Od rozbrojenia do Lublina

Wściekły wyszedłem z komendantury, wyjąłem z kabury pistolet, wprowadziłem nabój i ruszyłem na kwaterę z mocnym postanowieniem, że będę strzelał do każdego, kto zapyta mnie o hasło.

Rozbrojenie w Skrobowie stanowiło dla żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK szok. Nie mogli się pogodzić, że ich niedawni sojusznicy, z którymi razem walczyli pod Kowlem z Niemcami każą im teraz złożyć broń.

– Nie mogliśmy nawet podjąć walki, bo wpadliśmy w pułapkę zastawioną na nas przez Sowietów w kształcie worka – wspomina Władysław Filar. – Sowieckie jednostki uzbrojone były w broń ciężką artylerię i czołgi, gdybyśmy stawiali opór zgniotłyby nas. Przy drodze w Skrobowie na niewielkim placu oddziały dywizji złożyły broń. Radiostacja dywizji otwartym tekstem nadała do Londynu ostatnią depeszę następującej treści: „Sowieci nas rozbrajają 27 d. p.”. O świcie okazało się, że nie jesteśmy okrążeni, Sowieci odeszli. Nikogo nie aresztowano, nawet oficerów. Było to z ich strony ustępstwo w rodzaju uznania za to, że walczyliśmy na Wołyniu wspólnie przeciwko Niemcom. O świcie następnego dnia uformowano kolumnę i wyruszono w kierunku Łuszczowa. Na skraju lasów kozłowieckich dowództwo dywizji zatrzymało kolumnę i zdecydowało zwolnić żołnierzy z przysięgi, dając wolną rękę w decydowaniu o sobie. Przed frontem oddziałów odczytano rozkazy pożegnalne, w których dowódcy dziękowali za wykazany patriotyzm i wspólną walkę. Wyrażono jednocześnie wiarę w spotkanie w szeregach Wojska Polskiego. W aktach archiwalnych 27 WDP AK zachował się rozkaz dowódcy kompanii „Mohorta”, który tu warto przytoczyć. Oto jego treść: ”Dnia 25.VII.44 o godz. 24.00 zostaliśmy w podstępny sposób otoczeni i rozbrojeni. To co ukochaliśmy ponad wszystko, to co opłaciliśmy krwią naszych braci, broń naszą musieliśmy bez walki z uciekającym wrogiem rzucić na ziemię. Żołnierze, idziemy do swych domów. Wiem, że większość z Was nie ma własnych domów, ani rodziny. Pamiętajcie o tym, że każda rodzina i strzecha polska będzie dla Was rodziną i własnym domem. Wiem, że czeka Was poniewierka, głód i bezdomność. Nie rozpaczajcie! Ta moc, którą zdobyliście w ciągu naszych walk starczy Wam na przetrwanie. Wierzę głęboko, ze spotkamy się w szeregach Wojska Polskiego. Wierzę, że jeszcze pójdziemy do walki! Żołnierze, pamiętajcie o tym! Pamiętajcie o swych dowódcach, którzy Was wiedli do walki, którzy z Wami wspólnie cierpieli w czasie klęsk i radowali się po zwycięstwach. Czołem chłopcy! Do zobaczenia. D-ca kompanii Mohort ppor.”

Ciężkie przeżycie

– Osobiście bardzo ciężko przeżyłem rozbrojenie. Całą noc nie spałem. W przydrożnym lesie tam, gdzie nas zatrzymano, rozmyślałem z innymi kolegami o tym co się stało i co z nami będzie. Jako żołnierze przywykli do wykonywania rozkazów zdawaliśmy się na dowódców. Dano nam wszystkim wolną rękę. Ostatnim zadaniem, jakie wykonałem w dywizji było rozdanie żołnierzom reszty pieniędzy z kasy kompanijnej. Nie robiłem żadnych rozliczeń, tylko żywiołowo każdemu koledze, który podchodził, wręczyłem po kilka banknotów. O sobie nie pomyślałem i nie zostawiłem dla siebie żadnego. Po wojnie koledzy często mi to przypominali. Szybko nadszedł czas rozstania. Tworzyły się grupki kolegów udających się w jednym kierunku. Część kolegów kierowała się na Wołyń i namawiała mnie, żeby z nimi iść. Ale na Wołyń nie miałem po co wracać. W międzyczasie dowiedziałem się, że moi rodzice, którzy przed rzeziami UPA schronili się we Włodzimierzu, przed wejściem Sowietów wyjechali do Warszawy. W stolicy mieszkał bowiem brat mojego ojca. Niezdecydowany dokąd pójść, dołączyłem do jednej z grup i wkrótce doszliśmy do wsi Annobór. Po posiłku, którym poczęstowali nas mieszkańcy, rozeszliśmy się. Nie mając konkretnego planu, ruszyłem w dalszą drogę i w pobliskiej wsi Majdan Kozłowiecki trafiłem do samotnego gospodarza. Ze względu na to, że był to czas żniw i potrzebował pomocy, zaproponował mi, bym został u niego i w zamian za jedzenie pomógł mu w koszeniu zboża. Zgodziłem się i jeszcze tego samego dnia z kosą na ramieniu wyszedłem w pole. Następnego dnia kiedy z gospodarzem szliśmy znów na pole przez wieś obok nas przejeżdżała furmanka, na której jechało dwóch kolegów. Zobaczyli mnie i zaczęli machać rękami i wołać – jedź z nami! – Zapytałem – dokąd jedziecie? – Odpowiedzieli – do Lublina! – Położyłem kosę na ziemi, podziękowałem gospodarzowi i tak jak stałem dołączyłem do kolegów. W Lublinie byli już Sowieci i nasi berlingowcy.

Pomoc lubelskiej konspiracji

– Zaopiekowała się mną lubelska konspiracja. Została mi przydzielona kwatera i dostałem adres, pod który miałem się zgłosić. Poszedłem tam i zostałem bardzo gościnnie przyjęty. Nakarmiono mnie i poproszono, abym opowiedział o sobie. W domu, w którym miałem zamieszkać było bardzo czysto. Nie do końca udało mi się pozbyć „wołyńskiej wszawicy”. Odwszenie, które organizowaliśmy w lasach parczewskich na niewiele się zdało. Uznałem, że nie mogę tu zostać. Powiedziałem gospodarzom, że muszę wyjść, bo mam jeszcze spotkanie z kolegami. Grzecznie podziękowałem za przyjęcie, przeprosiłem i wyszedłem. Spotkałem się z kolegami z dywizji i w sześciu czy siedmiu zajęliśmy taki opuszczony dom przy stacji kolejowej. Na dole tego budynku był duży pokój, w którym się ulokowaliśmy. Lubelska konspiracja obiecała, że w miarę swych możliwości będzie nas wspierać. Poradzono nam również, byśmy nie wstępowali do wojska Berlinga, tylko do Straży Ochrony Kolei, która nas wyreklamuje. Tak też uczyniliśmy, ale w SOK-u nam niestety nie płacono. Nie mieliśmy nawet mundurów. W cywilnych ubraniach z opaskami na ramieniu i uzbrojeni w karabiny pełniliśmy służbę. Utrzymywaliśmy się z zapomóg lubelskiej konspiracji, które w każdej chwili mogły się skończyć. UB już zaczynało się tworzyć i węszyć, a sowieckie organy bezpieczeństwa czuły się jak u siebie. Rezygnacja ze służby w SOK-u oznaczała jednak powołanie do wojska. Mój rocznik 1924 podlegał właśnie mobilizacji.

Sfałszowana metryka

– Dowiedziałem się, że do Lublina przyjechał z Włodzimierza ks. Stanisław Kobyłecki, który znał bardzo dobrze mego ojca. Postanowiłem udać się do niego i poprosić go, by wydał mi metrykę stwierdzającą, że jestem młodszy. Przedstawiłem się i mówię, jaka jest sprawa. Miał on przy sobie wszystkie pieczątki i wypisał mi metrykę stwierdzającą, że urodziłem się w 1926 r. Od tej chwili nie podlegałem wcieleniu do armii. Przy tej dacie pozostałem już i figuruje ona we wszystkich moich życiorysach, choć de facto jestem dwa lata starszy. Nasza sytuacja stawała się coraz trudniejsza. W miejscowej konspiracji nastąpiły liczne aresztowania i ta przestała nas wspomagać. Strasznie biedowaliśmy. Doszło do tego, że chodziliśmy po okolicznych ogródkach działkowych i zbieraliśmy na pół zgnite pomidory. Któregoś dnia na ulicy zaczepił mnie kapitan Wojska Polskiego Zygmunt Białachowski, który mieszkał niedaleko nas i jak się okazało od dawna nas obserwował. Zaproponował mi, bym do niego przyszedł na rozmowę. Zgodziłem się, nie mając nic do stracenia. Okazał się życzliwym człowiekiem. Podczas okupacji należał do Batalionów Chłopskich, ale też był związany z AK. Wiedział dużo o Wołyniu, a także o bojach 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty. Długo rozmawialiśmy i przy pożegnaniu ów kapitan powiedział mi, bym zachodził do niego, kiedy tylko będę miał czas. Powiedziałem o wszystkim kolegom i czekaliśmy co będzie dalej. Kapitan zainteresował się naszym losem i w końcu przyszedł do nas i powiedział – chłopaki, po co wy się tak męczycie? Chodźcie do mnie! – Okazało się, że organizował on wtedy batalion ochrony Sztabu Głównego, który wtedy nosił nazwę 4 Samodzielny Batalion Żandarmerii.

Życzliwość Sobiesiaka

– Do jednostki tej na podstawie cichego polecenia gen. Michała Żymierskiego przyjmowano tylko partyzantów, przy tym nie tylko z AL, ale także z BCh, a także Polaków walczących w oddziałach partyzantki, podporządkowanej Sowietom, których na Wołyniu było całkiem sporo. Dużą grupę w batalionie stanowili też żołnierze 27 WDP AK. Większość z nich jednak tego faktu nie ujawniała podając, że walczyli w oddziale im. Roberta Satanowskiego, im. Tadeusza Kościuszki, czy w oddziale Józefa Sobiesiaka „Maksa”. Tych od „Maksa” było najwięcej. Podkreślić trzeba, że Sobiesiak bardzo życzliwie odnosił się do żołnierzy naszej dywizji i wszystkich, którzy się do niego zgłosili wydawał zaświadczenia, że walczyli pod jego rozkazami. Jeszcze na Wołyniu po wkroczeniu Sowietów przyjmował do swego oddziału wszystkich zagrożonych aresztowaniem członków polskiej samoobrony w Przebrażu. Kilku członków jej kierownictwa się u niego schroniło. Ja przy przyjmowaniu do batalionu zgodnie z prawdą napisałem, że należałem do 27 WDP AK. Wtedy przez myśl mi nie przyszło, że z tego tytułu mogę mieć jakiekolwiek kłopoty. W batalionie jak się zorientowano, że przed wojną ukończyłem dwie klasy gimnazjum, a później 8 klasę ukraińskiej dziesięciolatki, zrobiono mnie od razu kierownikiem kancelarii. Z dywizji wyszedłem jako kapral, a w batalionie awansowano mnie na plutonowego. Po miesiącu otrzymałem stopień wachmistrza, a wkrótce potem starszego wachmistrza. Przełożeni mnie szanowali, jak tylko zorientowali się, że jako kierownik kancelarii potrafię coś zrobić. Chodząc po Lublinie zarówno ja, jak i moi koledzy spotykaliśmy błąkających się żołnierzy dywizji nie mających, co ze sobą zrobić i wszystkich ściągaliśmy do batalionu. Bardzo szybko liczba byłych żołnierzy 27 WDP AK w batalionie wzrastała i byłą znacząca. Kapitan Białachowski doskonale zdawał sobie sprawę, że koledzy których przyprowadzamy są z dywizji, ale przyjmował wszystkich bez wyjątku.

Nadal w konspiracji

– Nikomu też o tym nie mówił. Być może domyślał się też, że jesteśmy zorganizowani i tworzymy jedną paczkę. Wtedy, jak sobie dzisiaj uświadamiam, mogliśmy zrobić wszystko. Ja i dwóch moich kolegów nadal utrzymywaliśmy kontakty z lubelską konspiracją. W pewnym momencie późną jesienią 1944 r. jedna z kompanii naszego batalionu została wysłana do Hrubieszowa w celu wsparcia przywracania tam porządku. Bandy UPA rozbiły w tamtejszym powiecie sześć posterunków milicji pokazując, że to one sprawują tam władzę. Władze konspiracyjne gdy się o tym dowiedziały, poleciły mi zabrać się z tą kompanią, by sprawdzić, co się tam dzieje. Od władz konspiracyjnych otrzymałem namiary na punkt kontaktowy w Hrubieszowie, z poleceniem nawiązania kontaktu z tamtejszymi strukturami AK i przekazania im meldunku. Zadanie to oczywiście wykonałem. W batalionie traktowano mnie jak podchorążego w związku z czym mogłem się stołować w kasynie oficerskim. Najczęściej jadłem posiłki w towarzystwie kapelmistrza orkiestry batalionu, która jednocześnie pełniła wówczas rolę Orkiestry Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. Przy batalionie powstała też kompania reprezentacyjna. W batalionie, co trzeba podkreślić, służyło wielu przedwojennych oficerów zawodowych. Kapelmistrz Szłapiński w stopniu kapitana był właśnie jednym z nich. W tamtym czasie bardzo ciężko przeżywałem Powstanie Warszawskie. Wiedziałem, że rodzice mieszkali w Warszawie na Woli u stryjka. Dowiedziałem się też, że jak powstanie upadło, to Niemcy urządzili właśnie na Woli rzeź ludności cywilnej. Głośno tego nie mówiłem, ale obawiałem się, że rodzice nie żyją. Bardzo źle znosiłem tę myśl, nie mogłem się z nią pogodzić, zacząłem pić, żeby nie myśleć o najgorszym. Mieszkałem wtedy na kwaterze u takiego kolejarza. Jak zobaczył, że lubię sobie wypić, to zawsze miał pod ręką butelkę, i mnie częstował. W pewnym momencie mówię sobie – nie będę już pił. Po zakończeniu służby wyszedłem z koszar najzupełniej trzeźwy, z zamiarem pójścia do kina. Kompletnie pijany

– Zdążyłem przejść kilkadziesiąt kroków, a tu nagle z wrzaskiem zatrzymuje mnie kompletnie pijany „berlingowiec”, któremu nie oddałem honorów. Nie uczyniłem tego, bo go nie zauważyłem. Przeprosiłem go grzecznie i powiedziałem, że jeżeli czuje się urażony, to się cofnę i mijając go zasalutuję. Ten jednak ledwo trzymając się na nogach oświadczył, idziemy na komendanturę! – Chciał mnie przykładnie ukarać. Myślę sobie, on jest zalany w trupa, a ja zupełnie trzeźwy, to jego ukarzą, a nie mnie. Nie protestowałem i poszedłem z nim na komendanturę. Okazało się jednak, że dyżur w komendanturze miał kolega tego kapitana. Zabrano mi natychmiast pas z pistoletem i zamknięto w piwnicy pełniącej rolę aresztu. Mówię dyżurnemu kim jestem, ale on nawet słuchać nie chciał, stwierdził – porządek musi być i koniec! –Zanim wepchnęli mnie do piwnicy, pozwolili mi na szczęście zadzwonić do dyżurnego w batalionie i poprosić, żeby poinformował dowódcę, że zostałem zatrzymany. Siedziałem w tej piwnicy kilka godzin, wściekły, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Dosłownie dusiłem się w niej. Ja wolny człowiek, który przez sześć miesięcy pobytu w partyzantce spał w lesie pod drzewem, zostałem nagle zamknięty w dusznej klatce. Odbijałem się od ściany do ściany, nabuzowany jak tygrys. Dopiero po kilku godzinach dyżurnemu udało się odnaleźć dowódcę batalionu, który zadzwonił do komendantury i zażądał, żeby mnie zwolniono. Ale gdy dyżurny komendantury wypuścił mnie z piwnicy i oddał pas z pistoletem była już godzina milicyjna. Po ulicach mogły się poruszać tylko osoby znające hasło. Mówię więc temu dyżurnemu, żeby mi je podał. Po dyżurnym oficerze można było poznać, że kiedy siedziałem w piwnicy zdążył sobie zdrowo pociągnąć z butelki. Skwitował moją prośbę drwiącym uśmieszkiem i mówi, że mi nie poda hasła.

Z pistoletem w ręku

– Zdenerwowany zwróciłem mu uwagę, że w takim razie pierwszy napotkany patrol mnie znowu do niego przyprowadzi. Na to cynicznie uśmiechnął się i rzucił przez zęby, że o to mu właśnie chodzi. Wściekły wyszedłem z komendantury, wyjąłem pistolet z kabury, wprowadziłem nabój do lufy i ruszyłem na kwaterę z mocnym postanowieniem, że będę strzelał do każdego, kto zapyta mnie o hasło. Na szczęście nie spotkałem żadnego patrolu, bo byłoby nieszczęście. Dziś po latach oceniam, że nie była to mądra decyzja. Ale wojna i młodość rządzą się swoimi prawami.

Cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności