„…skórę im z głowy pozdzierali”. 9 maja 1944 roku UPA zaatakowała Derżów

Do zbrodni doszło w maju 1944 roku. Oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii oraz lokalna bojówka upowska zaatakowały polską ludność cywilną w miejscowości Derżów, leżącej w gminie Rozdół, w powiecie żydaczowskim.

Derżów był niewielką wsią w powiecie żydaczowskim w województwie stanisławowskim. W końcu XIX wieku „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego” podawał, że miejscowość liczyła 916 mieszkańców: 372 rzymskich katolików, 525 grekokatolików i 19 Żydów. W miejscowości znajdował się m.in. kościół rzymskokatolicki pod wezwaniem bł. Jana z Dukli, zbudowany w latach 1895–1897, plebania, a także dwór lub pałac, znany z przedwojennych fotografii. Źródła odnotowują również działającą we wsi szkołę oraz bibliotekę Towarzystwa Oświaty Ludowej, założoną jeszcze w 1883 roku.

Dokładna data napadu nie jest jednoznacznie ustalona. Baza „Zbrodnia Wołyńska” wskazuje noc z 8 na 9 maja 1944 roku, natomiast inne opracowania i relacje podają noc z 9 na 10 maja. Również liczba ofiar pozostaje niepewna. Według różnych źródeł zamordowano co najmniej 60 Polaków, a inne relacje mówią o około 100 lub ponad 100 ofiarach.

Atak na Derżów rozpoczął się późnym wieczorem. Napastnicy z UPA podpalali gospodarstwa i mordowali uciekających mieszkańców. Wśród ofiar były kobiety, dzieci oraz osoby zakonne.

Według relacji część ofiar zginęła w kościele lub przy kościele, który następnie spalono. Jak pisał na naszych łamach Stanisław Żurek, upowcy „spalili także wnętrze kościoła i zamordowali 3 siostry zakonne, gospodynię księdza, jej siostrę z dzieckiem oraz dwoje innych dzieci przebywających w tym czasie w kościele”. Źródła wymieniają nazwiska trzech sióstr ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, szarytek: Agnieszki Ponieckiej, Wiktorii Misiak i Weroniki Melinger.

„Oblali budynki benzyną i podpalili. Siostra cioteczna dojąca krowę spaliła się żywcem, ciotecznych braci natomiast wywlekli ze stajni i zamordowali. Stryj w pośpiechu uciekł na strych, zaciągając za sobą drabinę. Stamtąd nawoływał w stronę wsi, żeby wszyscy Polacy się ratowali. Potem żarliwie zaczął odmawiać «Pod Twą obronę». W końcu zamilkł pochłonięty przez płomienie” – wspominała Anastazja Barszczewska, która przeżyła atak.

Według relacji Stanisławy Kraszewskiej część mieszkańców ukryła się na łąkach i w rowach, gdzie doczekała rana. „Powiedziałam swoim dzieciom i dwójce od sąsiadów, żeby na łąki, za krzak poszły i do rowu. I tam przesiedzieliśmy do rana. Jeszcze widzieliśmy ich sylwetki. Jak wyciągają wszystko, palą… Mieliśmy psa, co biegał od nas do ogniska i szczekał bez przerwy. Utrzymać go nie można było. Pokazywał do nas drogę. Cały czas się modliłam: Matko Boska, ratuj! Zabili 100 ludzi ponad. Trzy zakonnice zamordowali, skórę im z głowy pozdzierali” – opowiadała.

Zbrodnia w Derżowie wpisuje się w falę mordów dokonanych przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943–1945.

Czytaj też: Tak powstały sotnie UPA

Kresy.pl / Studio Wschód / Aleteia

 

Tagi: , , ,
forma płatności