Somosierra – francuskie zwycięstwo?

„My tylko Polacy tę jak cud, prawie nie pojętą szarżę mogliśmy wykonać, my też tylko ją teraz pojęć możemy, my których […] miłość ojczyzny nasz naród nad inne cechująca przewodniczyła całej szarży lotem błyskawicy, wśród ogromnego ognia z przodu kartaczowego a z obu stron i z szczytu wąwozu z ręcznej broni ciskanego, wykonanej. Ona była jedyną naszą komendą. W jej to służbie każdy z nas gotów był cudów waleczności dokazywać […].”

Historia jest bajką, którą każdy podług swych widoków politycznych układa?

30 listopada 1808 roku wojsko Napoleona otworzyło sobie drogę na Madryt. Drogę wiodącą przez przełęcz Somosierra, która ze względu na swe ukształtowanie i obsadzenie jej liczną artylerią i piechotą hiszpańską, wydawała się nie do zdobycia. Wyczyn garstki kawalerii, która szaloną szarżą zdobyła działa i przepłoszyła wielotysięczną hiszpańską armię, był tak spektakularny, że zgodnie ze starym przysłowiem mówiącym o sukcesie, który ma wielu ojców, szybko znaleźli się tacy, którzy chcieli go sobie przywłaszczyć. Francuski historyk Adolf Thiers w swej „Historii konsulatu i cesarstwa”, wydanej w Paryżu w roku 1849, przypisał to zwycięstwo Francuzom, twierdząc, że szarżą dowodził generał Montbrun, a Polacy cofnęli się w panice po pierwszym ataku. Nie było to pierwsze kłamstwo, które napisano na temat tej bitwy. Ale akurat to było tak bolesne dla uczestników szarży, że jeden z jej, żyjących wówczas jeszcze bohaterów, nie wytrzymał i wdał się z francuskim historykiem w polemikę. Bohaterem tym był Andrzej Niegolewski.

Podporucznik 3. szwadronu 1. pułku lekkokonnego polskiego gwardii Napoleona, Andrzej Niegolewski, w związku z somosierrską bitwą odniósł trzy wielkie sukcesy. Pierwszy to ten, że jako jeden z kilku zaledwie szwoleżerów w niej uczestniczących, ukończył szarżę zdobywając czwartą, czyli ostatnią baterię hiszpańskich armat. Drugi sukces, że będąc chwilę później dwukrotnie postrzelony w głowę i dziewięciokrotnie skłuty bagnetem, przeżył. Trzeci, że po wielu latach, udało mu się obronić honor żołnierza polskiego, obalając tezy francuskiego historyka. Co nim powodowało w tym ostatnim przypadku? Jak sam pisał:

„[…] nie mógłem zcierpieć, aby nam Thiers bitwę pod Somo-Sierra, własność naszą, krwią polską okupioną, wydzierał, a do tego nawet niesławę na oręż polski rzucał.”[1]

Nie mógł ścierpieć, że:

„Thiers hołdując pojmowaniu znaczenia historyi przez swego współrodaka Voltaira utrzymującego, że historya jest bajką którą każdy podług swych widoków politycznych układa, wystawia nasz naród jako niedołężny i nie mogący odzyskać samodzielności, by i cesarza usprawiedliwić z jego nie wywiązania się z zaufania w nim przez Polaków pokładanego, i zniszczyć sympatyą ludu francuzkiego dla Polski.”[2]

Niegolewski uznał również za stosowne napisać długą relację bitwy, w której brał udział, ze szczegółami, których nie podał Thiersowi. Napisał ją dla swego polskiego kolegi, licząc iż ten fachowo opracuje historię tego spektakularnego zwycięstwa. Z tej to właśnie relacji cytuję poniższy, bardzo obszerny fragment, dotyczący wydarzeń, które wpisały się w annały najwybitniejszych osiągnięć kawalerii w historii ludzkości. Wyczyn polskich szwoleżerów jest porównywalny chyba tylko z tym, czego w XVI i XVII wieku dokonywała polska husaria. Dodać jednak trzeba, że dla 3. szwadronu szwoleżerów, który zdobył przełęcz Somosierra, był to chrzest bojowy, podczas gdy husarze spod Mohylewa[3], czy Hodowa[4], którzy zwyciężali przy podobnie dramatycznej dysproporcji sił, byli zaprawionymi w bojach wiarusami.

Andrzej Niegolewski o bitwie

„Rano, bardzo rano, 30 listopada, kiedy jeszcze wszyscy oficerowie nie byli powstawali, ujrzałem cesarza konno nadjeżdżającego. Porucznik Krzyżanowski jeszcze spał: bardzo trudno mi go było obudzić, oblałem go wodą, lecz i ta ledwo zdołała sen jego twardy przerwać, tak jak gdyby przeczuwał, że to już ostatni sen chwilowy, który wkrótce śmierć bohaterska na wieczny zamieni. Cesarz pojechał w niejakiem oddaleniu na reconnaissance [rozpoznanie] naprzód ku górom. Powróciwszy zsiadł z konia i usiadł na stołku przy ogniu, któren pod drzewem zapalono. Powiadano mi, że w ten czas, kiedy cesarz przy ogniu siedział, jeden z naszych chevau – legerów [szwoleżerów] przedzierał się wpośród orszaku cesarskiego do ognia, by sobie fajeczkę zapalić, od czego w bliskości stojący jenerałowie go wstrzymywali. Cesarz widząc to, miał powiedzieć: laissez le feire [pozwólcie mu].

Chevau – leger fajeczkę zapalił. Jeden z obecnych oficerów miał mu za to kazać cesarzowi podziękować, na co chevau – leger w przekonaniu, że nie napróżno nasi tak blisko gór Hiszpanami obsadzonemi stanęli, powiedział, co ja tu mam dziękować, ja mu tam (wskazując na góry) podziękuję.

Czy cesarz teraz już powziął myśl zdobycia wąwozu naszym szwadronem, nie wiem, dość że na dany rozkaz szwadron nasz udał się pod same góry i stanął w kolumnach plutonowych na gościńcu w bliskości przekopu przez Hiszpanów na nim zrobionego, aby tem niedostępniejszy uczynić wąwóz już i tak podług wyobrażeń ludzkich nie zdobyty, a za którym don Benito San – Juan w pozycyi ze wszech innych stron nieprzystępnej z swemi 13,000 Hiszpanów obozował. Dla mgły gęstej, która na krok niczego nie pozwoliła rozpoznać, stanęliśmy prawie przed samemi bateryami hiszpańskiemi, które nas też kartaczami przywitały. Nie mogąc jednak Hiszpanie nas rozpoznać, nikogo też z naszych nie ranili. Warczące nad głowami naszemi kartacze spowodowały mnie młodego, żem się do kolegów obok mnie stojących odezwał: ej gdyby cokolwiek byli niżej wzięli, byliby nas przetrzebili, na co porucznik Runowski powiedział, bądźże cicho, bo nas po głosie mogą poznać. Z pewnością nie spodziewał on się, że za kilka godzin nie jego kartacze w mgle, ale on ich szukać będzie i śmiercią walecznych polegnie, zdobywając armaty, które teraz, nas tylko przywitały.

Wkrótce potem kapitan Dziewanowski powołany do jenerała Montbrun, przednią strażą dowodzącego, wraca do nas i pyta się na kogo z oficerów kolej służby, gdyż jenerał kazał wysłać oficera z plutonem na prawo w góry dla powzięcia języka [jeńca / informatora]. Naraz dały się słyszeć głosy ‚kolej na Niegolewskiego.’ Byłem najmłodszy oficer i dla tego podług zwyczaju wojskowego słusznie czy niesłusznie wszystko, zwłaszcza kiedy był twardy orzech do zgryzienia, na najmłodszego zwalano. Przekonany przecież będąc, że nie na mnie kolej, gdyż kilka godzin dopiero com był z reconnaissansu wrócił, powiedziałem to kapitanowi, oświadczając mu jednakowoż, że pomimo tego chętnie pójdę, jeżeli mi pozwoli wybrać sobie żołnierzy. Dziewanowski zezwolił na me żądanie. Wybrałem sobie chwatów za najdzielniejszych w kompanii znanych. Jakie to zuchy były, każden sobie łatwo wystawi kto znał pułk nasz, gdzie już żołnierz w żołnierza był chwat z chwatów, czego późniejsza szarża najlepszym dowodem. Żałuję że teraz po upłynionym prawie pół wieku nie mogę wszystkich wymienić. Pamięci mej tylko są obecni: wachmistrz Wasilewski, podoficerowie Sokołowski, Wojciechowski, żołnierze Stefanowicz, Ryndejko, Norwiłło, Kasarek i Poniński z Wielko – Polski, z pod Gniezna.

Z wybranym tym hufcem udałem się w góry, gdzie drogi nie było i tylko gdzie niegdzie między skałami ściesżki prowadziły. Po nich to po dwa a najczęściej po jednym koniu przedzierać się trzeba było, a do tego gęsta mgła nic przed sobą rozpoznać nie dozwalała. Nad głowami tylko słychać było gwar ludu, szczęk broni, ale oko nic nie ujrzało. Piękne to położenie patrolu konnego szukającego języka! Rozkaz przecież wykonany być musiał. Nie zważając przeto na położenie tak krytyczne, tylko coraz dalej się przedzierając, nadszedłem nareszcie do wioski, w której kazałem kilku żołnierzom z konia zsieść i o jakąkolwiek żyjącą duszę się postarać. Napróżno, żołnierze powracają z oświadczeniem, że żywego ducha we wsi nie masz. Chcąc nie chcąc szedłem dalej do drugiej i trzeciej wioski. Wszędzie pusto, wszystkie domy pootwierane, wszystkich mieszkańców już ztamtąd piechota francuska z dywizyi Lapissa w swym pochodzie do Sepilweda, gdzie oddziały przedniej straży Hiszpanów stały, wypłoszyła. W jednej tylko z tych wiosek napotkaliśmy na stado indyków. Głodni jak byliśmy, ostrząc języki nasze na ich widok chętniebyśmy się z nimi byli rozprawili i na chwilę o szukaniu języka, gdyby nie położenie nasze, zapomnieli, ale tak musieliśmy się tylko ich widokiem nasycić i dalej ruszać. Przedzierając się coraz dalej, nadszedłem nareszcie do wioski przed którą stała hiszpańska piechota: ilu ich tam było, nie wiem. Byłem ich bowiem tak naszedł, że dla mgły gęstej ani oni mnie ani ja ich prędzej nie mógłem rozpoznać, aż dopiero kiedyśmy o krok przed sobą stanęli. Hiszpanie wystrzelili, lecz nikogo nie raniwszy, do wsi w górach skałami otoczonej wrócili się, dokąd ja ich gonić nie chciałem. Nieświadomemu bowiem pozycyi nie pozostawało nic więcej, jak zakomenderować, demi tour à droite [dosłownie „pół obrotu w prawo”, czyli w tył zwrot] i w odwrót się puścić. Unikając wszelkiego boju, wracałem tą samą drogą, którą przyszedłem. W odwrocie spostrzegam, że mi z moich żołnierzy Ponińskiego brakuje. W tem widzę do goniącego mnie, trzymając na karym swym koniu przed sobą Hiszpana z okrzykiem ‚panie poruczniku, a widzi go pan? szelma Carajo chciał mi uciec, ale go trzymam!’

Nie usłuchał Poniński żołnierz nadzwyczajnej siły i nieustraszonej odwagi, mej komendy do odwrotu, ale wpadł między Hiszpanów, schwycił z nich jednego za kark, wciągnął na swego konia i nie poniósłszy żadnego szwanku przywiózł mi go. Możesz sobie wystawić jenerale mą radość z tak szczęśliwej zdobyczy w tak trudnem położeniu. Hiszpan zaś ze strachu ledwie co oddychając, pada na kolana i woła ‚Sennor por l’amor de dios ne me mata usted!’ [Senior, na miłość boską, nie zabijajcie mnie!] Taka to była wojna nasza w Hiszpanii, gdzie ani my przez represalie [odwet] ani Hiszpanie jeńcom nie przepuszczali, tylko każdego zabijali, a fanatyzm Hiszpanów posunął ich do okrucieństw podobnych jakich się na nas Murzyni na San – Domingo dopuszczali. Nosy, uszy, języki wyrzynali, co więcej między dwie belki włożywszy jak deski rznęli. Po wszystkich też nieomal drogach w pochodzie naszym do Somo-Sierry napotykaliśmy wiszących już to Hiszpanów, już to naszych. Tą razą przecież Hiszpan niepotrzebnie się o swe życie obawiał, gdyż mi nie o wyrwany ale o żywy jego język chodziło. Obawiając się przeto żeby mi ze strachu nie umarł, uspakajałem go jak mógłem i prosiłem żołnierzy aby go ugłaskali i otrzeźwili. Groźne ich postawy naraz najłagodniejsze przybrawszy miny, Hiszpanowi, to głaszcząc to mu wódkę w usta lejąc, otuchy dodawały. Szczęśliwie nareszcie z zdobytym językiem do szwadronu wróciłem. Oddaję Hiszpana Dziewanowskiemu z oświadczeniem że Ponińskiemu winien jestem zdobycz, którą sam z szeregów hiszpańskich wyrwał. Kapitan odprowadził jeńca do jenerała i wrócił z żądaniem abym Hiszpana sam do cesarza zaprowadził. Będąc bardzo zmęczonym i mając do tego popręg który mi był pękł do naprawienia, prosiłem go aby mnie od tego zwolnił. Sam przeto Dziewanowski Hiszpana do jenerała Montbrun odprowadził któren go przez adjutanta swego cesarzowi oddał.

Zaradny adjutant sam sobie zdobycz języka, jak mi później powiadano, przypisał i za to krzyżem ozdobiony został a o Ponińskim który później w roku 1810 w Arandzie w pojedynku których miał bez liku z Francuzami zginął, ani pomyślano. Najwymowniejszy dowód prawdziwości przez Ciebie przytoczonych słow: haec alter fecit, honores alter tulit [ten uczynił, tamtego uhonorowali]. Kiedy Francuz wydarł Ponińskiemu wawrzyn przez niego zdobyty, to niechaj pamięć przynajmniej o nim nie zaginie. Nie podobno też abym pisząc o Somo-Sierze o nim nie wspomniał. Jego czyn należy z pewnością do tych, które mogły Verneta natchnąć, do obrazów wystawiających chevau-legerów polskich.

Mityczna tylko ich odwaga czyniąc ich prawie idealnemi żołnierzami, mogła malarza natchnąć do ucielesnienia ich ducha pędzlem.

Trzeba też oddać Vernetowi sprawiedliwość, że w obrazach swoich Grand-Garde de Lanciers Polonais i Lanciers Polonais en Cantonnement, w pięknym ciele chevau-legerów piękną ich duszę szczęśliwie oddał; nie dzikość ani brutalne żołdactwo ale przeciwnie łagodność połączona z szlachetną dumą i nieustraszonem męstwem w rysach marsowych, silnych i mocnych, swych żołnierzy wystawiając. Przytem zamyślonej ich twarzy widać że pojął artysta uczucia które głąb ich duszy poruszały i do drogi sławy, cudów waleczności dokazując, prowadziły. Oby chevau-legery nietylko Francuza artystę ale i Polaka natchnęły, który jako godło pod swą ryciną wystawiającą chevau-legera na koniu, trafny i treściwy wiersz umieścił:

‚Po całej prawie ziemi pod obcymi znakami,

Dla swego tylko kraju walczył żołnierz taki’

znalazły i historyka któryby ich czyny historyi narodu polskiego przekazał.

Po powrocie moim z reconnaissansu już się oddziały piechoty francuzkiej na skały po lewej i prawej stronie wąwozu drapały. Czy marszałek Victor sam oddziały te po lewej a szef sztabu Sémélé, po prawej stronie z dobytą szpadą pieszo prowadzili, nie wiem, lecz mi się zdaje że tak nie było, gdybyż z pewnością byli Francuzi o tem głosili a ja nigdy tego, ani słyszałem ani czytałem. Zawsze przecież niesłusznie do wyrazu pieszo jak z jego podkreślenia w Twym pamiętniku wnoszę wagę przywięzujesz, inaczej bowiem dostać się jak pieszo nie mogli, o czem się sam przekonałem będąc tam na reconnaissansie. Oddziały te które przeznaczone były aby piechotę hiszpańską po prawej i lewej stronie wąwozu między skałami ustawioną, by z swych zajętych tam stanowisk wąwóz tem niedostępniejszy uczynić, wypłoszyły, musiały tylko z skały na skałę się wdrapywać. Piechota hiszpańska nie zbytecznie się opierając, cofała się za góry, gdzie obóz don Benity San-Juan znajdował się a do którego Francuzi tylko przez ten później tak wsławiony wąwóz dostać się mogli. W tej ich pozycyi mieli się Hiszpanie za niezwyciężonych. Junta centralna nawet się z Aranjuez nie ruszywszy, wszystkie siły około Madrytu zgromadzone, tam dotąd wysłała, w przekonaniu że żadna siła bramy tej Madrytu samą swą pozycyą silną, skoro nadto dobrze obwarowaną będzie, nie jest w stanie zdobyć. Wszystkie przeto wysilenia francuzkie miała Junta i miał don Benito za próżne, w przekonaniu że nigdy cesarz gros swej armii tą drogą nie przeprowadzi a innej drogi do Madrytu, skoro nie chciał iść na Guadaramę kilka marszów na lewo wąwozu, zostawiając po za sobą obóz Hiszpanów, nie było. Na obwarowanie przeto tej tarczy po za którą za niezwyciężonych Hiszpanie się mieli, całą swą uwagę wytężyli. Wąwóz ten był też, tak jak go istotnie Hiszpanie obwarowali, podług pojęć ludzkich niezdobyty. Pominąwszy bowiem jego cieśninę między wysokościami skalistemi pod górą prowadzącą, pominąwszy że nietylko po lewej i prawej jego stronie ale i na samym jego szczycie piechotą był najeżony, był wąwóz ten kręty cztery razy (nie trzy jak Ty mniemasz) łamany a w każdem tem zagięciu czterema armatami uzbrojony, tak że nietylko na szczycie i po obu stronach najeżona piechota ale w ogóle szesnaście armat piętrami ustawione, paszcze swe na nas rozdziawiwszy przystępu do niego broniły i wszystko też co się na gościńcu pokazała, zmiatały.

Co tutaj zresztą przed wąwozem w czasie mej niebytności zaszło, nie wiem i dla tego o tem co mnie tylko z opowiadań doszło, nie wspominam. Nie mogę jednak tego przepomnieć, co mi później opowiadano, że w czasie tym kawalerya francuzka o zdobycie wąwozu się miała kusić, lecz tylko kusić, gdyż rzęsisty grad kul armatnich który z góry ich ledwie co atak rozpoczynających przywitał, miał im być oraz hasłem do odwrotu. Powtarzam przecież że nie widziawszy tego, prawdziwości faktu nie zaręczam. Zupełnie bez przyczyny jednakowoż wieść ta być nie mogła, kiedy i Gorecki w swym znanym wierszu o tem wspomina.

Co się zaś tyczy piechoty francuzkiej to ta miała być początkowo do wzięcia wąwozu przeznaczona. Grad przecież kul z góry spadający, który wszystko co się na gościńcu znajdowało zmiatał, musiał przecież wkrótce cesarza przekonać że piechotą wąwozu nie zdobędzie. Morderczy ten z gór ciskany ogień nietylko nie pozwolił piechocie francuzkiej kusić się o zdobycie wąwozu ale nawet wstrzymał ją od zrównywania faszynami wyżej wzmiankowanego przekopu na gościńcu. Jak się bowiem później szarżując przekonałem, przekop dostatecznie nie był zarównany i tylko przeskoczony być musiał: szczęściem że nie był zbyt szeroki. Kto wie bowiem czyby szarża była się mogła udać, gdyby Hiszpanie przekop szerszy byli zrobili.

Tak jak nie wiem co zaszło przed wąwozem w czasie mego reconnaissansu, tak też nie wiem co się działo u mego szwadronu od mego powrotu aż do samej szarży. Oddawszy bowiem Hiszpana Dziewanowskiemu, poszedłem cokolwiek w bok szwadronu aby konia czemprędzej rozkulbaczyć i popręg poprawić. Kilku żołnierzy którzy co dopiero z patrolu zemną wrócili mając już to również mniej więcej coś do naprawienia, już też by mi być pomocni, udało się za mną. Tu nadmienić muszę że porucznik Krzyżanowski przyjechał do mnie kiedym był konia rozkulbaczył, winszując mi szczęśliwego wypadku reconnaissansu i mówi do mnie: widzisz, cesarz przyjechał, zaraz się wykaże albo pójdziemy naprzód albo cesarz nakaże odwrót, i wrócił do szwadronu. W tem ledwo com konia okulbaczył i popręg poprawił, już spostrzegłem szwadron pod górę kolumną marszową czwórkami pod dowództwem szefa szwadronu Koziedulskiego gościńcem pędzący. W jaki przeto sposób rozkaz szwadronowi do ataku był dany, mianowicie czy cesarz sam jak mówisz przywołał Koziedulskiego i pokazując mu armaty do niego rzekł: ‚allez avec votre escadron et prenez moi ces canons’ [idźcie z waszym szwadronem i weźcie mi te działa] nie wiem. Co się tyczy mej osoby, to jak już nadmieniłem, żadnego rozkazu nie słyszałem. Widząc przecież szwadron mój pędzący pod górę, czemprędzej wsiadłem na konia i z żołnierzami którzy się na bok zemną byli udali pospieszyłem by jak najprędzej złączyć się z szwadronem, zwłaszcza że jeszcze nie miałem czasu plutonu mego odebrać. Szwadron dogoniłem kiedy już był wpadł do wąwozu i już był zabrał pierwsze piętro armat i pędził dalej bez najmniejszego zatrzymania się i bez żadnego porządku wojennego, któren dla cieśniny nawet był niepodobnym. Wszyscy pędzili wśród ogromnego ognia tak kartaczowego z przodu jak z lewej i z prawej strony wąwozu i samego jego szczytu, z ręcznej broni przez piechotę na nas w tę cieśninę ciskanego, jeden drugiego przy odgłosie ‚vive l’empereur’ [niech żyje cesarz] wyprzedzając, by najprędzej na szczyt wąwozu się dostać i na nieprzyjaciela natrzyć. I tak lotem błyskawicy pędząc padł w prawdzie pierwszy, drugi za pierwszym, trzeci za drugim ale następujący nie uważając na poległych i ciągle spadających kolegów, już każde z czterech piętr z jego czterema armatami rąbiąc w pędzie kanonierów, jedno po drugim zdobywał, nie pozwalając żadnej bateryi, jak tylko raz wystrzelić. Które też ledwie co były wystrzeliły, już były nasze. Piechota zaś sama na szczycie gór stojąca, atakiem naszym tak natarczywym przestraszona, uciekła. Tak w kilka minut przeszkoda prawie nie do zwyciężenia uchylona, droga cesarzowi i jego armii do Madrytu otwarta i utorowana.

Wzięcie tej bramy Madrytu, w obóz hiszpański 13tysięczny tuż za wąwozem stojący taki paniczny przestrach rzuciło, że już nie myśleli o stawieniu czoła armii cesarza na drodze przez nas utorowanej, postępującej ale wszyscy jak mogli bez najmniejszego porządku uciekali. I tak wszystkie chorągwie, wszystkie armaty, wszystkie wozy amunicyjne, kasa, jednem słowem cały obóz prawie, bez wszelkiej walki w ręce Francuzów się dostał. Strach tylko zwyciężył Hiszpanów, który ich po przełamaniu tarczy za którą się za niezwyciężonych mieli, przejął.

Wzięcie też tego wąwozu, którym zasłonięci za niezwyciężonych się mieli, nietylko obóz Hiszpanów oddało w ręce cesarza ale popłoch nie do opisania na cały kraj rzuciło i siłę moralną Hiszpanów która po kapitulacyi pod Bajlen Duponda nadzwyczaj się podniosła, tak dalece iż po całym kraju śmiało powstanie podnieśli, naraz w dumnym tym narodzie szarża nasza zniszczyła. Centralna Junta z Aranjuez mająca się za ową tarczą, za bezpieczną teraz dopiero przestraszona, uciekła. Tak to cesarz bez żadnego prawie oporu do Madrytu wszedł. Słusznie przeto Thiers księgę XXXIII opisującą kampanią w 1808 r. w Hiszpanii godłem Somo-Sierra uczcił, kiedy wzięcie wąwozu tego przez szwadron nasz nietylko armią hiszpańską w ręce cesarza oddało ale nawet na los całej kampanii wpłynęło.

Taka tylko szybkość i nieustraszoność z jaką chevau-legery szarżę wykonali, mogła cudu tego waleczności dokazać. Wszelkie zatrzymywanie się w ataku byłoby dało czas do powtórnego nabicia armat, któreby i tak naszą małą garstkę były tak przetrzebiły, żeby nas było przybrakło do zdobycia pozostałych bateryi. Nie jest zatem prawdziwą a tem samem nie historyczną wzmianka Twa o zatrzymywaniu się szwadronu.

Prawda, że dopędzając szwadron a dopędziłem go po zdobytej pierwszej bateryi, zastałem kilku żołnierzy między innymi, gdyż mi to bardzo dobrze w pamięci zostało, i Konopkę z 7mej kompanii na kasztanowatym koniu z białą grzywą, skupionych w zagięciu, w którem pierwsze piętro armat ustawione było. W pierwszej chwili ogromnego ognia zatrzymali się oni tam poza szwadronem dalej pędzącym. Widząc mnie obok nich pędzącego galopem na jaki tylko mój doniec mógł się był zdobyć, wołali na mnie ‚panie poruczniku, panie poruczniku nie jeździj, bo tam bardzo strzelają!’ W mgnieniu oka przecież gdy widzieli żem nietylko na ich przestrogę nie zważał ale przeciwnie rzuciwszy im kilka ostrych słów z wykrzykiem ‚en avant vive l’empereur’ [naprzód! niech żyje cesarz!] w jednej chwili jużeśmy się złączyli ze szwadronem. Może to była ta chwila w której podług Twych pamiętników szwadron się miał zatrzymać i która może nie jednemu z przypatrujących się dała powód do mniemania tak rozpowszechnionego że szwadron się zatrzymał, co że być nie mogło sam z pewnością, teraz przyznasz.

Raz przecież przypuściwszy zatrzymanie się szwadronu w szarży, uznałeś za najstósowniejsze przypuścić takowe w chwili, kiedy pod Koziedulskim konia ubito. Chcąc przeto porządek w szarży wprowadzić, powiadasz że po nim Dziewanowski komendę objął i z szwadronem zatrzymanym atak ponowił. Prawda że Koziedulskiemu na początku szarży konia ubito i że tenże w skutek tego z szeregu nacierających nie mogąc szwadronu pieszo gonić cofnął się. Prawda że komenda ze starszeństwa Dziewanowskiemu przypadła. Nieprawdziwem przecież jest żeby się szwadron po ustąpieniu Koziedulskiego miał w szarży zatrzymać, dla tego też niestósownem o obejmowaniu komendy wspominać. Wspominanie nawet o podobnej formalności w opisie szarży somo-sierskiej, rzecz samą w nieprawdziwem świetle wystawia. Pominąwszy bowiem że o zatrzymywaniu mowy być nie może, mogłoby się z Twego opisu zdawać że w czasie szarży był do formalnego obejmowania komendy czas, kiedy ta lotem błyskawicy wykonaną została. Szwadron raz puściwszy się pod górę przy odgłosie: ev avant, vive l’empereur [naprzód, niech żyje cesarz], innej komendy nie słyszał i nie potrzebował. Wszyscy tam bowiem, kapitan, porucznik, żołnierz jednym zapałem zagrzani, jeden i ten sam odgłos wydając, jednym pędem nie zważając ani na cofnięcie się Koziedulskiego ani też na poległych i ciągle padających oficerów, kolegów, wąwoz zdobyli i w pędzie samym armaty zdobywając, kanonierów nie zatrzymując, rąbali. Nie chcę ja tu bynajmniej zmniejszać sławy którą się okrył Dziewanowski. Z pewnością jeżeliby kto chciał udział w szarży dzielić: jemu największy dział przypada ale nie wskutek komendy którą atak z zatrzymanym szwadronem miał ponowić, tylko wskutek stanowiska jakie w szwadronie zajmował, nie ustępując nadto z hufca mimo ran odebranych aż dopóki siły mu tylko starczyły, i ciężko ranny nie padł, porwał za sobą szwadron który do niego jak do ojca był przywiązany. Równie nie wprawdziwem świetle wystawiasz szarżę, kiedy zbyt szczegółowo starasz się opisać porządek w jakim wykonana została, jak n. p. kiedy o szlosowaniu [zwieraniu, wyrównywaniu szeregów; wstępowaniu na miejsce żołnierza, który ubył z szeregu] wspominasz. Raz szarżę rozpoczętą ten szlosował którego koń do tego znaglił. Najlepszym tego dowodem że ja, pomimo żem już po rozpoczęciu szarży do wąwozu przypadł, wkrótce nietylko nie byłem ostatni ale prawie do pierwszych zapędziłem. Dobrze sobie przypominam porucznika Rowickiego który już obok mnie pędząc wołał ‚Niegolewski trzymaj mi konia bo mi się zbiegał, nie mogę go wstrzymać!’ na co mu odkrzyknąłem ‚puszczaj go’ Już też młody ten oficer z nikiem więcej nie mówił bo zaraz potem ujrzałem go spadającego z konia. Był to drugi z moich kolegów, któregom zabitego widział. Między pierwszą a drugą bateryą widziałem leżącego Krzyżanowskiego o którym wyżej wspomniałem.

Porucznika Rudowskiego, któren równie zginął, w czasie szarży ani żywego ani poległego nie zoczyłem. Kapitana Dziewanowskiego, któren nogę miał od armatniej kuli zgruchotaną, jeszcze widziałem aż u trzeciego piętra po lewej stronie wąwozu. Kapitan Piotr Krasiński był rażony ciężką kontuzyą w piersi ale bez rany i żebra mu (jak mylnie powiadano) nie wyjęto. Kiedy został do ustąpienia z szeregów zniewolony, nie wiem. Z wszystkich oficerów szwadronu, którzy tę szarżę czwartego piętra wykonali, ja jeden nie odniósłem na mem ciele żadnego szwanku, ale mój koń, mój mundur, ładownica, czapka wszystko to ucierpiało od kul karabinowych swiszczących na wszystkie strony. Jak po ustąpieniu szefa Koziedulskiego, tak i teraz lubo Dziewanowski leżał zwalony z konia, przecież resztki szwadronu nie zatrzymały się ale tym samym pędem zdobyły i czwartą bateryą. Za tą już otwierał się niejaki przestwór między górami. Na widok koło budynku zebranej piechoty hiszpańskiej w kupce, po lewej stronie gościńca, wstrzymałem konia w miejscu. Dotąd bowiem nie zatrzymując się ni nie oglądając się wpadłem do wąwozu, pędziłem z okrzykiem en avent, vive l’empereur [naprzód, niech żyje cesarz] w śród gradu kul. Postrzegłszy tu przy sobie kilku chevau-legerów a za sobą wachmistrza Sokołowskiego na kulawym koniu, zawołałem: ‚gdzie nasi?’ Sokołowski odparł ‚poginęli!’ Wielu legło istotnie, drudzy konie potracili, inni zostali w tyle, inni jeszcze pędząc z góry rozpierzchli się na prawo i lewo, gdyż już, jak powiedziałem, był jaki taki przestwór między górami. Piechota hiszpańska z boku ciągle nas raziła, przy owej zaś bateryi czwartej, po za nami stało jeszcze kilkunastu hiszpańskich kanonierów. Krzyknąłem: ‚Sokołowski uderzmy na nich’ i uderzyliśmy z tą garstką. Hiszpanie uciekali, a biedny Sokołowski powiększył swą śmiercią liczbę poległych w tym boju kolegów. Nie widziałem koło siebie i owych kilku chevau-legerów. W tem koń krwią plużący padł podemną od strzału działowego: w oka mgnieniu kilku Hiszpanów uciekających nawróciło a dwóch z karabinów mi do głowy przyłożonych dało ognia. Kule atoli opieką nademną Wszechmocnej Opatrzności, ograniczyły się na zadaniu mi tylko ran ciężkich. Rzadko komu tak z bliska śmierć zaglądała w oczy. Widziałem karabiny na głowie, słyszałem obadwa strzały, poczułem mdlenie, ale jednak rozumiałem Hiszpanów wołających à la dretsha à la dretsha, arriva arriva (na prawo na prawo, na góry na góry). W tej chwili dziewięć razy pchnięto mnie bagnetem, obrano z pieniędzy a konia zostawiono na mnie. Razy bagnetów ocknęły mnie w bólu i sprawiły żem się poczuł przy życiu i wrócił do zupełnej przytomności umysłu. Otoczony Hiszpanami, w obawie by mnie u nich los zwyczajny jeńców to jest śmierć w mękach nie spotkała, nawet odetchnąć nie śmiałem. Wkrótce słyszeć się dały coraz głośniej bębny i okrzyki en avant, vive l’empereur [naprzód, niech żyje cesarz] i naraz ujrzałem naszych i chasseurów [szaserów, czyli strzelców konnych] francuzkich.

Twój opis trzeba mi tu o tyle sprostować, że drugie szwadrony chevau-legerów nie zaraz po owym trzecim i walecznie już poległym następowały; w takim bowiem razie zkądże wspólnie ze Sokołowskim i kilku tylko naszego pułku żołnierzami byłbym mógł być przyjść do ucierania się z kanonierami. I gdyby owe szwadrony już były nadeszły toć owi dwaj Hiszpanie, co mi karabiny do głowy przyłożyli, byliby już siedzieli między górami ale nie na gołaźni zostali. Widoczna że drugie szwadrony naszego pułku dopiero po wzięciu przez nas wąwozu, były za nami wysłane. Uwaga ta zdaje się tu potrzebną dla tego, że chodzi aby czyn jednego szwadronu nie był mylnie kilku przypisywanym, bo wtedy bezprzykładna waleczność garstki, zeszłaby tylko na spełnienie zwykłego obowiązku przez pewną dostateczną liczbę wojska. Historycy u których opisy boju na Somo-Sierry czytałem, wyjąwszy Twych pamiętników, wystawiają, że kilka szwadronów wąwoz zdobyły a Thiers nawet śmiał ten trzeci szwadron, który to zwycięztwo tak drogo krwią opłacił, nazwawszy go pierwszym, posądzić o rozprzężenie i odwrot bez rozkazu a więc poniekąd o ucieczkę. Chcąc z nim krótki proces zrobić, zażądałem od niego aby mi kogokolwiek z innego jak naszego szwadronu, rannego lub zabitego w zdobywaniu wąwozu wymienił. Ty mówisz wprawdzie że jeden nasz 3ci szwadron wąwoz wziął, dodając przecie, że zaraz za nami wasze szwadrony postępowały: łatwobyś więc mógł czytelników w błędzie rozpowszechnionym utwierdzić. Nie chcę ja tu bynajmniej, jak się samo przez się rozumie, innym szwadronom waleczności odmawiać, gdyż przeciwnie jestem przekonany, że każdy inny szwadron pułku naszego, tym samym duchem co my na Sierrę zapędzony, byłby się równie dzielnie jak nasz popisał. Że zaś istotnie już po zdobyciu wąwozu inne szwadrony za nami postępowały, najlepszym i to dowodem, że na wąwozie samym nikt z tych szwadronów ani zabitym ani rannym nie był. Powiadano mi zaś później że Jeziołkowski żołnierz z 1go szwadronu, po wzięciu przez szwadron nasz wąwozu, w pogoni ze swym szwadronem a za uciekającymi Hiszpanami, napotkawszy rozbitą kasę hiszpańską, która jak powiedziałem w ręce się naszej armii dostała, uznał pistolety już za zbyteczne, wyrzucił je z olster a miejsce ich zapełnił unsami złotemi hiszpańskimi za które w kraju dobra sobie kupił. Skoro nasze szwadrony, które wszystkie wojsko francuzkie poprzedziły, nie miały z kim walczyć, tylko uciekających goniły, to tem mniej miały do tego sposobność wszelkie inne oddziały wojska francuzkiego. Zwracam Ci w tem miejscu uwagę na chwilę w której mnie ostatecznie poraniono. Przypuszczając błędnie jakieś zatrzymywanie się szwadronu w szarży i wystawiając, że po naszym szwadronie zaraz inne naszego pułku nacierały, nie możesz sobie wytłómaczyć zkąd u mnie rany bagnetami. Korzystasz przeto z twych przypuszczeń i pokłucie moje umieszczasz w chwili jakiegoś zwolnienia i zatrzymywania się w szarży, kiedy przeciwnie takowe już ku końcowi szarży przy zdobywaniu ostatniej bateryi nastąpiło. Prawda, że wszystko to stało się w jednej chwili, nigdy jednakże przypuszczać nie można aby szwadrony wasze a tem mniej Francuzi którzy dopiero za nimi wąwozem postępowali jakiś, by najmniejszy udział w tem uderzeniu byli mieli.

Po tej wycieczce recenzyjnej wracam na pobojowisko. Widząc jak już powiedziałem pędzących naszych i chasêurów francuzkich, chciałem głowę podnieść lecz nie mogłem. Oddech przecież mając wolny, miałem nadzieję, że godzina moja jeszcze nie wybiła, zacząłem wołać, żem nie zabity a będąc do tego obdartym, wiedząc że na porucznika tyle nie zważano ile na kapitana, wołałem żem kapitan i prosiłem żeby się zmiłowali i konia ze mnie, który mnie gniótł, ściągnęli. Nie musieli nasi słabego głosu mego dosłyszeć, nie zatrzymawszy się bowiem, wraz z chassêurami przelecieli. Tuż nadeszły za nimi woltyżery [rodzaj piechoty] francuzkie przy odgłosie mi pamiętnym ‚allons, cela ira bien camerades.’ [fragment pieśni rewolucyjnej Ça ira] Ci dopiero konia ze mnie ściągnęli i na mą prośbę pod czwartą bateryą mię zanieśli i płaszczami nakryli. Dwóch nadeszłych chirurgów rany mi opatrzyło, lecz niedługo po ich opatrzeniu krew z ran na głowie pod bandażami mocno płynąć zaczęła. Kilkunastu żołnierzy, którzy konie swe potracili, zebrało się około mnie. W tem nadjechał marszałek Bessieres, któremu byłem od czasu obozu naszego pod St. Maria osobiście znany. Na zapytanie: kto tam leży, powiedzieli mu żołnierze: porucznik Niegolewski. Marszałek zsiadł z konia, przybliżył się do mnie i rzekł: ‚jeune homme, l’empereur a vu la belle charge des chevaux-legers, il saura apprecier votre bravoure,’ [młody człowieku, cesarz widział piękną szarżę szwoleżerów, potrafi on docenić waszą odwagę] na co ja mu, wskazując na armaty przy których leżałem: ‚Monseigneur je me meurs, voilà les canons que j’ai enlévé, dites cela à l’empereur.’ [Panie umiera, oto działa które zdobyłem, powiedz o tym cesarzowi]

Wkrótce nadjechał cesarz i krzyżem legii honorowej mnie zaszczycił. Pierwszy to był krzyż, który się pułkowi naszemu był dostał. Ja najmłodszy oficer pierwszym go jako chevau-leger zdobył, a do tego zdobyłem go sobie w dzień moich imienin. Pierwszy to raz było, żem od ojca nie dostał wiązarka [podarunku] na imieniny, ale za to dostałem go z rąk samego cesarza, za krew dla ojczyzny w dniu imienin przelaną i jeszcze płynącą. Bodaj kto inny mógł w dniu imienin piękniejszy wiązarek dostać. Jakież to uczucie serce młode unoszące.

Bandaże, któremi już po raz drugi raz rany były opatrzone, nie zdołały krwi biegu zatrzymać i już mnie zaczęły zmysły odchodzić. W tem nadszedł do mnie porucznik od grenadierów gwardyi Villeneuve z którym się w czasie mej z nim wspólnej służby przy cesarzu w Marrac pod Bayonną, bardzo zaprzyjaźniłem; dobył manierki i nalał w usta araku, mówiąc: ‚pauvre diable te voila… tu ne ferras plus tes farces,’ [biedaczysko, oto i ty… już nie będziesz psocił] słyszałem i rozumiałem co mówił, alem już nie mógł odpowiedzieć.

Dziwny los przeznaczenia, Villeneuve już miał mnie za zabitego, ja tym czasem zdrów żyję, a on bez boju, w strzelaniu odwracających się i uciekających Hiszpanów tego samego dnia zginął.

Jakim sposobem czaszka moja nie zgruchotana, jakim sposobem bagnety w mem ciele utopione, z niego życia nie wypędziły, nie pojmuję; w Styxie mnie przecież nie kąpano.

Wkrótce po nalanym mi w usta araku, którym mnie cokolwiek Villeneuve otrzeźwił, nadeszła kareta naszego pułkownika Wincentego Krasińskiego i do Buytrago mnie zawiozła, gdziem już zastał Dziewanowskiego ambulansem gwardyi przywiezionego.

Tak oficerowie co udział w szarży tej mieli jak Krzyżanowski, Rudowski, Rowicki zabici, Dziewanowski i ja licznemi ranami okryci, Piotr kapitan Krasiński zknotuzyowany, a w ogóle poległa większa połowa, jakkolwiek urzędowy bulletin francuzki podaje tylko dwóch rannych oficerów i jakąś małą liczbę szeregowych zabitych.

Zadziwiającem wtedy było to, że wachmistrz Wasilewski który przy rozpoczęciu szarży na czele szwadronu w pierwszej czwórce jechał, wyszedł nie tknięty, a koniowi jego tylko trzy przednie zęby wyrwał kartacz. Skoro więc uważano za jakiś cud że jeden żołnierz uszedł rany, to się pokazuje, co sądzić o rzetelności owczesnych bulletinów.

Co się tyczy oficerów to więcej do szeregu szarżujących jak podałem, nie należało. Obstaję przy tem com do Thiersa napisał, a tymczasem prostuję Twoją wzmiankę o Szeptyckim i Zielonce. Ostatni do szarży należał, lecz jeszcze nie jako oficer. Gdyby bowiem już był wtenczas oficerem, byłbym go, będąc w tym samym szwadronie, musiał znać, a jam go dopiero później poznał. Dobrze sobie także przypominam, że w wilią [przeddzień] szarży wszyscy oficerowie szwadronu jedli razem polewkę migdałową, którą Krzyżanowski na kolacyą ugotował; Zielonki przecież między nimi nie było. Szeptycki zaś który był wprawdzie porucznikiem w naszym szwadronie, był właśnie ile sobie przypominam i o czem Ty wspominasz, w czasie szarży do marszałka Bessiers odkomenderowany.

Iluż to Francuzów nie szczyciło się, że jako ochotnicy z nami szarżowali. Co o tem sądzić, nie wiem, ale to wiem, żem ani jednego nie widział. Najwięcej jeżeli Segur historyk opisujący kampanią 1812 roku do szarżujących się przyczepił.

Mniejsza zresztą o pojedyńcze nazwiska, zwłaszcza kiedy nie mogę każdego z osobna żołnierza 3go szwadronu po upłynionym już prawie pół wieku wymienić. Oprócz bowiem szefa szwadronu Koziedulskiego śmiertelnie rannego, kapitana Dziewanowskiego i ciężko zkontuzyowanego kapitana Piotra Krasińskiego, poległych oficerów Krzyżanowskiego, Rudowskiego, Rowickiego, wachmistrza Sokołowskiego, podoficera Wasilewskiego i żołnierzy Ryndejki, Stefanowicza, Norwiłły, Kasarka, Ponińskiego przypominam sobie jeszcze tylko wachmistrza Wojciechowskiego i Tedwena. Nie mogąc przeto każdemu z osobna, wymieniając jego nazwisko, czci należnej oddać, zdaje mi się być stósownem zwrócić uwagę na historyą przed somo-sierrską tego teraz tak sławnego szwadronu, aby okazać, że to nie starzy wyćwiczeni żołnierze, ale młodzi po raz pierwszy w ogniu będący Polacy, szarżę tę wykonali.”[5]

Refleksje, czyli po co to wszystko?

Andrzej Niegolewski nie był tępym zabijaką, który szedł walczyć tam, gdzie mu kazano. Z jego wspomnień przebija głęboka świadomość faktu, że wojna w Hiszpanii była wojną agresywną, toczoną przeciw narodowi broniącemu swej wolności. Bolało go to jako człowieka, którego ojczyzna sama była pozbawiona wolności przez obce potencje. Jak jednak tłumaczył, tak on sam, jak i żołnierze polscy poświęcili się, by ratować własny kraj:

„Tak ten to szwadron, nie wyćwiczony w szkołach wojennych i kilka miesięcy przed tem nie umiejący nawet zwyczajnych obrotów mustry i nie znający nie dawno przed tem innych jak drewnianych skałek, wykonał teraz szarżę, której podobną nietylko żaden naród się poszczy[ci]ć nie może, ale która palmę zwycięzką wszystkim znanym cudom waleczności odebrała, i na dowód we wszystkich szkołach wojennych przytaczaną bywa, że nie masz przeciwności którejby dzielna kawalerya jak polska po Somo-Sierrą nie zdołała pokonać.

My tylko Polacy tę jak cud, prawie nie pojętą szarżę mogliśmy wykonać, my też tylko ją teraz pojęć możemy, my których miłość ojczyzny nietylko na Sierry ale i do nowego świata zapędziła, w nadziei że walcząc pod Napoleonem, uważając go za zesłańca którego nieba nam dla przywrócenia ojczyzny dały, ojczyznę z jarzma wyswobodzimy i na wrogach za ich na nas dokonaną zbrodnią zemścimy się, a światu całemu, który bezkarnie na morderstwo nasze zezwolił, dowód naszej żywotniej siły damy. O ileż zapał nasz musiał tedy być uniesiony, kiedyśmy szarżę tę do tego pod okiem cesarza, tego mniemanego zesłańca nieba i jego orszaku, tuż przy wąwozie na nas przypatrującego się, wykonali. Każdy przejeżdżający koło niego z Polaków pojął, że tu chodzi nietylko o jego własny honor, nietylko o honor szwadronu chrzest ognia pod okiem cesarza odbierającego, nietylko o honor pułku, ale o honor ojczyzny dla wyjarzmienia której orzeł biały z orłem cesarskim sojusz zawarł.

Ta to miłość ojczyzny nasz naród nad inne cechująca przewodniczyła całej szarży lotem błyskawicy, wśród ogromnego ognia z przodu kartaczowego a z obu stron i z szczytu wąwozu z ręcznej broni ciskanego, wykonanej. Ona była jedyną naszą komendą. W jej to służbie każdy z nas gotów był cudów waleczności dokazywać, by czemprędzej świadcząc cesarzowi o sile narodu polskiego, wpoić w niego uszanowanie dla orła białego, w którego imieniu Polacy po wszystkich krańcach świata swoje zwycięzkie sztandary jak tu na Somo-Sierrze zatykali.”[6]

Taki to był tragizm ówczesnych dziejów, który zmuszał polskich patriotów do walki z hiszpańskimi, a każdy z nich głęboko wierzył, że walka ta pomoże odzyskać utraconą wolność.

Odbierane przez polskich szwoleżerów hołdy i wyrazy uwielbienia, których im wkrótce po tej szarży nie szczędził ani Napoleon, ani jego oficerowie, ani stara gwardia francuska, choć miłe, nie przysłoniły gorzkiej refleksji:

„Niestety! uwielbiany od nas bohater, nie pojął mimo tego potęgi orła białego i ani 1809 ani 1812 r. kiedy do tego miał sposobność nie usłuchał Polaków, nie wyswobodził ich ojczyzny a tem samem nie pozwolił się unosić nad ziemią polską swobodnie orłowi polskiemu, któryby go z pewnością swą potęgą był w nieszczęściu ratował i nie dopuścił aby władzca ten świata później, jak gdyby za karę, ledwie na skałach znalazł schronienie, gdzieby mógł o swym orle cesarskim tak jak my teraz o naszym tylko rozpamiętywać i wspomnieniami jego żyć.”[7]

Chwała bohaterom!

Robertowi Bieleckiemu i Andrzejowi Tyszce udało się ustalić listę poległych w szarży i od poniesionych ran Polaków. Obejmuje ona 21 nazwisk:

„por. Krzyżanowski, podporucznicy Rowicki i Rudowski oraz szwoleżerowie: Białkowski, Ciesielski, Drożdżewski, Jasiński, Kowalski, Rokoszewski, Rymdzyko, Strachowski, Sulczycki, Turczyński, Wasilewski, Żabałłowicz, Żurawski i Żylicz, a zaginął bez wieści szwoleżer Nieszworowicz. W szpitalu w Madrycie zmarli: kpt. Dziewanowski (5 grudnia), wachmistrz Sokołowski, brygadier Mroczek i szwoleżer Drodziński.”[8]

Rannych miało być 33 ludzi. Koni miało paść 35[9].

dr Radosław Sikora

Tematy pokrewne:

Kto lepszy: kawalerzyści spod Somosierry czy husarze?

Polscy mocarze nie wyginęli wraz z husarią

Przez rzeki i morze, czyli jak kawaleria radziła sobie w wodzie

Przypisy:


[1] Somo-Sierra przez Andrzeja Niegolewskiego. Nakładem N. Kamieńskiego i spółki. Poznań 1854. s. 1–2. Uwaga: tak tutaj, jak i dalej, cytując zachowałem oryginalną pisownię. Przy czym swoje uwagi zamieściłem w nawiasach kwadratowych.

[2] Tamże, s. 52–53.

[3] Radosław Sikora, „200 husarzy przeciw Moskwie” http://kresy.pl/kresopedia,historia,rzeczpospolita?zobacz/200-husarzy-przeciw-moskwie#

Radosław Sikora, „Jeden przeciw 150 – tak walczyli husarze Marcina Kazanowskiego” http://historia.wp.pl/wid,16343206,wiadomosc.html

[4] Radosław Sikora, „Bitwa pod Hodowem – 400 Polaków przeciw 40 tysiącom Tatarów” http://historia.wp.pl/wid,16673842,wiadomosc.html

Radosław Sikora, „Hodów 1694” http://kresy.pl/kresopedia,historia,rzeczpospolita?zobacz/hodow-1694

Radosław Sikora, „Hodów 11 VI 1694” http://www.kijow.msz.gov.pl/resource/d44f48ee-80b2-4282-86d5-f0f942421d21:JCR

[5] Niegolewski, Somo-Sierra, s. 4–25.

[6] Tamże, s. 33–34.

[7] Tamże, s. 35–36.

[8] Robert Bielecki, Andrzej Tyszka, „Dał nam przykład Bonaparte. Wspomnienia i relacje żołnierzy polskich. 1796–1815”. Kraków 1984. t.1, s. 208.

[9] Tamże.

Oceń ten artykuł




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Avatar
    amdg86 :

    Przytoczę wiersz mało znanego polskiego poety okresu międzywojennego Witalisa Urbanowicza pt:
    Na wulkanie Polsko stoisz!

    Na wulkanie Polsko stoisz
    Zmartwychwstania bił Ci dzwon
    Ty o szczęściu, marzysz, roisz
    A wróg podły kracze zgon.
    Polsko piękna, Polsko miła;
    Byłaś słodszą, niżli miód,
    Wielka była w Tobie siła
    Gdy nad Wisłą stał się cud.
    Za nic będzie Twe zwycięstwo,
    Żyd Twą przyszłość cofa wstecz;
    Za nic będzie Twoje męstwo,
    Gdy nie powiesz Żydom.- precz!
    Rak niezgody Ciebie toczy.
    Łamię siłę Twą i hart:
    Mgłą zachodzą Twoje oczy
    I zaciera ręce czart.
    Baczność! Baczność, żle się dzieję.
    Przyszłość Twoja idzie wstecz,
    Z Twej bierności wróg się śmieje,
    Tobie Polsko mówi.- precz!
    Żyd nie traci dzisiaj siły,
    Bierze władzę w ręce swe
    I szkaluje Twoje czyny
    I zabiera plony Twe.
    Gwiazda Sjonu silnie świeci
    i roztacza krwawy blask,
    Baczność! Baczność! Polskie dzieci.
    To pożoga niezdrój łask!
    Patrzałeś Kościuszko z nieba
    Jak umielim wrogów bić
    Innej siły dziś potrzeba
    Aby zdrady zerwać nić.
    My nie mamy dosyć siły
    By odeprzeć wraży cios,
    Kraj nam Polski nie jest miły
    Milszym dla nas marek trzos.
    Witalis Urbanowicz.