Jeśli uznamy Unię Europejską za strukturę pod wieloma względami szkodliwą dla Polski i Polaków, to nie ma co hamletyzować. Trzeba cieszyć się z Brexitu. Ci którzy biadolą nad wyjściem Brytyjczyków najczęściej po prostu nie wyobrażają sobie życia poza Unią. Tak jak nasi rządzący.

Piątkowa decyzja Brytyjczyków ma wymiar historyczny. Zaskakujące, że nie dostrzega go wielu zaangażowanych eurosceptyków. Największa klęska eurofederalistów została odebrana przez część z nich z chłodnym sceptycyzmem. Za wyraziciela ich opinii uznać można nie pozbawionego politycznych ambicji publicystę Rafała Ziemkiewicza. Niemal natychmiast po ogłoszeniu wyników brytyjskiego plebiscytu stwierdził on, że „nie podziela radości środowisk eurosceptycznych”. Jak twierdzi wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oznacza zwiększenie hegemonii Niemiec. Snuje nawet spiskowe teorie, iż „rozmaite kretyńskie działania w sprawie imigrantów, kretyńskie posunięcia butnej i aroganckiej Komisji Europejskiej były po to właśnie robione, żeby spowodować brexit”. Przewiduje zgrupowanie się państw popierających federalizacje wokół Berlina i forsowanie tego procesu w ich własnym gronie. Wnioski Ziemkiewicza co do konsekwencji ruchu Brytyjczyków, wyłączając niemożliwą do sflasyfikowania spiskologię, wydają się częściowo słuszne. To z czym nie mogę się zgodzić to ich oceną.

Symboliczny przełom

Amerykanie często używają w opisywaniu procesów politycznych pojęcia momentum. To sytuacja w której synergia iluś czynników wcześniej nie branych pod uwagę, niedoszacowanych, lub rozpatrywanych w izolacji od siebie nawzajem, wyzwala nową dynamikę wydarzeń politycznych, stwarzając szansę dla poszczególnych koncepcji i aktorów politycznych. Kluczowym jest konsekwencja w wykorzystaniu tej dynamiki. Prawda jest taka, że niemal wszyscy politycy i komentatorzy bagatelizowali możliwość przegłosowania przez Brytyjczyków wyjścia z Unii. Co uzasadniano to nie tyle szczegółową analizą uwarunkowań politycznych czy społecznych, ale swoistym fatalizmem. Iluż było takich, którzy twierdzili, że eurokraci, Angela Merkel, londyńskie City i globalne elity finansowe, Stany Zjednoczone „nie mogą sobie pozwolić” na Brexit, a zatem „zrobią wszystko”, domyślnie ze względu na potęgę tej koalicji na pewno skutecznie, by wynik referendum odpowiadał ich preferencjom. I wszyscy ci aktorzy w istocie wyrazili w tej sprawie jednoznaczne stanowisko. A mimo to Brytyjczycy zagłosowali na przekór ich woli i fatalistycznemu przekonaniu milionów, także eurosceptyków małego ducha.

Decyzja Brytyjczyków ma więc wymiar symbolicznego przełomu. Od ponad półwiecza jednokierunkowość procesu integracji europejskiej była bowiem niepodważalnym dogmatem o „ever closer union”, które to sformułowanie pojawia się już w Traktatach Rzymskich z 1957 r. I właśnie teraz ktoś demonstracyjnie ten dogmat odrzucił. I to nie byle kto lecz drugi najsilniejszy gracz w UE. Wielka Brytania to nie jest mała Irlandia, a dzisiejsza Unia i jej problemy z legitymizacją ze względu na kryzys społeczno-ekonomiczny i kryzys bezpieczeństwa jakie eurokraci wywołali, to nie jest Unia i uwarunkowania roku 2008. Nad głosem Brytyjczyków nikt nie przejdzie do porządku dziennego i nie każe im głosować jeszcze raz jak Irlandczykom. Sloterdijkowski „kryształowy pałac” pęknął i ma to wielkie znaczenie dla nastrojów społecznych. Należy przy tym zwrócić uwagę, że referendalny Brexit miał w sobie cechy buntu ludu wobec odklejonych od realiów jego życia kosmpolitycznych elit, co znów niesie potężny ładunek inspiracji. Geert Wilders w Holandii i Me Le Pen we Francji już zaapelowali o analogiczne do brytyjskiego referenda w ich krajach. Eurosceptyczny wiatr znad Kanału La Manche może mieć szczególne znaczenie dla tej ostatniej w perspektywie przyszłorocznych wyborów prezydenckich nad Sekwaną. Podobnie powinni go wykorzystywać eurosceptycy w Polsce, by czynić kwestię bilansu zysków i strat polskiej obecności w Unii osią debaty publicznej.

Na logikę eurokraci i Angela Merkel, jeśli mają odrobinę instynktu samozachowawczego, powinni raczej zrezygnować z dokręcania śruby w najbliższym czasie. Wiele jednak wskazuje, że instynkt taki, podobnie jak w kwestii zalewu migracyjnego, już stracili. Szef niemieckiej dyplomacji zwołuje konferencję sześciu państw założycielskich wspólnot europejskich, a przedstawiciele współrządzącej w Niemczech socjaldemokracji apelują o Unię z „prawdziwym rządem”, który przechwyciłby w swoje ręce nawet politykę zagraniczną. Jednak dokręcanie śruby wywoływać może tylko wzmożoną reakcję eurosceptyczną aż do kolejnego pęknięcia, do przewrócenia się kolejnej kostki domina. Unijne elity wybierają jedyne co potrafią – „ucieczkę do przodu” w kierunku dalszej centralizacji w wąskim gronie Niemiec, Francji, Beneluksu, Włoch, być może z Hiszpanią na doczepkę. Ta ucieczka może być jednak drogą w matnię. Nawet w „twardym jądrze” aż nadto widoczne są pęknięcia. We Włoszech rząd musi opędzać się od eurosceptycznej prawicy i populistycznego Ruchu 5 Gwiazd, który właśnie odniósł spektakularny sukces przejmując stanowisko burmistrza Rzymu. W Hiszpanii można spodziewać się kontestacji narzucanej przez Niemcy neoliberalnej polityki finansowej raczej z lewej strony, ze strony partii Podemos, która walczy dziś o władzę w przedterminowych wyborach. W Francji do skoku czai się Front Narodowy. Nawet w Niemczech eurosceptyczną Alternatywa dla Niemiec ma już kilkanaście procent poparcia, zaś nastroje antyrządowe na tle kwestii migracyjnej podziela znacznie większa część społeczeństwa. Tak więc federalizacja „twardego jądra” Unii wpędzi w dalsze problemy samych jej uczestników nie Polskę, która szczęśliwie znajdzie się poza nim. Federalizacyjna kampania Merkel, Schulza i Junckera przyspieszy tylko ogólną dekompozycję Unii Europejskiej.

Czy Unia jest potrzebna?

W gruncie rzeczy dyskusja nad brexitem dotyka sprawy fundamentalnej. Sam Ziemkiewicz przyznaje, że uznaje instytucjonalną integrację Europy za „świetny projekt Roberta Schumana i chrześcijańskiej Europy został totalnie zepsuty, schrzaniony i zmieniony w żałosną parodię Związku Radzieckiego” zatem „trzeba Unię zreformować”. Pytaniem zasadniczym jest czy narody Europy w ogóle potrzebują zinstytucjonalizowanej integracji politycznej i czy w ogóle jest ona możliwa w formie zaspokajającej interesy i zachowującej podmiotowość wszystkich jej uczestników. Historia powojennej integracji europejskiej, która, wbrew ziemkiewiczowskiej interpretacji idei Schumanna, od początku obliczona była na integrację polityczną i przejście na poziom ponadnarodowy, daje odpowiedź negatywną. Unia Europejska jest płaszczyzną walki interesów narodowych, które silniejsi jak zawsze mogą realizować kosztem słabszych. Tyle, że w Unii najsilniejsi dysponują instytucjonalnymi narzędziami utrzymywania i egzekwowania swojej hegemonii za ideologiczną zasłoną rzekomej wspólnotowości mającą rozbrajać opór poszkodowanych narodów. Hegemonia ta poprzez dogłębność mechanizmów ingerujących w funkcjonowanie pozbawionych suwerenności państw nosi znamiona peryferyzacji czy wręcz neokolonizacji słabszych, co wyraźnie jest widoczne na przykładzie strukturalnego uzależnienia Polski od Niemiec, jakie już się dokonało na płaszczyźnie gospodarczej. Zresztą bardziej jaskrawymi są przypadki Grecji czy Hiszpanii, które zapłaciły więcej bo zintegrowały się głębiej w ramach strefy euro.

Według klasycznej definicji Jeana Bodina suwerenność to rządzenie się własnym prawem. O jakiej suwerenności może być mowa w czasie gdy znaczna część prawa, które rządzi coraz bardziej szczegółowo coraz liczniejszymi aspektami naszego życia, stanowiona jest przez samokreującą się elitę eurokratów na którą narody nie mają bezpośredniego wpływu. Unii nie da się zreformować do tyłu, wbrew logice „ever closer union”. Unię można co najwyżej rozmonotwać, w jej miejsce wprowadzając całkowicie nową filozofię systemu sieci, choćby tego rodzaju międzynarodowych nie ponadnarodowych więzi, jakie z powodzeniem stabilizują dziś Azję Południowo-Wschodnią.

Podkreślić trzeba, że Brexit najprawdopodobniej skutecznie zablokuje, przynajmniej na jakiś czas, forsowany przez zachodnie elity układ o Transatlantyckim Partnerstwie w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP). Układ godzący istotnie w interesy tak polskich producentów jak i konsumentów. Układ oddający naszą suwerenność już nie tylko w ręce eurokratów, przynajmniej teoretycznie w jakiś sposób zależnych od władz państw członkowskich, ale transferujący ją do bazujących głównie w USA międzynarodowych korporacji, które mają na jego mocy otrzymać faktyczne narzędzia presji na stanowienie prawa państwowego.

PiS popiera Unię Europejską

Brexit stał się w Polsce latarnią oświetlającą rzeczywiste intencje i stanowiska. Tak stało się przede wszystkim w przypadku obozu władzy i jego medialnego zaplecza. Jarosław Kaczyński komentując brytyjskie referendum i jego wynik stwierdził, że „Brexit jest wydarzeniem bardzo niedobrym” – dodając – „ równocześnie chcę podkreślić, że miejsce Polski jest w Unii Europejskiej”. Przywódca obozu władzy pozostaje zresztą konsekwentny. Przed referendum akcesyjnym w 2003 r. słaby jeszcze wówczas PiS jednoznacznie wspierał wstąpienie Polski do Unii Europejskiej na warunkach wynegocjowanych przez skrajnie uległe wobec Brukseli rządy Buzka i Millera. Medialni poplecznicy PiS również nie ukrywają, że nie wyobrażają sobie życia poza i bez UE.

Brexit i samo brytyjskie referendum jest dla rządzącej partii o tyle niewygodne, że demaskuje ją w oczach eurosceptyków stanowiących ważnych segment jej wyborców. Puszczając do nich oko rządzący politycy i wspierający ich publicyści posługują się narracją mającą uwypuklać znaczenie Wielkiej Brytanii w Unii jako sojusznika w walce z centralizacją i w obronie polskich interesów narodowych. To oczywisty fałsz bowiem Brytyjczycy nie stanęli na drodze ani jednemu przedsięwzięciu eurokratów i zwolenników federalizacji. Londyn popierał to wielkie zagrożenie dla naszych interesów jakim jest TTIP. Londyn nie blokował na poważnie ani Traktatu Nicejskiego, ani Traktatu Lizbońskiego, w sprawie kryzysu imigracyjnego stoi na stanowisku całkowicie partykularnym… tak jak w każdej innej kwestii. Londyn od czasu Margaret Thatcher praktykował strategię zdystansowanego członkostwa i gwarantowania pozycji poprzez kolejne specjalne rabaty, wyłączenia i wyjątki wobec ogólnych mechanizmów UE. W tym sensie, wbrew komentatorom pomstującym na „populizm” i „niedojrzałość” Brytyjczyków, w sposób logiczny przecięli oni węzeł coraz bardziej zapętlających się sprzeczności tego rodzaju polityki. Robienie z Brytyjczyków sprzymierzeńców w „reformowaniu Unii” to nonsens, bowiem zwykli oni jedynie reformować swoje relacje z czołowymi rozgrywającymi.

W gruncie rzeczy dla polityków PiS i sekundujących im publicystów to wszystko ma małe znaczenie. Ich poparcie dla Unii a zatem ich frustracja z powodu wyjścia z niej Brytyjczyków ma jeden zasadniczy powód. Paniczny strach przed Rosją. „Gazeta Polska Codziennie” nazajutrz po brytyjskim referendum nie omieszkała wybić na okładce, że „Kreml zaciera ręce” z powodu jego wyniku. Na osiem artykułów komentujących brexit w tym wydaniu „GPC” w pięciu akcentowano ten właśnie aspekt decyzji Brytyjczyków. Dawid Wildstein w swoim króciutkim wpisie na Facebooku poświęconym zagadnieniu o Putinie wspomniał aż pięć razy. Zresztą i Ziemkiewicz czynił na Twitterze sugestię, że „POLEXIT […] W obecnej sytuacji równałby się natychmiastowemu RUSENTER”. W ten oto sposób podniesiona na irracjonalny poziom rusofobia sankcjonuje zgodę na te realnie istniejące relacje politycznej podległości i ekonomicznej eksploatacji wobec zachodnich ośrodków w jakie wpędziły nas elity III RP. PiS po raz kolejny okazuje się ich częścią.

Karol Kaźmierczak

Reklama



6 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. mix :

    Po pierwsze – to oczywiste, że wzrośnie dominacja Niemiec. Po drugie – nie będzie żadnego efektu domina, to jakieś mrzonki kompletnie oderwane od rzeczywistości. Po trzecie – Berlin aby zabezpieczyć swoje interesy ostro ściągnie cugle, Europie Środkowej w szczególności, aby nikomu już nie przychodziły do głowy pomysły wypisywania się z IV Rzeszy.

  2. mix :

    I po piąte – nie wiem jakich Kaczor ma protektorów, ale na jego miejscu natychmiast wzmocniłbym osobistą ochronę bo Berlin i eurobolszewia (być może w porozumieniu z Moskwą) zrobią wszystko aby nie dopuścić do rozluźnienia tego co zostało po Brexicie. Orban powinien zrobić dokładnie to samo. Założę się, że odpowiedni tzw. „szaleńcy” są już hodowani od dłuższego czasu.

  3. rawen :

    Jak należało oczekiwać najbardziej pro-unijne jest polskojęzyczne społeczeństwo III RP z 72% poparciem. No cóż potwierdza to tylko fakt kolonialnej mentalności białych murzynów z pokolenia JP2. Możliwość swobodnego dostępu do europejskich zmywaków i burdeli jest wszystkim o czym może marzyć „młody wykształcony” z III RP. W końcu jacy przywódcy i „autorytety moralne”, takie i są rezultaty „formowania” młodego pokolenia. Jeszcze raz warto podkreślić prawdziwość sentencji, że „po owocach ich poznacie”. Poznają oczywiście tylko ci, którzy zdobędą się na wysiłek samodzielnego myślenia. Sytuacja zaszła już tak daleko, że doprawdy niewiele trzeba inteligencji, by prawidłowo ją ocenić. Niestety, jak na razie społeczeństwo III RP nie wykazuje aktywności intelektualnej. NOWOPOLSKI.