Estońska awantura o imigrację

Estoński rząd przyłączył się w ostatnich dniach do grupy państw, które w przyszłym miesiącu nie zamierzają podpisać w Marrakeszu paktu migracyjnego Organizacji Narodów Zjednoczonych. Istnieje jednak groźba, że zaakceptuje ją tamtejszy parlament w którym dominują socjaldemokraci i liberałowie gotowi otworzyć estońską granicę zwłaszcza dla imigrantów zarobkowych.

Liczba państw odmawiających podpisania deklaracji podczas zbliżającego się szczytu w Maroko stale rośnie. Tylko w ciągu ostatniego tygodnia taki krok zapowiedziały Polska, Izrael i Estonia, które dołączyły tym samym do Stanów Zjednoczonych, Węgier, Austrii, Czech czy Bułgarii. „Globalne porozumienie na rzecz bezpiecznej, uporządkowanej i legalnej migracji” zdaniem tych państw nie daje gwarancji, iż będą mogły one suwerennie podejmować decyzji na temat przyjmowania na swoim terytorium określonych osób, nie wspominając o zbyt słabym rozróżnieniu pomiędzy imigrantami legalnymi a nielegalnymi.



Spór w koalicji

W przypadku Estonii odmowa podpisania porozumienia przez rząd Jüriego Ratasa ma jednak nieco inne uzasadnienie. Nie chodzi bowiem o jego krytykę, lecz brak koalicyjnego konsensusu w tej sprawie. Dokument firmowany przez ONZ popierają Estońska Partia Centrum (KE) i Partia Socjaldemokratyczna (SDE), natomiast sprzeciwia się mu konserwatywno-liberalna partia „Ojczyzna”. Reprezentujący ją w rządzie minister sprawiedliwości Urmas Reinsalu twierdzi, że pakt migracyjny nie tylko zaciera wspomnianą różnice pomiędzy legalną i nielegalną imigracją, ale dodatkowo uznaje ją za zjawisko pozytywne.

W odpowiedzi, Socjaldemokraci i centryści wezwali do dymisji Reinsalu, ale ostatecznie zaczęli wprost mówić o kryzysie wewnątrz koalicji rządowej. Zarzucają „Ojczyźnie”, że przez swoje stanowisko pcha Estonię do tego samego „klubu polityki zagranicznej”, w którym mają obecnie znajdować się Polska i Węgry. Minister spraw zagranicznych Sven Mikser broni dokumentu ONZ-u, twierdząc, że nie jest on prawnie wiążący, z czym nie zgadza się jednak spora część ekspertów od prawa międzynarodowego.

Ugrupowania popierające podpisanie dokumentu chcą, aby jego ratyfikacji dokonano za pośrednictwem parlamentu, upierając się przy ważnej roli umowy w kontekście pozycji Estonii na arenie międzynarodowej. Głosowanie w Riigikogu mogłoby doprowadzić do przeforsowania porozumienia, ponieważ poza socjaldemokratami i centrystami poparliby je liberałowie z Estońskiej Partii Reform (ERE), a to oznaczałoby uzyskanie większości przez zwolenników paktu. Poza „Ojczyzną” sprzeciwiają mu się bowiem jedynie nacjonalistyczna Konserwatywna Partia Ludowa Estonii (EKRE) i liberalno-konserwatywna Estońska Partia Wolności (EVE). Nacjonaliści domagają się w związku z tym przeprowadzenia referendum, które miałoby zostać połączone z marcowymi wyborami parlamentarnymi.

Biznes na tak

Ogólna koniunktura gospodarcza w Europie ma pozytywny wpływ również na Estonię. Bezrobocie w tym kraju utrzymuje się na poziomie poniżej średniej w Unii Europejskiej i wynosi około 5 proc. Coraz częściej pojawiają się więc głosy tamtejszych przedsiębiorców, narzekających na problemy z pozyskaniem pracowników oraz na słabą jakość edukacji na estońskich uczelniach.

Problemy estońskich pracodawców dostrzegają również eksperci OECD, którzy zwracają uwagę na deficyt pracowników w sektorze handlu detalicznego. Jednocześnie dzięki temu w tym najlepiej rozwiniętym państwie bałtyckim widoczny jest stały trend wzrostu wynagrodzeń, na co wpływ ma właśnie konkurencja pomiędzy firmami poszukującymi siły roboczej. Nominalne płace w Estonii rosną w tempie około 6 proc. rocznie, co dodatkowo napędza gospodarkę poprzez prywatną konsumpcję.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Rzekomy niedobór pracowników związany jest nie tylko z malejącym bezrobociem, lecz również z emigracją Estończyków do państw zachodnich, a także z negatywnymi trendami demograficznymi. Estonia od dawna znajduje się w gronie państw notujących ujemny przyrost naturalny. Chociaż w ubiegłym roku zanotowano skromny wzrost liczby ludności o 0,2 proc. w ujęciu rocznym.

Jest to związane właśnie z otwarciem się estońskich granic na imigrantów zarobkowych. Jednocześnie wciąż obowiązuje dosyć restrykcyjne prawo migracyjne, mające na celu ograniczenie napływu cudzoziemców spoza Unii Europejskiej. Coraz częściej pojawiają się więc głosy, aby wprowadzić liberalizację przepisów w celu ściągnięcia taniej siły roboczej spoza państw unijnych. Tak naprawdę proces ten już ma miejsce, Estonia pozwala na swobodne podróżowanie bez wiz obywatelom sześćdziesięciu krajów, z czego ochoczo mają korzystać zwłaszcza Albańczycy i Malezyjczycy.

Lobby przedsiębiorców domaga się zwłaszcza lepszego dostępu do usług publicznych dla imigrantów zarobkowych, aby nawet osoby przyjeżdżające do pracy krótkoterminowej mogły korzystać z estońskich szkół czy zwolnień chorobowych w przypadku zachorowania przez ich bliskich, także przebywających w tym państwie. Organizacje pracodawców twierdzą także, że w ciągu najbliższej dekady estoński rynek pracy będzie potrzebował blisko 29 tysięcy pracowników, przy obecnej populacji kraju w wysokości około 1,3 miliona osób.

Parlament tylko zaopiniuje?

Kryzys rządowy wywołany paktem migracyjnym ONZ wciąż trwa, a pod pewnymi względami rzutuje już na cały parlament. Liberałowie z ERE uważają bowiem, że głosowanie w Riigikogu nie powinno być wiążące dla gabinetu Ratasa, lecz jedynie przedstawiać jego stanowisko względem samego dokumentu. Nacjonaliści z EKRE upierają się z kolei przy wspomnianym pomyśle specjalnego referendum w tej sprawie.

Przewodniczący estońskiego parlamentu Jürgen Ligi z ERE uważa natomiast, że rządzący powinni kierować się decyzją posłów w zakresie współpracy z organizacjami międzynarodowymi, nie akceptując jednocześnie zapisów porozumienia dotyczących rozszerzania legalnych kanałów imigracyjnych, a także dbając o suwerenne prawo kraju do decydowania o napływie obcokrajowców. Sprawa wydaje się być więc coraz bardziej skomplikowana.

Marcin Ursyński

Reklama

Tagi: , , , ,

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz