Bili nas strasznie

Szczególnie wyrafinowaną torturą było nalewanie przez oprawcę wody do nosa. Przesłuchiwany się dusił. Jak nie mógł wytrzymać, to musiał się huśtać i krzyczeć. Jak nie chciał mówić, gdy oprawcy przestali się nad nim znęcać, to ci wpadali we wściekłość i dopiero dawali mu wycisk.

Jednym z nielicznych aktywnych członków Piotrkowskiego Oddziału Ogólnokrajowego Związku Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego jest Wiesław Fijałkowski. Formalnie nie należał on wprawdzie do tej organizacji, tylko do innej pokrewnej, ale statut Związku na to zezwala. OZBŻKWP gromadzi bowiem pod swymi skrzydłami wszystkich członków podziemia niepodległościowego, którzy walczyli o podobne cele.

– Urodziłem się we wsi Modrzewek koło Golesz między Piotrkowem Trybunalskim a Tomaszowem Mazowieckim – wspomina. – Mój ojciec był przed wojną wójtem gminy Golesze, pełnił tę funkcje jeszcze po wyzwoleniu dopóki nie przeprowadzono wyborów do rad narodowych. Funkcję wójta przejął wówczas przewodniczący prezydium rady. Ojca po wojnie, jako „wroga ludu” oczywiście aresztowano. Przedwojenny wójt nie pasował do nowej rzeczywistości. Mama prowadziła dom i zajmowała się wychowaniem dzieci. Miała co robić, bo było nas w domu sześcioro. Posiadaliśmy też siedmiohektarowe gospodarstwo, w którym wszyscy pracowaliśmy. Po wojnie mieliśmy kilkanaście lat i chodziliśmy do szkoły. Stosunki po wojnie nam się nie podobały.

Chcieliśmy coś robić

– Chcieliśmy coś robić. Nie bardzo wiedzieliśmy jednak jak. Najpierw mój brat założył w szkole harcerstwo. Jak harcerstwo rozwiązali i wszystkie organizacje zastąpili Związkiem Młodzieży Polskiej, to postanowiliśmy utworzyć podziemną Konspiracyjno- Młodzieżową AK. Wstąpiło do niej dwudziestu dwóch młodych chłopaków z Golesz. Inicjatorem jej utworzenia był kolega ze szkoły Józef Żelek. Działała ona od 1948 do 1950 r. , a swoim zasięgiem obejmowała oprócz Golesz także młodzież w Wolborzu i Tomaszowie Mazowieckim. Zajmowaliśmy się przede wszystkim pracą propagandową. Kolportowaliśmy ulotki, afisze, a także wykonywaliśmy napisy na murach, wzywające okolicznościową ludność do oporu wobec władzy komunistycznej. Ulotki i inne materiały wykonywaliśmy oczywiście ręcznie w sposób prymitywny, łatwy do rozszyfrowania. UB kręciło się wokół nas, węszyło, miało jakieś podejrzenia. Początkowo bagatelizowało nasze działania, ale jak dokonaliśmy napadu na posterunek MO w celu zdobycia broni, to wpadło we wściekłość. Tu muszę dodać, że nasza organizacja stawiała sobie za cel oprócz pracy propagandowej, także zdobywanie broni do przyszłej walki o wolność Polski. Już na początku naszego działania mieliśmy kilka sztuk broni przekazanej nam przez takiego akowca. Jak pamiętam, wśród nich był m.in.: sten, colt i chyba jakiś karabin.

Zdobycze na posterunku

– Na posterunku zdobyliśmy „pepeszę”, kilka karabinów i chyba jakąś broń automatyczną. UB chcąc nas dopaść, wytypowało kilku uczniów w szkole, w tym mnie, których poddano obserwacji. Szczególnie zainteresowali się kolegą Bijochem, tworzącym ulotki, które kolportowaliśmy. Kazano nam napisać podanie o stypendium, o które zresztą się starał. Nie chodziło im oczywiście, żeby pomóc chłopakowi, tylko mieć jego próbkę pisma. Jak ją wzięli i sprawdzili, to najpierw aresztowali Bijocha, a później trzech jego najbliższych kolegów, w tym mnie. Zawieziono nas do siedziby UB w Piotrkowie Trybunalskim. Mnie od razu po przywiezieniu zaprowadzono przed oblicze naczelnika urzędu. Nazywał się Piątek. Jak mnie zobaczył, wstał zza biurka i idąc do mnie zaczął mówić – a to ten, co z Polską chciał walczyć? – Jak przyszedł do mnie, to od razu walnął mnie w pysk. Następnie stanął mi butami na stopach i zaczął bić po pysku. Jak się zmęczył, kazał swym podwładnym zamknąć mnie w celi. – Wsadźcie go do tego małego pokoiku – powiedział. – Jak tam przez noc posiedzi, to od razu zmięknie i zrozumie, żer trzeba mówić. – Ten mały pokoik, do którego mnie wsadzono pełnił funkcję karceru, który więźniowie nazywali „karcem”. Było to pomieszczenie szerokie na 75 cm, długie na 100 cm i wysokie na jakieś 150 cm. Strażnik wlał do niego wiadro wody i zatrzasnął drzwi, a był wówczas grudzień. Ledwie wytrzymałem do rana. Przesłuchiwali mnie trzy miesiące. Bili nas strasznie. Szybko przekonałem się, ze do zadawania bólu nie trzeba szczególnie wyrafinowanych maszyn. Bardzo popularną torturą było zawieszanie na drążku opartym o dwa biurka.

Tortury na UB

– Wcześniej delikwent był związany w tzw. kij. Musiał usiąść, przełożyć ręce skute kajdankami za kolanami, a pod kolana oprawcy wkładali drążek i opierali go o dwa biurka. Przesłuchiwany zwisał głową w dół, co już samo w sobie było dokuczliwe. Oprawcy bili ponadto wiszącego kablami po tyłku, po plecach i po piętach. Szczególnie wyrafinowaną torturą było nalewanie przez oprawcę wody do nosa. Przesłuchiwany się dusił. Jak nie mógł wytrzymać, to musiał się huśtać i krzyczeć. Jak nie chciał mówić, gdy oprawcy przestali się nad nim znęcać, to ci wpadali we wściekłość i dopiero dawali mu wycisk. Sam doświadczyłem tego na własnej skórze. Gdy pewnego razu zacząłem krzyczeć, że mam dosyć, a zrobiłem to tylko, żeby złapać oddech i nie chciałem dalej mówić, to przesłuchujący mnie ubowiec tak kopnął mnie w nos, że mało nie udusiłem się własną krwią. Nos miałem oczywiście złamany, czego skutki odczuwam po dziś dzień. Co pewien czas odrastają mi w nosie polipy, które musze usunąć, bo inaczej nie mógłbym oddychać przez nos. Nie wszyscy ubowcy oczywiście bili. W Piotrkowie pracowało kilku prymitywów, którzy w tym się specjalizowali.

Specjaliści od bicia

– Jednym z nich był m.in. taki Franek Małota, przymulony chłopak, przed wojną zajmujący się pasieniem krów w jakiejś wsi pod Piotrkowem. Rękę parobka miał ciężką i wielu zapamiętało ją do dziś. Oprócz niego w Urzędzie Bezpieczeństwa pracowało jeszcze, jak pamiętam, dwóch takich rzezimieszków, oderwanych granatem od pługa. Mimo, że się nad nami znęcali, to jednak nie wydaliśmy kolegów i całej organizacji, która dalej funkcjonowała. Po śledztwie trwającym trzy miesiące odbył się nasz proces. Ja zostałem skazany na dwa i pół roku więzienia, a trzej pozostali koledzy na dwa. Mnie wywieziono do młodzieżowego wiezienia progresywnego w Jaworznie. Było to więzienie zbudowane w postaci trzech bloków na miejscu dawnego obozu, w którym trzymano wcześniej kolaborantów, hitlerowców, Ukraińców z UPA itp. Zapamiętałem, że w więzieniu tym był straszliwy głód. Dziś sam się zastanawiam, jak człowiek mógł żyć przy tak nędznym wyżywieniu. Na śniadanie dostawaliśmy kubek czarnej kawy i kromkę chleba. Oczywiście czarnego, gliniastego, nie wiadomo z czego wypiekanego. Na obiad dawali nam litr kaszy okraszonej olejem. Kartofelek, jeżeli się w niej trafił, to stanowił prawdziwy rarytas. Kolacja składała się z suszonych buraków, z jakich w Państwowych Gospodarstwach Rolnych robiono kiszonki dla bydła. Jeszcze i dziś pamiętam smak tych pociętych na plasterki buraków, które nie były czerwone, ale czarne.

Każdy zjadał wszystko

– Nikt jednak nie protestował, tylko zjadał wszystko. Ciężko pracowaliśmy na budowie przy wznoszeniu osiedla mieszkaniowego „Jaworzno”, stojącego po dziś dzień. Odsiedziałem w sumie w tym wiezieniu 2 lata, bo pół roku darowano mi na mocy amnestii. Wróciłem do rodzinnej wsi razem z kolegami, gdzie przywitano nas jak bohaterów. Nikogo przecież nie wydaliśmy, a do pierdla mogło pójść oprócz nas jeszcze osiemnastu chłopaków. Gdybyśmy w trakcie śledztwa przyznali się do napadu na posterunek MO i posiadania broni, to wyroki, jakie zapadłyby w całej sprawie, byłyby o wiele wyższe. Jest bardzo prawdopodobne, że zapadłoby wiele wyroków śmierci. Organizacja zaś działała nadal i nawet się rozrosła. Zmieniła nazwę na Konspiracyjną Armię Polską. Na jej czele nie stał już Żelek, ale Borkowski. Zachowywaliśmy się niefrasobliwie pewnie, nie zdając sobie sprawy, że UB nas bardzo dokładnie obserwuje. Za jakieś pół roku od wyjścia z więzienia znów zostałem aresztowany. Tym razem łup UB był znacznie większy. Aresztowało ono praktycznie wszystkich członków z organizacji, a wyroki, które nam wlepiono były znacznie wyższe. Wszyscy mieli ukończone osiemnaście lat i zostali potraktowani jako pełnoletni. Mnie jako recydywiście, który nie zrezygnował z walki przeciwko Polsce Ludowej wlepiono 10 lat. Początkowo wysłano mnie do Jaworzna, w którym reżim więzienny złagodniał, a i jedzenie znacznie się poprawiło. W 1955 roku można nawet powiedzieć, że do Jaworzna dotarła odwilż.

Cdn.

Marek A. Koprowski

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz