Żądałem zadośćuczynienia za moje krzywdy w wysokości miliona złotych. Sąd przyznał mi zaś tylko trzysta dwadzieścia tysięcy złotych! – Sędzia uznał, ze moje żądania są za bardzo wygórowane. Powiedział, że przecież przez dziesięć lat byłem na utrzymaniu państwa, które łożyło na to środki itd.
Dopiero po trzech latach leczenia Wiktor Wlazło dochował się potomka. Jego żona urodziła mu upragnionego syna. Wtedy dopiero uznał, że ma po co żyć.
– Wcześniej rozważałem możliwość odebrania sobie życia -wspomina. – Z ustrojem komunistycznym nigdy się nie pogodziłem i żyłem tak, jak w kraju pod okupacją. Jak by zaczęła się jakaś ruchawka, to zaraz bym poszedł. Utrzymywałem zresztą kontakty z kolegami, których spotkałem w więzieniu i też zostali skazani na karę śmierci zamienioną na dożywocie. Przyjaźniłem się zwłaszcza z takim Pawłem – góralem spod Baraniej Góry, z którym też siedziałem w celi. Górale to naród bardzo patriotyczny, nienawidzący komunistów. Paweł mi opowiadał, że u nich na wsi był taki przypadek, że przyjechał do niej członek KC wywodzący się z tej okolicy. Przyszedł na zabawę i zaczął się rządzić i rozrabiać. Górale zaś tego bardzo nie lubią. Noża w plecy mu nie wbili, ale sprali i wrzucili w krzaki, gdzie zdechł. Po jakimś czasie przyjechało kilku funkcjonariuszy UB i zaczęło go szukać.
Koledzy mi dokuczali
– Przed którymś z domów spytali starego gazdę, czy nie widział tego z KC. Ten pomyślał i powiedział, że “on już nie skace, tylko tam leży” i wskazał krzaki, w których leżał ten rozrabiaka. Ubwocy go zabrali, a sprawa została zatuszowana. Ja, pracując w kopalni „Ludwik” jako murarz, dawałem sobie radę. Zrobili mnie brygadzistą. Początkowo wszystko układało się dobrze. Jak mnie SB zaczęło prześladować, robić rewizje, obserwować przez donosicieli, to moja sytuacja znacznie się pogorszyła. Wokół mnie zaczęli pojawiać się prowokatorzy, usiłujący skłonić mnie do jakichś ruchów, za które SB mogłoby mnie wsadzić do więzienia jako wroga ludu. Zawsze bronił mnie wtedy zastępca dyrektora, który mieszkał niedaleko mnie. Dojeżdżaliśmy do pracy jednym tramwajem i żeśmy się nie tylko poznali, ale zaprzyjaźnili. Często zapraszał mnie do domu na pogawędki. Po paru latach musiałem się jednak zwolnić. Koledzy strasznie mi dokuczali. Nie dało się już z nimi wytrzymać. Musiałem zmienić zakład. Zacząłem pracować jako palacz. To w czasach „Solidarności”, zwłaszcza tej podziemnej, ułatwiło mi działalność. Pod pozorem kontroli instalacji cieplnej, zaworów itp. Mogłem wszędzie dojść.
Kosztowała go sporo zdrowia
– Zajmowałem się zaś kolportowaniem podziemnej prasy. Wciągnąłem też do tego moją żonę. Chodziła po okolicy i podkładała gazetki pod wycieraczkę. Dawałem jej jednorazowo najwyżej dwa egzemplarze. Jak by ją złapali, to zawsze mogła powiedzieć, że znalazła. Magazyn prasy miałem w kominie. Po jakimś czasie musiałem jednak ograniczyć swoją działalność, bo w zakładzie połapali się, że to ja muszę roznosić te gazetki. W porę się zorientowałem i wyniosłem gazetki z kotłowni. Na drugi dzień zrobili w niej rewizję. Nic jednak nie znaleźli. Z pracy mnie nie zwolnili. Jakoś udało mi się dopracować do końca komuny, a w 1993 r. poszedłem na emeryturę. Wcześniej jednak zaangażowałem się w działalność Związku Więźniów Politycznych i w działalność śląskiego środowiska byłych żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Ja co prawda nigdy nie należałem do KWP, ale ponieważ statut organizacji, skupiającej jej kombatantów umożliwia przyjmowanie do niej weteranów innych formacji niepodległościowych, to do niej wstąpiłem. Tak jak inni, zacząłem się starać o odszkodowanie za dziesięć lat więzienia, za stracone zdrowie, bicie i tortury na UB. Odbyła się sprawa sądowa, która kosztowała mnie sporo zdrowia. Żądałem zadośćuczynienia za moje krzywdy w wysokości miliona złotych. Sąd przyznał mi zaś tylko trzysta dwadzieścia tysięcy złotych!
Nie były sanatoriami
– Sędzia uznał, ze moje żądania są za bardzo wygórowane. Powiedział, że przecież przez dziesięć lat byłem na utrzymaniu państwa, które łożyło na to środki itd. Bardzo mnie to zdenerwowało. Wronki i Rawicz to nie były sanatoria, czy ośrodki internowania, w których przebywali internowani po stanie wojennym. Ludzie słabi psychicznie czy zdrowotnie bardzo szybko wynosili się nogami do przodu… Kazałbym temu sędziemu pobyć trochę na „utrzymaniu państwa” we Wronkach. Pamiętam, jak którejś wiosny w kaszy, którą dostałem do jedzenia naliczyłem dwadzieścia trzy robaki. I tak jednak stanowiła ona prawdziwy rarytas. Kaszę dostawaliśmy tylko wtedy, gdy wymiatano wojskowe magazyny. To, co zmieciono z podłóg, sypano do worków i zawożono do więzień. Na co dzień dostawaliśmy przecież zupy z brukwi i buraków pastewnych i chleba z piachem.
Paczki od studentek
– Dopiero po 1956 r. wyżywienie się trochę poprawiło. Głównie za sprawą poznańskich studentek, które przywoziły do Wronek paczki dla więźniów politycznych. Raz w miesiącu mogliśmy otrzymać paczkę o wadze dwa i pół kilograma. Zawierały one głównie tłuszcze – margarynę i ceres. To nas trzymało przy życiu. Jesteśmy wszyscy tym studentkom bardzo wdzięczni. Dzięki nim przeżyliśmy. Szkoda, że osobiście nie mogę podziękować tej, która dla mnie przygotowywała paczki. Jej też pewnie, jak nikomu wówczas się nie przelewało.
Wiktor Wlazło nie ukrywa swego rozżalenia, gdy wspomina decyzję sędziego w sprawie odszkodowania za lata więzienia. Klnie na całego i krzywi się jednocześnie. Reumatyzm dokucza mu coraz bardziej. Spanie na więziennym betonie zrobiło niestety swoje.
Zwyrodniały naczelnik
– Szczególnie zapamiętałem beton we Wronkach – wspomina. – Zwyrodniały naczelnik kazał mi na nim spać przez miesiąc. Ukarał mnie za to, że podczas spaceru ośmieliłem się odwrócić głowę w drugą stronę. Na spacer przysługiwała nam godzina dziennie. W praktyce trwał on czterdzieści minut, a nawet pół godziny. Strażnik odliczał od niego jednak czas dojścia na spacerniak i zejścia z niego do celi. Raz odwróciłem głowę w stronę więziennego gmachu, żeby zobaczyć, gdzie jest moja cela, zauważył to strażnik i kazał mi stanąć twarzą do ściany. W świetle regulaminu więzień musiał iść w odległości od drugiego o dwa metry i patrzeć się w kark więźnia idącego przed nim. Każdy ruch głowa stanowił przestępstwo. Po spacerze strażnik polecił mi zgłosić się do naczelnika. Ten zaś z sadystycznym uśmiechem oświadczył mi: “więzień Wlazło, za próbę kontaktu z innymi bandytami zostajecie ukarani miesiącem twardego łoża, a do jedzenia dostaniecie chleb i wodę”. Strażnik zaprowadził mnie do piwnicy i wrzucił do karceru.
Szesnaście kilogramów akt
– Było to pomieszczenie pozbawione okien, w którym spało się na betonie. Za całą pościel służył więźniowi, który trafił do tego przybytku, koc z demobilu i worek z sieczką pod głowę. Przebywanie w czymś takim było strasznym przeżyciem. Ktoś o słabych nerwach mógł naprawdę zwariować. Ja nie zwariowałem i pozostałem hardy. Dlatego władze komunistyczne uważały mnie za nieprzejednanego wroga. IPN to potwierdził, wręczając mi 16 kg moich akt, zgromadzonych przez bezpiekę. Jakichś sensacji na swój temat się z nich nie dowiedziałem. Od początku wiedziałem przecież, dzięki komu Urząd Bezpieczeństwa rozpracował moją organizację. Nie mam do nich nawet specjalnych pretensji. Temu, którego urobili wojsku obiecując, że jak sypnie nasza organizację, to pójdzie do szkoły oficerskiej lotnictwa, to nawet współczuję. UB ani myślało dotrzymać danego mu słowa. Jak przywieźli go do Radomia, by złożył obciążające mnie zeznania, to nie umieścili go bynajmniej w hotelu, ale aresztowali i wrzucili do mojej celi. UB miało w niej swojego kapusia, który miał pewnie obserwować, jak będzie wyglądało nasze spotkanie. Gdy nocą wszyscy usnęli, szturchnąłem go i mówię – do niczego się nie przyznawaj! – Na drugi dzień mnie pierwszego wezwali na przesłuchanie.
Ostatni Mohikanie
– Śledczy zapytał, czy znam takiego a takiego. Ja, idąc w zaparte powiedziałem, że nie. Wtedy śledczy kazał przyprowadzić z celi tego kolegę na konfrontację. Jak go przyprowadzili, śledczy wskazując na niego jeszcze raz mnie zapytał, czy go znam? – Ja, dalej idąc w zaparte powiedziałem, że nie. Wtedy ten kolega zaczął płaczliwie mówić – no jak to, Wiktor, nie poznajesz mnie? – Załamał się chłopak i tyle. Gdy po raz drugi spotkaliśmy się w celi i dowiedziałem się, za jaką cenę sprzedał organizację powiedziałem mu, żeby nie wierzył UB. – Będziesz gnił w więzieniu tak samo jak ja, zobaczysz! – Tak się też stało.
Obecnie Wiktor Wlazło rzadko rusza się z domu. Czyni to w zasadzie tylko z okazji patriotycznych uroczystości. Wtedy to zakłada mundur z orderami. Jest jednym z ostatnich, którzy jeszcze dają świadectwo prawdzie.
– Jesteśmy już ostatnimi Mohikaninami – śmieje się. – Nikt od nas nie przejmie pałeczki i sztandar naszego środowiska trafi do muzeum. Nie ma na to rady.
Marek A. Koprowski








