Jak zniknęły polskie korony. Pruska grabież wawelskich regaliów

W nocy z 3 na 4 października 1795 roku, gdy do podpisania traktatu wieńczącego rozbiory pozostawały trzy tygodnie, pruski gubernator Krakowa Antoni von Hoym przystąpił do z dawna planowanej akcji: włamania do Skarbca Koronnego na Wawelu i wywiezienia insyg­niów polskiej monarchii.

Miasto od ponad roku było pod pruską okupacją. Zaraz po bitwie pod Szczekocinami, zamiast kontynuować działania bojowe, generał pruski Karl Friedrich skierował swoje oddziały na Kraków, do którego dotarł 15 czerwca 1794 roku. Dowodzący obroną miasta gen. Ignacy Wieniawski poddał je bez oddania strzału. Po zajęciu Krakowa Prusacy ustanowili własne rządy, a nowy gubernator Antoni von Hoym zainteresował się Skarbcem Koronnym na Wawelu.

Po upadku Insurekcji Kościuszkowskiej jedynym formalnym stróżem regaliów pozostał kustosz ks. Sebastian Sierakowski. Odnalezienie skarbca polskich królów nie było jednak zadaniem łatwym. Wawel jest rozległy, a von Hoym dysponował określoną ilością czasu – zgodnie z ustaleniami rozbiorowymi Kraków wkrótce miała przejąć Austria.

Do rabunku prawdopodobnie w ogóle by nie doszło, gdyby nie zdrada wawelskiego magazyniera o nazwisku Zubrzycki, który ujawnił Prusakom miejsce ukrycia skarbów. Za posadę i pensję w pruskiej administracji ujawnił gubernatorowi precyzyjny plan pomieszczeń i zabezpieczeń.

Czytaj też: „Korona Chrobrego” nie była koroną Chrobrego. Tajemnice polskich insygniów koronacyjnych

Chodziło o klejnoty

Odtąd Prusacy działali nie jak przypadkowi grabieżcy, lecz jak urzędnicy realizujący „zadanie państwowe” – dyskretnie, na rozkaz swojego króla i ze wsparciem zawodowych ślusarzy.

Gdy król Fryderyk Wilhelm II wyraził zgodę, nocą na Wawel przybył von Hoym z kilkoma oficerami oraz mistrzami ślusarskimi. Próby forsowania pierwszych drzwi kluczami i wytrychami spełzły na niczym; dopiero rada krakowskiego majstra Weissa, by wyjąć kamienny próg i odryglować zamki od środka, otworzyła drogę. Próg skuto, kolejne wrota wyłamywano, a zawiasy skrzyń piłowano.

Skarbiec Koronny (Thesaurus Regni) był od średniowiecza instytucją publiczną, symbolem ciągłości państwa. Przechowywano w nim insygnia koronacyjne i pamiątki historyczne, a dostęp regulowało prawo: klucze do sześciorga żelaznych drzwi posiadali senatorowie-kasztelanowie: krakowski, wileński, poznański, sandomierski, kaliski i trocki (każdy po jednym kluczu), a otwarcie skarbca wymagało uchwały sejmowej.

Pod koniec XVIII wieku Skarbiec Koronny znajdował się na parterze wawelskiego zamku, w trzech sklepionych komnatach usytuowanych w skrzydle dziedzińca arkadowego. Kosztowności spoczywały w wielkich skrzyniach i sepecie, zabezpieczonym wieloma zamkami.

Prusacy nie otwierali szkatuł na miejscu – całość wywieziono najpierw do siedziby gubernatora, potem przez Śląsk do Berlina. Akcję okryła tajemnica tak skuteczna, że krakowianie dowiedzieli się o rabunku dopiero w styczniu 1796 roku, już po przejęciu miasta przez Austriaków.

Ocalał tylko Szczerbiec

Ostatnią inwentaryzację Skarbca Koronnego wykonano w 1792 roku na zlecenie Sejmu Czteroletniego. Wiemy zatem, że łupem Prusaków padło ponad 120 obiektów, w tym bezcenne regalia: korona Chrobrego, korona królowych, korona homagialna, korony „węgierska” i „szwedzka”, cztery berła, pięć jabłek oraz miecze ceremonialne.

Prusacy zostawili jedynie przedmioty bez wartości kruszcowej, jak dwa miecze grunwaldzkie – znak, że motywem była przede wszystkim chciwość, nie demonstracja polityczna. W następnych latach pojawiały się nieliczne ślady – rozpoznane kamienie w biżuterii królowej Luizy, wzmianki o „koronie polskiego króla” w Berlinie – lecz zasadniczy los regaliów przesądził się po klęskach Prus w wojnach napoleońskich.

W 1809 roku, już za panowania Fryderyka Wilhelma III, zrabowane insygnia, jako zbyt rozpoznawalne, rozmontowano komisyjnie: złoto i srebro przetopiono na monety, kamienie sprzedano, a czynności prowadzono w ścisłej tajemnicy. Późniejsze próby rewindykacji podejmowane przez władze Księstwa Warszawskiego i później rosyjskich carów nie mogły już nic zmienić.

Ironią historii zaginęły także ocalałe miecze grunwaldzkie. Tadeusz Czacki potajemnie wywiózł je i przekazał do kolekcji Czartoryskich w Puławach. Po likwidacji muzeum Izabeli Czartoryskiej po upadku powstania listopadowego trafiły one do proboszcza z Włostowic, który ukrywał je na plebanii aż do 1853 roku. Wówczas zostały przypadkowo odkryte i zarekwirowane przez żandarmerię carską jako nielegalna broń, a po przewiezieniu do Zamościa zaginęły bez śladu.

Wyjątkiem w naszej historii okazał się tylko Szczerbiec – miecz koronacyjny, który krętymi drogami trafił do rosyjskich zbiorów i po I wojnie światowej wrócił na Wawel. Reszta królewskich symboli, definiujących przez stulecia majestat Rzeczypospolitej, przepadła bezpowrotnie, pozostawiając w polskiej pamięci mieszankę żalu, legend i niespełnionych nadziei.

Kresy.pl / Gazeta Krakowska / National Geographic

Tagi:
forma płatności