Jak zobaczyłem tę jednostkę, to się przeżegnałem. Na jej terenie chodziło się po kolana w błocie. Zameldowałem się u szefa sztabu. Siedział w rozpiętym mundurze i grał na gitarze. Obok na biurku stała litrowa butelka wódki, opróżniona do połowy i szklanka…
– Będąc w oddziale ochrony Kisiela, po pół roku otrzymałem z domu w Piotrkowie informację, że dostałem powołanie do wojska – wspomina Ryszard Jabłoński. – Nie wiedziałem, co dalej mam robić. Zameldowałem się u zastępcy Kisiela, Wolszczaka, po dalsze instrukcje. Ten zameldował Kisielowi, który uznał, że powinienem iść do wojska i jak najwięcej się nauczyć, bo w PPSZ brakowało kadry podoficerskiej i oficerskiej. Przyjechałem do Piotrkowa, zgłosiłem się do w WKRu. Tam okazało się, że dostałem skierowanie do Szkoły Oficerów Rezerwy w Legnicy. Początkowo się broniłem, ale w końcu uznałem, że nie zaszkodzi naszej organizacji, jeżeli zdobędę umiejętności oficera. Zaangażowałem się więc w szkolenie na całego, żeby jak najwięcej się nauczyć z zakresu rzemiosła wojskowego. Gdy przebywałem w tej szkole, mój rodzinny dom w Piotrkowie Trybunalskim odwiedziło UB. Nocą otoczyli go i kazali matce otworzyć, gdy ta to uczyniła, wdarli się do środka i zaczęli przeprowadzać rewizję.
– Dopiero po pewnym czasie pokazali matce kilka zdjęć i spytali się, czy kogoś poznaje. Mam zaprzeczyła twierdząc, że nikogo ze zdjęć nie zna. Oficer, który dowodził całą operacją wściekł się i zaczął krzyczeć na matkę. Jak to, własnego syna pani nie poznaje? – zapytał po raz kolejny. – Mama jeszcze raz spojrzała na zdjęcia i potwierdziła , że jednym z chłopaków na zdjęciu jestem ja, a pozostałych osób nie zna. Oficer UB wtedy zadał matce kolejne pytanie – gdzie jest pani syn? – Matka odpowiedziała, że w wojsku. – Gdzie? – zdumiał się ów oficer i zaraz zapytał – W jakim wojsku? – Mama zaś odpowiedziała – Jak to w jakim? Ludowym! Oficer wstrzymał wtedy rewizję i wsiadł do auta. Po jakimś czasie wrócił, przeprosił mamę za najście i kazał jej podpisać oświadczenie, ze podczas rewizji nic nie zginęło. Na drugi dzień ojciec z mamą wsiedli w pociąg i przyjechali do mnie do szkoły. Obawiali się, że najzwyczajniej z wojska uciekłem i chcieli sprawdzić, ze dalej jestem w swojej jednostce. Przyjechali po południu, gdy wracałem z ćwiczeń, piekielnie zmęczony. Przybiegł do mnie żołnierz dyżurny i mówi, ze przyjechali do mnie rodzice. Nie chciałem w to jednak uwierzyć, bo w dni powszednie rodzice do żołnierzy nie przyjeżdżali. Przyszedłem jednak na dyżurkę, gdzie spotkałem się z rodzicami. Tam matka opowiadziała mi o najściu UB na nasz dom. Jak rodzice odjechali, udałem się do dowódcy batalionu i zameldowałem, że był najazd na mój dom przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, wtedy pełniłem już bowiem funkcję dowódcy plutonu moździerzy.
– Ten wysłuchał i oświadczył – Job twoju mać, no to im tu damy dopiero. Masz tu siedem dni urlopu, jedź do domu i zbadaj sprawę! – Przyjechałem w mundurze wyjściowym, w butach oficerkach i paradowałem po całym Piotrkowie. Nikt mnie nie zatrzymał, nie wylegitymował. Ubowcy, którzy spotykali mnie na ulicy, grzecznie salutowali. Po tygodniu wróciłem bez przeszkód do jednostki. Powodem całego zamieszania, jakiego się domyślałem, ale o którym się dowiedziałem znacznie później, była akcja Urzędu Bezpieczeństwa, dążąca do likwidacji PPSZ. Korzystając z donosicieli, UB udało się zinfiltrować całą organizację i stopniowo aresztować wszystkich członków jej kierownictwa. Roman Kisiel został aresztowany w grudniu 1951 r. Śledztwo trwało prawie rok i kierownictwo organizacji skazane zostało na karę śmierci. Wyroków na szczęście nie wykonano, zamieniając je na 15 lat więzienia. Później na mocy amnestii uzyskali dalsze zmniejszenie kary. Moje nazwisko musiało się jakoś przewinąć w toku śledztwa i dlatego UB zrobiło w moim domu rewizje. Żadnych jednak twardych dowodów przeciwko mnie nie mieli i tylko przypuszczali, ze mogę być związany z PPSZ. Ja po tygodniu wróciłem do szkoły oficerskiej, z której po roku nauki wysłano mnie na roczną praktykę w Krośnie Odrzańskim. W tamtejszej jednostce zwerbowałem do organizacji jeszcze dwóch kolegów i planowaliśmy ucieczkę. Plan ten nie powiódł się, bo okazało się, że zostałem oddelegowany do dyspozycji Dowódcy Wojsk Lotniczych w Dęblinie. Tam, jak zobaczyłem to wojsko, to nie pomyślałem, że tak dobrze może być w Ludowym Wojsku Polskim. Elewi szkoły lotniczej przychodzili do stołówki jak do restauracji i byli obsługiwani przez kelnerki.
– Kurs, który tam miałem odbyć, trwał co prawda tylko osiem miesięcy, a po jego ukończeniu mieliśmy być tylko biuralistami, ale traktowano nas jako lotników. Tam nagle wysłano mnie z zajęć i dano 15 minut na rozliczenie się z jednostką. Następnie kilkoro z nas, w tym czterech podchorążych będących już lotnikami, załadowano do samochodu i pod pepeszami odwieziono do Warszawy. Tam podzielono nas na grupy i porozsyłano po jednostkach. Mnie wysłano do Zambrowa. Jak zobaczyłem tą jednostkę, to się przeżegnałem. Na jej terenie chodziło się po kolana w błocie. Zameldowałem się u szefa sztabu. Siedział w rozpiętym mundurze i grał na gitarze. Obok na biurku stała litrowa butelka wódki, opróżniona do połowy i szklanka. Jak się zameldowałem, spytał się mnie – co ja narozrabiałem, że trafiłem do jego jednostki. Odpowiedziałem mu, że nie wiem i że nie poczuwam się do żadnej winy. – Nalej sobie – powiedział, wskazując na butelkę. – Nalałem sobie pół szklanki i od razu zaszumiało mi w głowie. Ów oficer kazał mi następnego dnia się zameldować i prowadzić jego kancelarię. Czyniłem to przez trzy miesiące, nocą śpiąc w kufajce na biurku. W biurze bowiem było najcieplej w całych koszarach.
– Wzniesiono je jeszcze w czasach carskich. Do jednostki tej trafiłem najprawdopodobniej ze względu na to, że skojarzono mnie w Romanem Czajką. Żadnych dowodów UB nie miało, ale ze względu na to, że byłem podejrzanym, to uznano, że lepiej w wojsku odstawić mnie na boczny tor. Po powrocie z wojska aż do emerytury pracowałem na kolei. Przez wiele lat byłem śledzony przez Służbę Bezpieczeństwa, która liczyła, że doprowadzę ich do jakiejś wywrotowej organizacji. Jeden z agentów, który za mną łaził był tak namolny, że wsadzał z ulicy łeb przez otwarty lufcik w oknie, żeby sprawdzić, czy jestem w domu. Powodem działań bezpieki byłą najprawdopodobniej informacja, że Polskie Powstańcze Siły Zbrojne utworzyły także okręg na terenie województwa łódzkiego, do którego należał Piotrków Trybunalski o kryptonimie „MP-Port”. Jego komendantem organizacyjnym wyznaczony został mój kolega Roman Czajka. Struktur okręgu nie udało mu się jednak zorganizować. Presja UB była zbyt silna. Jak widziałem na ulicy Romana Czajkę, to witaliśmy się mrugnięciem oka udając, że się nie znamy. Współpracę z nim nawiązałem ponownie, gdy w nowych realiach zaczęliśmy tworzyć nasze środowisko w Piotrkowie. Roman Czajka został naszym prezesem, a po jego śmierci ja przejąłem tę funkcję. Jest nas niestety coraz mniej. Koledzy odchodzą na wieczną wartę, co jest niestety naturalne.
Marek A. Koprowski








