W październiku 1939 roku Niemcy przeprowadzili masową eksterminację pacjentów Krajowego Zakładu Psychiatrycznego w Świeciu. Zamordowano ponad 1700 osób, w tym dzieci, a wraz z nimi zginął dyrektor placówki, doktor Józef Bednarz, który nie opuścił swoich podopiecznych.
W czwartek przypada 146. rocznica urodzin doktora Józefa Bednarza, lekarza psychiatry i dyrektora Krajowego Zakładu Psychiatrycznego w Świeciu nad Wisłą. Data ta zbiega się z obchodzonym tego samego dnia Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Niemieckiej Zbrodni Pomorskiej 1939 roku. Symboliczny zbieg okoliczności przypomina o tragicznym losie Bednarza, który w czasie wojny został zamordowany przez niemieckie formacje, nie opuszczając swoich podopiecznych.
Józef Bednarz był związany z ruchem niepodległościowym – należał do Polskiej Partii Socjalistycznej i brał udział w walkach o wolność ojczyzny. Po ukończeniu studiów medycznych specjalizował się w psychiatrii, a od 1933 roku kierował zakładem w Świeciu. Prowadził działalność naukową, publikując prace z zakresu psychiatrii i prezentując nowoczesne metody leczenia. Uważał, że – jak sam mawiał – „miarą człowieczeństwa jest stosunek do ludzi chorych psychicznie”.
We wrześniu 1939 roku w szpitalu przebywało około 1700 pacjentów, którymi opiekowało się dziewięciu lekarzy. Zgodnie z niemiecką ideologią osoby chore psychicznie były przeznaczone do eliminacji. 15 października rozpoczęła się akcja eksterminacyjna, która trwała blisko tydzień. Według szacunków, 1350 pacjentów zamordowano w żwirowni w Mniszku pod Świeciem, a pozostałych w Lesie Szpęgawskim. Wśród ofiar znalazło się także 120 dzieci, które Niemcy wywieźli na egzekucję, podając, że jadą na wycieczkę.
Bednarz, mimo namów ze strony niemieckiego zarządcy szpitala, nie opuścił Świecia. Mógł uratować życie, lecz zdecydował się zostać z pacjentami. Wcześniej starał się ocalić tylu chorych, ilu udało mu się potajemnie odesłać do domów rodzinnych. Ostatecznie został rozstrzelany przez niemieckie komando śmierci, dzieląc los swoich podopiecznych.
Po II wojnie światowej określano go mianem „pomorskiego Korczaka”, nawiązując do postawy warszawskiego pedagoga, który również poszedł na śmierć wraz z dziećmi, którymi się opiekował.
Kresy.pl/IPN











