Cele były przepełnione. Spaliśmy na siennikach, w których słoma dawno zamieniła się w sieczkę. Najgorzej miał ten, który spał przy kiblu, czyli pojemniku na odchody. Opróżniano go rano i bardzo często był przepełniony i ten, któremu przypadło kłaść się koło niego, spał dosłownie w gównie.
Z Radomia przewieźli mnie do więzienia w Kielcach, które było wówczas siedzibą województwa – wspomina Wiktor Wlazło. – Później przetransportowano mnie do siedziby Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa. Tam na nowo poddano mnie śledztwu. Początkowo brutalnemu, ale po pewnym czasie już mnie nie bito i specjalnie się nade mną nie znęcano. Przesłuchiwał mnie tam kapitan Waloszczyk. Zachowywał się on w stosunku do mnie poprawnie. Miał zresztą ułatwione zadanie. Jeden z członków organizacji którą stworzyłem, zdradził.
– Dostał on powołanie do wojska. Radził się mnie, iść do niego, czy nie. Powiedziałem mu, żeby poszedł i starał się jak najwięcej nauczyć, bo są nam potrzebni ludzie, mający wojskowe umiejętności. W wojsku go urobili. Obiecali, że jak powie wszystko o organizacji, to pójdzie do Lotniczej Szkody Oficerskiej i zostanie pilotem. Wydał jednego, a tamten zaczął sypać. Powiedział wszystko, co wiedział. Śledczy wtedy powiedział, że ma przeciwko mnie dwóch świadków i lepiej żebym się przyznał, to dostanę mniejszy wyrok. Cóż miałem robić. Przyznałem się do wszystkiego. Na ponownym procesie prokurator ponownie zażądał dla mnie kary śmierci. Powiedział, że byłem przywódcą bandy, która przemocą chciała obalić ustrój demokracji ludowej i przywrócić na Kielecczyźnie jaśniepańską Polskę. Sąd skazał mnie na dożywotnie więzienie. Początkowo po wyroku przewieziono mnie do Rawicza. To było straszne więzienie. Chciano mnie tam zwerbować na kapusia.
– Odpowiedziałem, że wolę śmierć niż współpracę z nimi. Oficer, który usiłował mnie zwerbować oświadczył że jeszcze będę żebrał, żeby oni chcieli przyjmować ode mnie informacje. Zapowiedział też, że my cię tu zgnoimy! Wrzucili mnie do karceru, mieszczącego się w ciemnej piwnicy, po ścianach której lała się woda, ale nie złamałem się. Nie zgodziłem się donosić na kolegów. Warunki życia w więzieniu w Rawiczu były bardzo ciężkie. Cele były przepełnione. Spaliśmy na siennikach, w których słoma dawno zamieniła się w sieczkę. Zamiast trzech, spało nas w celi dwunastu. Najgorzej miał ten, który spał przy kiblu, czyli pojemniku na odchody. Opróżniano go rano i bardzo często był przepełniony i ten, któremu przypadło kłaść się koło niego, spał dosłownie w gównie. Rano, jak wyniesiono sienniki, mogliśmy w celi chodzić lub stać pod ścianą. Żadnych mebli przecież w celi nie było. Takich jak ja z celi wypuszczano tylko na półgodzinny spacer, w trakcie którego nie wolno było się rozglądać ani rozmawiać. Do żadnej pracy nas nie brano.
– Z Rawicza przerzucono mnie do więzienia we Wronkach, które było jeszcze gorsze, ale po wydarzeniach poznańskich, reżim w tym więzieniu złagodzono. Jak przyszedł do władzy na fali październikowej odwilży Władysław Gomułka, to warunki życia w więzieniu jeszcze bardziej się poprawiły. Mieszkaliśmy w celach po trzech. Na mocy amnestii dla więźniów politycznych zmniejszono mi też wymiar kary z dożywocia na 12 lat. Starałem się o przedterminowe zwolnienie, ale moje podanie zostało odrzucone. W opinii na mój temat napisano – nieprzejednany wróg ustroju… Zwolniono mnie dopiero po dziesięciu latach w 1962 r. Dwa lata miałem jednak przebywać w areszcie domowym. Nie wolno mi było opuszczać domu rodziców, którzy w tym czasie przeprowadzili się z kieleckiego na Pomorze koło Brodnicy. W rodzinnej miejscowości nie mogli żyć i przeprowadzili się do nowej miejscowości. Kto tylko mógł, utrudniał im życie. Matkę, która poszła do pracy w PGR-ze po pewnym czasie wyrzucono, bo była przecież matką trzech bandytów.
– Dwóch moich braci też skazano bowiem za przynależność do bandy. Matkę uznano za niegodną zbierania ziemniaków na państwowym polu. Jej synowie walczyli przecież o przywrócenie jaśniepańskiej Polski, a nie o budowę uspołecznionego rolnictwa. W domu klepaliśmy straszną biedę. Chodziliśmy w podartych ubraniach. Byłem kawalerem, a nie mogłem marzyć nawet, żeby pójść na zabawę. Zaryzykowałem i pojechałem na Śląsk. W powiatowym urzędzie pracy wcześniej załatwiłem sobie skierowanie, bez którego nie zostałbym nigdzie zatrudniony. Wytłumaczyłem tam, że zgodnie z ustawą gospodarstw o powierzchni poniżej pięciu hektarów nie wolno dzielić, a mam jeszcze młodszych braci i któryś z nich zostanie na gospodarstwie. Dali mi skierowanie, z którym mogłem jechać na Śląsk. Dostałem się do pracy na kopalnię w Zabrzu.
– Nie pracowałem pod ziemią, tylko na powierzchni w brygadzie budowlanej, zajmującej się remontem i wznoszeniem obiektów należących do kopalni. Zima przyjechałem do domu na urlop i wtedy znów się zaczęło. Przyjechał mój nadzorca ze Służby Bezpieczeństwa i bez ogródek mi oświadczył, że mam szczęście, że jest taka straszna zima, bo inaczej pojechałbym tam skąd przyszedłem. O żadnej dalszej pracy na Śląsku nie było mowy. Miałem dwa lata odsiedzieć w domu bez opuszczania wsi i koniec! Mogłem wrócić do pracy na Śląsk dopiero, gdy do władzy przyszedł Edward Gierek. Nie znaczy to jednak, że władza ludowa już się ode mnie odczepiła. Wprost przeciwnie, jak zamieszkałem na Śląsku, to też mój opiekun z SB mnie odwiedzał. Bez jego zgody nie wolno mi było opuścić domu, w którym szukałem schronienia.
– Jak z żoną żeśmy pojechali, żeby moją matkę odwiedzić, to od razu zrobiła się afera. Komendant posterunku pytał mnie, po co żeśmy z żoną tu przyjechali. Mnie od razu wezwali na przesłuchanie trwające kilka godzin, w trakcie którego wmawiano mi, że chcę tu tajną organizację założyć. Kazali mi jak najszybciej wracać na miejsce stałego zameldowania, bo jak nie, to wrócę do więzienia. Jak tylko wyjechałem później gdziekolwiek, to zawsze wcześniej chodziłem na komisariat, żeby powiedzieć, ze udaję się tu, czy tu. Służba Bezpieczeństwa interesowała się moją osobą do końca mojej pracy zawodowej. Regularnie co trzy miesiące miałem w domu rewizję. Oskarżano mnie, że tworzę kolejną podziemną organizację, która zamierza walczyć ze zdobyczami Polski Ludowej. Gdy zacząłem pisać pamiętnik, spisując wszystkie moje koleje losu, to rewizje w moim mieszkaniu były jeszcze częstsze. Praktycznie co dwa tygodnie!
– Zwłaszcza w latach siedemdziesiątych. Tu pragnę dodać, że gdy ożeniłem się z moją żoną okazało się, że nie mogę mieć dzieci. Moja żona Ślązaczka, bardzo dobra kobieta, wcześniej urodziła troje dzieci z poprzednim mężem, uważała, że to moja wina. Za radą lekarza, udałem się do specjalistycznej przychodni w Katowicach i tam uznano, że muszę się leczyć. Wtedy przypomniałem sobie, że nam w więzieniu dosypywano do jedzenia jakiś proszek. Nie wiem, co to było, ale przypomniałem sobie, ze strażnik mówił mi, że muszę go żreć, żeby moje bandyckie plemię raz na zawsze wyginęło.
Cdn.
Marek A. Koprowski








