W nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku na Bałtyku u wybrzeży Rugii zatonął prom „Jan Heweliusz”. W największej katastrofie w historii polskiej żeglugi czasu pokoju zginęło 55 osób.
Jednostka płynęła ze Świnoujścia do szwedzkiego Ystad, gdy podczas gwałtownego sztormu o sile zbliżonej do 12 stopni w skali Beauforta została uderzona przez serię potężnych fal, które doprowadziły do narastającego przechyłu i ostatecznego wywrócenia statku.
Powietrze na morzu potrafi utopić człowieka od samego oddychania
Do tragedii doprowadził splot wielu niekorzystnych okoliczności. Prom wypłynął z opóźnieniem po prowizorycznej naprawie uszkodzonej furty rufowej, a w pośpiechu próbowano nadrobić stracony czas mimo pogarszającej się pogody. Sam „Heweliusz” od lat borykał się z problemami technicznymi, w tym z osłabioną statecznością po pożarze z 1986 roku i zalaniu górnego pokładu betonem, co podniosło środek ciężkości jednostki. W krytycznym momencie zawiodły także procedury i kompetencje części obsługi portowej oraz system nadzoru technicznego, który dopuścił statek do żeglugi mimo znanych usterek.
„Pamiętam tę noc bardzo dokładnie. […] Wieczorem był silny wiatr, odczuwalny w Szczecinie. Dla osób znających morskie realia jest wiadome, że silny wiatr w oddalonym o 60 km w głębi lądu mieście oznacza, iż na Bałtyku jest on znacznie, znacznie silniejszy” – pisze na łamach Portalu Stoczniowego Robert Dmochowski.
„Polskie prognozy […] były niezbyt dokładne i zapowiadały wiatr o charakterze wzrostowym z 6B do wiatru w sile 10B [skala Beauforta], natomiast niemieckie podawały wiatr o prędkości orkanu 10–12B [skala Beauforta], spodziewanych na trasie rejsu. Zaznaczam, że 12B to koniec skali Beauforta, oznaczającej najsilniejszy możliwy do spotkania wiatr. Pomijam skalę 14-stopniową, bo nie przyjęła się w środowisku morskim […] Morze staje się jedną wielką białą plamą piany morskiej, fale sięgają 12 metrów, powietrze jest wypełnione aerozolem wody morskiej, potrafiącym utopić człowieka od samego nim oddychania”.
Kapitan na morzu znaczy więcej niż prezydent
Po gwałtownym przechyle promu załoga wysłała sygnał „Mayday”, ale w ekstremalnych warunkach ratunek okazał się dramatycznie trudny. Spośród 64 osób na pokładzie uratowało się jedynie dziewięć.
Późniejsze śledztwa wykazały błędy armatora i instytucji państwowych, które przez lata tolerowały zły stan techniczny promu, a także nieegzekwowanie przepisów bezpieczeństwa. Nie uwolniono od odpowiedzialności również kapitana Andrzeja Ułasiewicza. „Władza kapitana statku nie ma znanego mi odpowiednika na lądzie. Jego uprawnienia są wyższe […] nawet od prezydenta kraju. Kapitan może przerwać rejs, zliczać głosy jako komisja wyborcza z urny statkowej i wydać rozkaz uwięzienia kogoś z obecnych na statku” – relacjonuje Dmochowski, podkreślając, że Ułasiewicz miał możliwość samodzielnego podjęcia decyzji o wypłynięciu lub zmianie trasy.
Jeszcze przed wyjściem promu zza Rugii padały ostrzeżenia o gwałtownym pogorszeniu pogody. Według opisu Onetu załoga promu „Nieborów”, płynącego w przeciwnym kierunku, przekazała ostrzeżenie, by nie wychodzić poza przylądek Arkona. „Tak mocny sztorm to już nie są okoliczności, które można bagatelizować. Z drugiej strony możliwe, że dowódca przechodził przez podobne sytuacje tym promem i miał przekonanie, że jednostka zachowa się prawidłowo. Można więc zakładać, że dysponował prognozami, które nie budziły w nim nadmiernego niepokoju” – wyjaśnia Dmochowski.
Akcja ratunkowa była opóźniona m.in. z powodu braku precyzyjnej pozycji promu oraz problemów z koordynacją służb duńskich i niemieckich, a polskie śmigłowce SAR wystartowały dopiero po kilku godzinach. Ujawniło to skrajną słabość istniejących procedur bezpieczeństwa.
Zmieniono procedury
Do historii promu wrócił niedawno wysoko oceniany serial Netfliksa „Heweliusz” w reżyserii Jana Holoubka (2024). W głównych rolach wystąpili m.in. Konrad Eleryk, Michał Żurawski i Borys Szyc. Produkcja ponownie skierowała uwagę opinii publicznej na katastrofę promu, pokazując ją jako rezultat splotu presji czasu, chaosu instytucjonalnego, nacisków ze strony służb i wielu złych decyzji.
Serial w dużej mierze rozgrzesza kapitana Andrzeja Ułasiewicza, przedstawiając go jako ofiarę sytuacji bez realnego pola manewru, oraz spekuluje o możliwej obecności innej jednostki na kursie kolizyjnym z „Heweliuszem”, co miało wpłynąć na przebieg wydarzeń.
Warto podkreślić, że Ułasiewicz zginął na mostku, do końca pełniąc swoje obowiązki, co zostało potwierdzone w ustaleniach powypadkowych. Katastrofa „Heweliusza” na trwałe zmieniła zaś realia bezpieczeństwa i odpowiedzialności w żegludze na Bałtyku. Stała się impulsem do zmian w podejściu do bezpieczeństwa promów: w zaleceniach i praktyce wskazywano m.in. na surowsze kontrole stateczności oraz obowiązek częstszych ćwiczeń i procedur związanych z ewakuacją i użyciem środków ochrony termicznej.
Kresy.pl / Portal Stoczniowy
Czytaj też:


















