Z bandyckiej rodziny

– Co oni tam na mnie nie napisali! Przede wszystkim zaś postawili kilka pytań. Jedno z nich brzmiało: – Jak bandyta, pochodzący z bandyckiej rodziny, mógł tak awansować i zostać w Polsce Ludowej dyrektorem? – Wywołało to prawdziwą burzę.

– Najpierw przez parę lat pracowałem w kopalni „Bobrek” jako nadsztygar- wspomina Stanisław Nowak.- Praca na dole mi się nie bardzo jednak podobała i po pewnym czasie przeniosłem się do Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu. Zamieszkałem w budynku obok niej, założyłem rodzinę. Bardzo szybko mianowano mnie dyrektorem Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Sosnowcu, należącej do Zjednoczenia Katowicko- Sosnowieckiego, w skład którego wchodziło 20 kopalń. Miałem służbowy samochód z kierowcą, dobrze zarabiałem, czułem się jak w siódmym niebie. Poznałem wielu ustosunkowanych ludzi, wszystko praktycznie mogłem załatwić. W swoim życiorysie nie wspomniałem oczywiście, że byłem w KWP i za związki z nim odsiedziałem wyrok. Któregoś dnia pojechałem do Częstochowy na naradę. Wcześniej dowiedziałem się, że mój ojciec jest bardzo chory. Powiedziałem kierowcy, że pojedziemy w moje rodzinne strony i nadłożymy jakieś 70 km. Przyjechaliśmy do mojej rodzinnej wioski, czyli do Kraszewic. Ja wszedłem do domu rodziców, a kierowca z samochodem został na ulicy.

Dyrektorskie auto

– Takie dyrektorskie auto od razu zaczęło przyciągać uwagę sąsiadów. Wcześniej przyjeżdżałem też jakimś pojazdem, ale nie tak eleganckim, prywatnym, który wprowadzałem na podwórko, by nie zwracać uwagi. Teraz wpadłem tylko na chwilę, więc samochód z kierowca został na ulicy i kłuł w oczy, zwłaszcza miejscowych komunistów, którzy bynajmniej nie zapomnieli o mojej przeszłości, do czego ja nie przywiązywałem wagi. Wcześniej pomagałem mojej rodzinnej wiosce. Dla miejscowej ochotniczej Straży Pożarnej załatwiłem m.in. samochód. W stacji miał zostać wymieniony wóz pożarny na nowy. Załatwiłem więc w ministerstwie zgodę na przekazanie starego, który miał 40 tys. Przebiegu dla kraszewickich ochotników. Oni sami przywieźli pismo z poparciem ich starań przez Komitet Powiatowy PZPR w Radomsku. Dołożyłem im jeszcze sporo różnorakiego sprzętu: węży pożarniczych, gaśnic itp. Czułem się w Kraszewicach jako niemal zasłużony dla wioski obywatel. Okazało się, że się myliłem. Źle też sytuację oceniła moja mama. Jak ktoś ją zapytał, kto to był u niej służbowym samochodem z kierowcą odpowiedziała, że syn, który jest ważnym dyrektorem. Wśród miejscowych komunistów zawrzało. Podjęli interwencję w Komitecie Powiatowym, który przekazał ich pismo do KW w Katowicach.


Pan już nie pracuje

– Co oni tam na mnie nie napisali! Przede wszystkim zaś postawili kilka pytań. Jedno z nich brzmiało: – Jak bandyta, pochodzący z bandyckiej rodziny, mógł tak awansować i zostać w Polsce Ludowej dyrektorem? – Wywołało to prawdziwą burzę. Gdy na początku czerwca 1970 r. przyjechałem do pracy, przywieziony przez służbowy samochód, wartownik mnie nie wpuścił. Bezradnie rozłożył ręce i powiedział – przykro mi dyrektorze, ale pan tu już nie pracuje! Otrzymałem polecenie, by pana nie wpuścić! – Nogi się pode mną ugięły. Wróciłem do domu, nie wiedząc, o co chodzi. Byłem pewny tylko tego, że sielanka się skończyła… Mój przyjaciel, sędzia Sądu Wojewódzkiego w Katowicach, który na Osiedlu Zawadzkiego w Bytomiu miał garaż obok mojego, doradził mi – Stasiu! Nie przejmuj się, jedź na wczasy, odpocznij, a to się wszystko jakoś wyklaruje. – Skorzystałem z jego rady. Żona, która była kierownikiem laboratorium na ginekologii i położnictwie w bytomskim szpitalu wzięła urlop, zapakowała całą rodzinę do samochodu i na miesiąc pojechałem na Mazury. Wróciłem do domu. Miałem jeszcze sporo oszczędności, ale wiadomo, że pieniądze też się kiedyś skończą. Otrzymałem tylko zawiadomienie, że za zatajenie swojej przeszłości zastosowano wobec mnie najwyższą karę partyjną, czyli wydalenie z szeregów PZPR.

Pomoc znajomych

– Dalej nie wiedziałem, co robić, ale z pomocą przyszła mi żona, która znała panią Mitręgową żonę ówczesnego wicepremiera i ministra górnictwa, który mieszkał w Katowicach przy ul. Różanej. Pojechała do niej i przedstawiła całą sprawę. Po jakimś tygodniu zostałem wezwany do Komitetu Wojewódzkiego Partii. Przyjął mnie II sekretarz, profesor Tadeusz Pyka, zastępca I sekretarza, bardzo zacny człowiek, który z panem Mitręgą miał bardzo dobre układy. Ja mu wszystko bez żadnych ogródek powiedziałem. On po wysłuchaniu mojego wystąpienia powiedział – Partia się nie myli! Pewne sprawy są nieodwracalne! – Dodał jednak, ze nie pozwoli, by mi się stałą krzywda. Powiedział mi – niech się pan zgłosi do pana Suchorończaka, doradcy ministra Mitręgi i on dla pana coś znajdzie. W sumie rozmawiał ze mną bitą godzinę. Jak na osobę bardzo zajętą, poświęcił mi bardzo dużo czasu. Podbudowany wróciłem do domu wierząc, że teraz wszystko się ułoży. Po dwóch czy trzech dniach pan Suchorończak istotnie do mnie zadzwonił i zaprosił na rozmowę. Zgłosiłem się do niego w ministerstwie górnictwa, które wtedy mieściło się w Katowicach. Przyjął mnie bardzo uprzejmie.

Zobaczysz groźnego bandytę

– Poczęstował kawą i zadzwonił do Wyry, dyrektora departamentu kadr i mówi- przyjedź do mnie, to zobaczysz tego groźnego bandytę.- Przy mnie razem ustalili, że mam się zgłosić do katowickiego zjednoczenia, w którym obejmę stanowisko inżyniera wentylacji. Zgłosiłem się do zjednoczenia i złożyłem podanie z życiorysem. Oczywiście napisałem, że byłem karany z dekretu 13 czerwca 1946 roku o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie budowy państwa demokratycznego. Po dwóch dniach wezwano mnie do zjednoczenia, ale powiedziano, że nikogo nie zwolnią, żeby mnie przyjąć. Nacisnąłem czapkę na głowę i wróciłem do domu. Ledwie zdążyłem przekroczyć próg, dzwoni telefon. Podnoszę słuchawkę i słyszę głos – pan dyrektor Nowak? – Mówię, że tak. – Pan nie pracuje? Nie, nie pracuję, bo nie chcieli mnie przyjąć – odpowiadam. – Proszę przyjechać do pana Suchorończaka. Okazało się, że dzwoniła jego sekretarka. Przyjechałem z powrotem do Katowic i idę do ministerstwa. Pan Suchorończak przeprosił mnie za trudności i kazał się zgłosić tym razem do pana Kulpińskiego, dyrektora zjednoczenia bytomskiego, który ma znaleźć dla mnie pracę.

Droga na kopalnię

– To mi nawet odpowiadało, bo przecież mieszkałem w Bytomiu. Przychodzę do pana Kulpińskiego i chce mu coś o sobie powiedzieć. On jednak mi przerwał i mówi – ja o panu wszystko wiem. – Wyjaśnił mi, że nie może nikogo zwolnić, żeby mnie zatrudnić jako inżyniera wentylacji. Powiedział, żebym zgłosił się do pracy w jednej z kopalń. Zasugerowałem mu, żeby była to kopalnia „Pokój” w Rudzie Śląskiej, bo pracował na niej mój przyjaciel. Dyrektorowi Kulpińskiemu bardzo to odpowiadało, bo miał tam dobre układy w Komitecie Miejskim PZPR. Na drugi dzień pojechałem na tą kopalnię. Było to chyba już około 20 sierpnia. Dyrektorem kopalni był pan Pielewicz. Wiedział, że przyjadę między dziewiątą a dziesiątą rano. Jak zobaczył, że podjechałem samochodem pod biurowiec kopalni, to zszedł na dół z pierwszego piętra, żeby się ze mną przywitać. Powiedział mi, ze nie ma stanowiska, żeby mnie zatrudnić, ale zaproponował mi rozwiązanie przejściowe. Miałem zostać tymczasowo zastępcą kierownika robót górniczych, a po zakończeniu okresu wypowiedzenia Głównego Inżyniera ds. BHP i Szkolenia, który za sześć tygodni odchodził z pracy, objąć to stanowisko. Dyrektor, by mnie zachęcić do zaakceptowania tego rozwiązania dodał, że praca behapowca to dobra fucha. Kazał mi tylko koniecznie jutro zgłosić się do pracy.

Nacisk ministerstwa

– Ja po chwili zastanowienia powiedziałem, że podejmę pracę u niego bardzo chętnie, ale dopiero, gdy zostanę zatwierdzony przez Komitet Miejski PZPR. Taka byłą wówczas procedura. Wszystkie kierownicze stanowiska należały do partyjnej nomenklatury i bez akceptacji partii nie wolno było ich objąć. W ciągu dwóch dni zrobiono naradę w Komitecie i oficjalnie mnie zatwierdzono na kierownika robót górniczych. Taki był nacisk ministerstwa, żeby mnie zatrudnić. Na posiedzenie komitetu mnie oczywiście nie zaproszono. Formalnie po wydaleniu z PZPR byłem bezpartyjnym. Jak siedziałem przez te dwa dni w domu, to dyrektor Pielewicz prosił mnie, że gdyby dzwonili do mnie z ministerstwa, to mam mówić, ze już pracuje. Kazano mu bowiem przyjąć mnie od ręki.

Cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności