Futbolowe odrodzenie Węgier

Reprezentacja Węgier w niecały tydzień odnotowała dwa spore sukcesy. Najpierw wygrała baraż o udział w przyszłorocznych Mistrzostwach Europy, a kilka dni później awansowała na najwyższy szczebel Ligi Narodów. To tylko część niezwykle udanej jesieni, bo dodatkowo w Lidze Mistrzów występują piłkarze Ferencvárosu Budapeszt.

W ubiegłym tygodniu Węgrzy rywalizowali w finale play-off o przyszłoroczne EURO, po tym jak w półfinale pokonali 3:1 słabiutką Bułgarię. Tym razem nie byli zdecydowanym faworytem, bo mierzyli się z kadrą Islandii. Islandczycy byli największą sensacją poprzednich Mistrzostw Europy, ale od tego czasu ich kadra stała się zaawansowana wiekowo. Widać było to zresztą na boisku.

Węgierscy piłkarze od początku agresywnie zaatakowali swojego przeciwnika. To jednak Islandii dopisywało szczęście. Objęli bowiem prowadzenie po strzale z rzutu wolnego, gdy piłkę z rąk wypuścił węgierski bramkarz Péter Gulácsi. Gdy wydawało się, że Węgrzy nie powtórzą sukcesu z barażu sprzed pięciu lat, losy spotkania nagle się odmieniły. Na dwie minuty przed końcem wyrównującą bramkę strzelił Loic Nego, francuski obrońca od niedawna występujący w węgierskiej kadrze. W doliczonym czasie gry zwycięskiego gola zdobył Dominik Szoboszlai i to Węgry zobaczymy na przyszłorocznym turnieju.

Z powodu pandemii koronawirusa terminarz europejskich rozgrywek znacząco się zmienił. Od września do listopada kadry narodowe odbyły trzy zgrupowania, rozgrywając w ich trakcie po trzy mecze (wcześniej były to na ogół dwa spotkania). Trzy dni po zwycięstwie nad Islandczykami, Węgrzy musieli więc przystąpić do walki w ramach Ligi Narodów.

Najpierw zremisowali w Budapeszcie z Serbami 1:1, a trzy dni później pokonali 2:0 Turcję. Dzięki swojemu dotychczasowemu dorobkowi, a także przegranej Rosji z Turcją w ostatniej kolejce tych rozgrywek, Węgrzy zajęli pierwsze miejsce w swojej grupie. Tym samym awansowali do elitarnej Dywizji A Ligi Narodów, w której występują topowe europejskie reprezentacje.

Włoski król Węgier

Niewiele zapowiadało jeszcze niedawno taki obrót sprawy. Węgrzy co prawda cztery lata temu po raz pierwszy od trzech dekad wystąpili na dużej imprezie, lecz po niej kariery reprezentacyjne skończyło kilku kluczowych zawodników. Na dodatek drużyna przestała dogadywać się z niemieckim szkoleniowcem Berndem Storckiem. Efektem była przegrana w czerwcu 2017 roku w wyjazdowym meczu z Andorą. Porażka z totalnym europejskim oustiderem spowodowała oczywiście wściekłość kibiców, którzy musieli być odgradzani od piłkarzy przez andorską policję. Po kilku miesiącach Storck został zwolniony ze stanowiska, a na początku 2018 roku zatrudniono Georgesa Leekensa.

Nazwisko Belga może niewiele mówić kibicom, lecz trener ten odpowiadał za stworzenie belgijskiego systemu szkolenia. Jego wybór był więc nieprzypadkowy, bo Węgierski Związek Piłki Nożnej (MLSZ) nie tylko wzoruje się na belgijskim modelu, ale kilka lat temu audytu futbolu młodzieżowego na Węgrzech dokonała tamtejsza firma. Szybko okazało się jednak, że Leekens nie może znaleźć wspólnego języka z piłkarzami węgierskiej kadry, dlatego pożegnano się z nim po paru meczach towarzyskich.

Ostatecznie do prowadzenia reprezentacji zaproszono innego zagranicznego fachowca. Tym razem znającego jednak węgierski futbol od podszewki. Włoski trener Marco Rossi od ośmiu lat pracuje na Węgrzech, a przez jeden sezon prowadził też klub mniejszości węgierskiej na Słowacji, DAC Dunajska Streda. W 2017 roku zdobył sensacyjne mistrzostwo z Honvedem Budapeszt, stąd według kibiców był naturalnym wyborem.

Początkowo kadra pod jego kierownictwem nie zachwycała. Rossi zaczął jednak wprowadzać konieczne zmiany. Przede wszystkim zadbał o większą dyscyplinę, choć jednocześnie stara się utrzymywać partnerskie relacje z zawodnikami. Wiedział jednak doskonale, że część zawodników cieszyło się dotychczas specjalnym statusem swoistych „świętych krów”. Niektórzy z nich sami zresztą zamknęli sobie drogę do kadry. Przykładem może być kapitan reprezentacji i wieloletnia największa gwiazda Węgrów, Balázs Dzsudzsák, powoływany do kadry nawet mając problem z regularną grą w klubie. Rossi wpierw nie zaprosił go na zgrupowanie z powodu braku przynależności klubowej, a teraz skrytykował jego przenosiny ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich do drugoligowego węgierskiego Debreczyna.

Kadra na nowo

Nikt jednak za Dzsudzsakiem już nie płacze. Po pierwsze, reprezentacja bez jego udziału osiąga świetne wyniki. O ile Islandia z powodu zestarzenia się najlepszej generacji swoich piłkarzy nie była wymagającym rywalem, o tyle inaczej było w przypadku Ligi Narodów. Triumf w grupie z Rosją, Serbią i Turcją musi robić wrażenie. Na dodatek kadra prowadzona przez Rossiego w większości spotkań grała osłabiona z powodu koronawirusa oraz kontuzji.

W czterech kluczowych spotkaniach w Lidze Narodów nie mógł wystąpić Dominik Szoboszlai. To obecnie największa gwiazda zespołu, której wróży się sporą karierę. Dużo większą niż wspomnianego Dzsudzsaka, poprzez wyjazdy do Rosji, Turcji czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, wybierającego bardziej pieniądze niż piłkarski rozwój. Szoboszlai w tym roku został najlepszym piłkarzem ligowych rozgrywek w Austrii, z kolei w kadrze gra regularnie od marca ubiegłego roku. Obecnie według doniesień medialnych jego usługami zainteresowane są Real Madryt, AC Milan czy RB Lipsk.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Poza zawodnikiem Red Bulla Salzburg największymi gwiazdami zespołu są piłkarze występujący na co dzień w Niemczech. Péter Gulácsi uważany jest obecnie za czołowego bramkarza w Europie, a do gry dla Węgier przekonał on swojego klubowego kolegę, Williego Orbana. Syn Węgra i Polki co prawda zapowiadał się na dużo lepszego zawodnika, ale wprowadza dużo spokoju w węgierskiej defensywie. Ádáma Szalaia z FSV 05 Mainz w napadzie reprezentacji na dobrą sprawę nie ma kto zastąpić, a coraz lepiej w kadrze radzi sobie Roland Sallai z S.C. Freiburg.

Poza nimi Węgrzy nie mają żadnych większych gwiazd. Ich przynależność klubowa nie robi szczególnego wrażenia, a większość występuje w krajowej lidze. Rossi zdając sobie sprawę z ograniczeń swojej reprezentacji musiał zmienić taktykę. Włoch uznał przede wszystkim, że „najlepszą obroną jest atak”. Maskuje więc niedostatki obrony poprzez agresywne ataki od początku meczu. Węgrzy są nastawieni zwłaszcza na utrzymywanie się przy piłce, podczas gdy wcześniej oddawali inicjatywę przeciwnikom i czekali na możliwość przeprowadzenia kontrataków. Ponadto Rossi nie ukrywa, że w jego drużynie liczy się przygotowanie kondycyjne, aby jego podopieczni nadrabiali braki w umiejętnościach walką przez całe spotkanie.

Drgnęło w klubach

O węgierskiej piłce jest w tym roku głośno po raz kolejny. Wcześniej w Europie sporo mówiło się o postawie klubowego mistrza kraju naszych bratanków. Ferencváros niespodziewanie zakwalifikował się do fazy grupowej Ligi Mistrzów, jako pierwszy węgierski zespół od jedenastu lat. Popularni „Fradi” jak dotąd grali w elitarnych rozgrywkach tylko raz, dokładnie ćwierć wieku temu.

Zobacz także: Futbol ponad granicami przynosi sukcesy

Ferencváros w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów musiał pokonać cztery szczeble. W pierwszym meczu bez problemu pokonał szwedzkiego mistrza, Djurgårdens Sztokholm, lecz w tym meczu był faworytem. Zupełnie inaczej było w drugiej rundzie kwalifikacyjnej. „Fradi” pokonali bowiem na wyjeździe 2:1 dużo wyżej notowany Celtic Glasgow. Po mistrzu Szkocji przyszedł czas na najlepszą chorwacką drużynę ubiegłego sezonu. W rywalizacji z Dinamem Zagrzeb także padł wynik 2:1, a Węgrzy wzięli tym samym rewanż za ubiegłoroczną porażkę w tych rozgrywkach. Paradoksalnie Ferencváros najbardziej męczył się z norweskim Molde FK, bo w ostatniej fazie eliminacji obowiązywał już dwumecz. Ostatecznie w rewanżu w Budapeszcie padł bezbramkowy remis, a „Fradi” awansowali do fazy grupowej Ligi Mistrzów dzięki 3:3 osiągniętemu na wyjeździe w Molde.

Decydującą rolę w awansie do tych rozgrywek odegrał ukraiński trener Siergiej Rebrow. Zastępując przed dwoma laty niemieckiego szkoleniowca Thomasa Dolla miał on zresztą poprawić wyniki zespołu w europejskich pucharach. Pod wodzą Niemca najbardziej utytułowany węgierski klub zawodził bowiem w Europie. O ile Rebrow przed rokiem nie awansował do Ligi Mistrzów po wspomnianych bojach z renomowanym Dinamem, o tyle Doll nie był w stanie pokonać nawet przeciwników pokroju Partizani Tirana czy Željezničara Sarajewo. Warto podkreślić, że Ukrainiec już w ubiegłym roku osiągnął spory sukces. Po przegranej w eliminacjach do Ligi Mistrzów udało mu się bowiem awansować do fazy grupowej Ligi Europy.

Z pewnością widać ożywienie piłki klubowej na Węgrzech. Tamtejsze kluby już trzeci sezon z rzędu są reprezentowane w fazie grupowej europejskich pucharów. W 2018 roku do Ligi Europy, po wcześniejszych zaciętych bojach w eliminacjach Ligi Mistrzów, udało się awansować Videotonowi Székesfehérvár. Wcześniej węgierska drużyna, a dokładniej właśnie popularni „Vidi”, występowała zaś w fazie grupowej po raz ostatni w 2012 roku.

Martwić może jednak fakt, że oba kluby awansowały do europejskich pucharów głównie dzięki zagranicznym zawodnikom. W pierwszym składzie Ferencvárosu na ogół nie występuje bowiem więcej niż dwóch lub góra trzech Węgrów. Co prawda państwo przeznacza spore pieniądze na szkolenie młodzieży, ale na efekty trzeba będzie jeszcze poczekać. Pozostaje mieć nadzieję, że przyjdą one możliwie jak najszybciej, bo reprezentacja Węgier na kilku pozycjach pilnie potrzebuje zastrzyku świeżej krwi.

Marcin Ursyński

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz