkcjonariusze partyjni. Koszulę – wyszywankę miał na sobie Oleś Buzyna, a spodnie – szarawary włożył Pojarkow, gdy w trakcie telewizyjnego programu „talk show” chwycili jeden drugiego za bary w bójce „o Szewczenkę„. No i gdzie tu jest ”ukraińskość”?

„To wszystko jest nieprawdziwe” – być może, powie zwolennik „ukraińskiej Ukrainy”. Cóż w takim razie jest prawdziwe: rusofobia i polonofobia, rasizm i antysemityzm, homofobia i anty-europejskość w wydaniu zachodnim, które często publicznie wyrażają przywódcy tzw. narodowo-patriotycznych środowisk i partii politycznych? To taka miałaby być „ukraińska Ukraina”? Nie sądzę, że Europa i Ameryka po to zwalczały nazizm i faszyzm, tłumiły nacjonalizmy w byłej Jugosławii, aby teraz pozwolić rozwijać się państwu z nacjonalistycznym, ksenofobicznym i otwarcie przepojonym nienawiścią do człowieczeństwa reżimem. Ale tego, jak się wydaje, nie uświadamiają sobie zwolennicy „ukraińskiej Ukrainy”, dlatego z nimi tak łatwo walczyć. Walka z „ukraińską Ukrainą” – to jest to samo, co bić leżącego. Oni jeszcze z kolan w pełni nie wstali, a już leżą. Chociaż nawet w tej pozycji nacjonalistyczną retoryką udaje się im robić wielką przysługę swoim „alter ego” – zwolennikom „Ruskiego Świata”.

Co to jest „Ruski Świat” i dlaczego trudno jest z nim walczyć?

Idea „Ruskiego Świata”, jak już trochę wiemy, opiera się na umownej jedności rosyjskiego języka, prawosławia i wspólnej pamięci historycznej ludzi, którzy kojarzą siebie z Rosją – carską albo sowiecką, z jej historią i kulturą. Takich ludzi na Ukrainie jest wielu. W każdym razie jest ich nie mniej, niż zwolenników „ukraińskiej Ukrainy”. Ale jest jedna istotna różnica: za plecami zwolenników „Ruskiego Świata” jest duże i ciągle potężne państwo, jego imperialne tradycje i ambicje, jego międzynarodowa reputacja i zasoby naturalne. Czyli wszystko to, o czym nawet się nie śniło „prawdziwym Ukraińcom”.

W świadomości zwolenników „Ruskiego Świata” Ukraina jest jego integralną częścią – terytorium historycznym, kanonicznym, okupionym rosyjską krwią. Ponadto – zaludnioną „ruskimi” ludźmi – czy tymi wiernymi, czy tymi, którzy ze względu na okoliczności popadli w „herezję ukraiństwa”. A Rosja, jak wiadomo, „swoich nie zostawia”.

Bo niby z jakiej racji? Znaczna część populacji Ukrainy (a może i większość) uważa Rosję za najlepszego przyjaciela, szanuje Putina, mówi, czyta, pisze po rosyjsku, świętuje jak Rosja i jak w Rosji, słucha rosyjskiej muzyki i ogląda rosyjskie filmy etc. Ponadto ukraińskie terytorium i ludność – to jeden z największych rosyjskich rynków zagranicznych, o który nie trzeba szczególnie walczyć. Sam się otwiera. W naszych kryzysowych czasach – to nie jest mała wartość.

Dlatego „Ruski Świat” najprawdopodobniej Ukrainy nie odpuści: jak to mówią, pobłąkała się nieco na manowcach niepodległości, pora wracać. Na szczęście, teraz nie jest nawet potrzebna do tego jakaś wojskowa agresja lub inny międzynarodowy kompromis. Wystarczy tylko, żeby zwolennicy „Ruskiego Świata” znajdowali się w rządzie i w parlamencie, w bliskim otoczeniu prezydenta i w strukturach siłowych, i żeby najważniejsze sektory gospodarki, finansów i biznesu były w ich rękach. Tak nawet jest wygodniej: mając wszystkie możliwości wpływu w tym kraju, formalnie nie ponosić za niego żadnej odpowiedzialności. Tak więc walczyć z „Ruskim Światem” już teraz trudno, ale jak to mówią, „To jeszcze przyjdzie (będzie), wszystko przed nami”. Każdy, kto próbuje z nim walczyć biorąc udział w akcjach przed konsulatami Rosyjskiej Federacji, wygląda jak chłopiec w krótkich spodenkach, pokazujący „fuck” uzbrojonemu po zęby omonowcowi.

Co to jest „autonomia galicyjska” i dlaczego warto o nią walczyć?

Zwolennicy „Ruskiego Świata”, tak jak zwolennicy „ukraińskiej Ukrainy”, nienawidzą „klasy politycznej” Pa-Chanatu. Tych i tych ona jednakowo wykorzystuje i oszukuje podczas każdych wyborów już od dwóch dekad. To samo pragnienie obalenia tego oligarchicznego systemu – to nie jest jedyna rzecz, która jest wspólna dla wyznawców obu projektów.

Musimy jednak zrozumieć, że jak tylko Pa-Chanat zostanie obalony, „ukraińska Ukraina” natychmiast stanie twarzą w twarz z „Ruskim Światem” w walce o władzę w tym kraju. Chyba nie trudno zgadnąć, kto w tym starciu zwycięży.

Teraz my – Galicjanie – jesteśmy po stronie „ukraińskiej Ukrainy”, jesteśmy w pewnym sensie nawet awangardą tego projektu. Dlatego w przypadku przegranej będziemy pierwsi w kolejce do roli „chłopca do bicia” – „zdegenerowanego ruskiego narodu, który trzeba skierować na dobrą drogę.”

Ale nawet jeśli wyobrazimy sobie zwycięstwo projektu „ukraińskiej Ukrainy”, to, jak pokazały pierwsze miesiące po pomarańczowej rewolucji, Galicja pozostanie w roli „Murzyna, który zrobił swoje” – tylko, jakby na to nie patrzeć, mało znaczącą prowincją, z nie do końca ukraińską ludnością: niedostatecznie kozacką i tak naprawdę nie bardzo prawosławną.

W obu przypadkach konsekwencje dla nas mogą być dość nieprzyjemne. Uniknąć gorzkich konsekwencji przyszłego starcia, albo przynajmniej zminimalizować ich skutki, mógłby nam pomóc status autonomii. Autonomia galicyjska dałaby nam możliwość przynajmniej pozornie odciąć się od „ukraińskiej Ukrainy” jako projektu niemożliwego do zrealizowania, i od „Ruskiego Świata” jako projekt niepożądanego.

Musimy mieć własny galicyjski projekt połączenia pożądanego z możliwym. W ramach tego projektu należy utworzyć nową regionalną elitę, która będzie w stanie wypracować program rozwoju regionalnego, niezależnie od tego, kto będzie pełnić rolę rządu centralnego; a także przygotować listę uprawnień, którymi powinna dysponować autonomia w celu zapewnienia harmonijnego życia jej mieszkańców. Należy równolegle z tym zatroszczyć się także o przyszłe kadry kierownicze, aby nam nie zostały przysłane z „centrum”, jak to odbywa się teraz.

Jest oczywiste, że porządkowanie funkcjonalności w ramach autonomii nie zostanie zrealizowane bez wewnętrznych konfliktów, a możliwe, że nawet walki. Ale lepiej tylko raz wszystko wyjaśnić pomiędzy sobą, niż już na zawsze uczestniczyć w cudzych konfliktach. Aby być wolnym narodem na swojej ziemi – to coś, o co naprawdę warto walczyć.

Wołodymir Pawliw

Źródło: ZAXID.NET

Tłum. Wiesław Tokarczuk




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz